Zagłada Według Wilkinsa

Zagłada Według Wilkinsa

Jechał przez pustynie autobus, za którego kierownicą siedział starzec o długich, siwych włosach, wielkim, haczykowatym nosie i odciętym kawałku ucha. Nazywał się Wilkins i interesowało go jądro gromu; środek końca świata, który mógłby zobaczyć przed śmiercią. Przez całe życie postępował na przekór społeczeństwu. Nie interesowała go rodzina, mało płatna posada u jakiegoś spasionego skurwysyna, czy pięć setek przyjaciół na Facebook'u. Miał w dupie granie według zasad, ponieważ one nie prowadziły do szczęścia, lecz zmiany źródeł, z których wypływa cierpienie. Mimo braku tak fundamentalnych dla innych aspektów życia jak Bóg, czy ojczyzna, Wilkins posiadał wewnętrzny kompas, który prowadził go przez zawieruchy życia i najczęściej pozwalał bez szwanku wyjść z opresji; nieistotne, czy chodziło o burdę w barze, czy zabierającego go na stopa kierowcę z lepkimi dłońmi.
Ktoś mógłby powiedzieć, że całe szczęście w życiu zawdzięczam Bogu... Jednak gdzie on jest? Dlaczego nie odpowiada na moje modlitwy, skoro tak wiele lat poświęciłem, by go wielbić?
Wypowiadając ostatnie słowa, spojrzał w górę, gdzie dziwny pył zbliżał się do ziemi. Miał nadzieję, że obietnice Błacha mają pokrycie i zdołają dotrzeć do epicentrum przed kulminacją. Gdyby ktoś miał okazję obserwować podłużny pojazd poruszający się z prędkością niemal osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, pewnie doszedłby do wniosku, iż to Freddy Krueger w drugiej części Koszmaru Z Ulicy Wiązów. Efekt ten potęgowało czerwone światło padające na twarz Wilkinsa; zamieniające go w kierowcę-trupa.
To był całkiem niezły film – zaśmiał się, wyszarpując z kieszeni paczkę papierosów. Nigdy nie rozumiał, jak wpadł w ten nałóg, skoro był skrajnie aspołeczny. Nie pamiętał nawet gdzie i kiedy kupił pierwszą paczkę Mocnych.
Podczas gdy dym unosił się znad kierownicy i opierał o podsufitkę autobusu, Wilkins obserwował uderzające w ziemię błyskawice. To otwierało wspomnienie o ostatniej nocy, kiedy to obudził go deszcz padający na policzki i rozbłyski białego światła, którym towarzyszyły potężne grzmoty. Wydawało mi się wtedy, że kończy się świat – pomyślał. -  Nigdy nie widziałem tak potężnej burzy. Do tego wszystko działo zbyt szybko! W jednej chwili zostałem zaatakowany przez ogromne stworzenie, które zerwało się matce naturze ze smyczy. Wiatr zerwał mi kaptur z głowy i cisnął w twarz piachem. Nie jestem bojaźliwym człowiekiem, jednak to była jedna z tych nocy, w które mało nie narobiłem w gacie!
Pewnie dlatego ruszył między drzewa i zaczął przedzierać się przez las. Gałęzie odrobinę osłaniały przed wiatrem, jednak teren był nierówny i co kilkadziesiąt metrów upadał to na prawe, to na lewe kolano. Klał przy tym na cały regulator, jednak głos był niczym bzyczenie muchy wobec szalejącego wiatru. Podczas błysków flesza drzewa zamieniały się w dwuwymiarowe postacie, posiadające nie tylko wykrzywione w szyderczym uśmiechu usta; nie tylko wielkie oczy, z których wylewała się ciemność, ale również dłonie/szpony, sięgające do policzków i gardła Wilkinsa. Czuł rosnącą liczbę zadrapań. Inny człowiek w takiej sytuacji za pewne przeklinałby swojego pecha i marzył o jak najszybszym powrocie do domu, jednak Wilkins nie miał tego problemu; nie miałem domu, nikt się o niego nie troszczył, a życie w drodze usiane było gwałtownymi zmianami. Nieraz zamiast burzy budził go kopniak w żebra, bądź ręka sięgająca do wewnętrznej kieszeni kurtki. To były prawdziwe problemy, przy których błyskawice wydawały się tylko kiepskim żartem.

*

Po czterdziestu minutach na przemian biegu i marszu, Wilkins dostrzegł w świetle błyskawic polanę. Jego serce z całą mocą odsunęło wszelkie wątpliwości i kazało brnąć do przodu - wydostać się z tego pieprzonego lasu, a następnie znaleźć schronienie.
„Jeżeli tam nie ma żadnych budynków, mogę oberwać błyskawicą i tak skończy się mój marny żywot – stwierdził, przystając przy jednym z drzew i przyglądając się smaganemu wiatrem strachowi na wróble. - Z drugiej strony, gdzie pola, tam gospodarstwo, a gdzie gospodarstwo, tam stodoła...”.
Albo wielki pies, mający smaka na twój suchy zadek...
„Zamknij się, bo nie pomagasz”.
W jednej chwili przechylił ciało do przodu i ruszył pędem przez pole. Nie wiedział, co na nim wcześniej rosło. Nie znał się zbyt dobrze na rolnictwie, jednak dziwiła go obecność stracha na wróble, skoro zbiory skończyły się kilka tygodni wcześniej. W białym świetle humanoidalna postać zaczynała żyć i śledzić go wzrokiem. Wiedział, że to tylko wiatr, kąt padania światła i nadwyrężona wyobraźnia, jednak nie mógł oderwać od niego wzroku.
Zrobił to dopiero, gdy nogi przestały dotykać ziemi i runął w dół. W głowie błysła mu myśl, że to już koniec. Złamie obie nogi, miednicę, a do krainy obojętności odprowadzi go gasnąca burza i smród własnego gówna. Kaptur kolejny raz zsunął się  mu z głowy i wtedy wylądował na dnie, szczękając zębami. Poczuł jak jeden z nich kruszy się i wpada do gardła.
„Kurwa – krzyknął, ponieważ spadł całym ciężarem na prawą nogę. - Aaa!”
W tej samej chwili błyskawica uderzyła w drzewo nieopodal. Świat wypełnił huk, do którego Wilkins nie mógł nic innego porównać. W niebo strzeliły iskry, a w ich świetle zalśniły trupy wyściełające dno dołu. Było ich kilkanaście, w różnym stopniu rozkładu. Leżący na plecach facet, wskazywał niebo nabrzmiałym od gazów brzuchem, który lada chwila mógł wybuchnąć niczym wypełniony wodą balon.
„Tego już za wiele – stwierdził drżącym głosem Wilkins. W środku gotował się z emocji. Jakby te wszystkie lata wędrówki i ciężkich chwil nie znaczyły zupełnie nic; jakby znowu miał pięć lat i był okładany pasem przez ojca przy wszystkich kolegach. „O bezradności! Jak dawno cię nie było!”.
Wytarłszy dłonie o koszulkę jednego z lepiej wyglądających trupów, Wilkins złapał krawędź wykopu i wydźwignął się na powierzchnię. Dopiero tam pozwolił sobie na jeszcze jedno zerknięcie na ciała i dwie salwy wymiocin. Teraz najbardziej nie przerażał go fakt, iż miał na rękach trupi jad, lecz przyczyna śmierci tych ludzi. Większość miała poderżnięte gardła; cyklopie krwawe oczy, którymi spoglądali w niebo.
Pewnie jakiś wieśniak wypił za dużo samogonu – wpadło mu go głowy, gdy ruszył w dalszą drogę. - Potem wziął brzytwę, którą golił brodę swojej dwustu kilowej żonie i zabrał się do dzieła, poczynając od wkurwiających sąsiadów. Takie przypadki mają miejsce na całym świecie, a ludzie i tak tracą głowię, gdy słyszą w telewizji, że jakiś facet zarżnął całą rodzinę siekierą. Te ich pełne zdziwienia twarze! A przecież wystarczy zajrzeć do własnej głowy, by zdać sobie sprawę, że nikt nie jest normalny! Że normalność to kolejna ułuda i jest warta tyle, co zużyty papier toaletowy...
Wiatr uderzył Wilkinsa w plecy, jakby przypominając, że zmarłym nie da się pomóc, a burza wciąż szaleje gdzieś w górze i zaraz może zostać zamieniony w skwarek. Jego nogi zaczęły pracować szybciej; prędkość poruszania wzrosła, gdy niespodziewanie kątem oka dostrzegł ruch. W świetle błyskawicy strach na wróble obrócił głowę w jego stronę i uśmiechnął zrobionymi z rozdartego worka ustami. Wysypała się z nich słoma. Oczy zrobione z guzików zalśniły, jakby nagle wypełniło je życie. W kieszeni na piersi humanoid miał brzytwę, którą teraz wyciągnął i zaczął się bawić. Place z listewek były nadzwyczaj zręczne.
Kolejny człowiek śmie przechodzić przez pole, którego nakazano mi strzec!
„Pierdol się, pokrako – odparł na głos Wilkins. - Za moment mnie tu nie będzie!
Pokrak się tobą zajmie! Trafisz na dół, do reszty. Nie wolno przechodzić przez pole!
Wypchany słomą dziwak ruszył biegiem z brzytwą w dłoni. Wilkins nie zamierzał uciekać, ponieważ był pewny, iż to tylko wyobraźnia. Miał tak już kilka razy po kwasie. Na jego ustach nawet pojawił się uśmiech, który szybko znikł, gdy ostrze przecięło mu policzek i zadzwoniło na zębach. Krew chlusnęła na ziemię. Kolejny raz w ciągu ostatnich minut krzyknął z bólu. Następnie odskoczył przed następnym ciosem i wziął nogi za pas.
Nie wierzę, że biegnę przez pole podczas największej burzy, jaką widziałem od czasów dzieciństwa, a tuż za mną podąża wypchany słomą psychopata, który ma zamiar poderżnąć mi gardło brzytwą! W którym momencie moje życie ze zwykłej, szarej egzystencji zamieniło się w horror dla ubogich? O co tu, do kurwy nędzy, chodzi!?
Adrenalina dodawała sił, więc przez pierwsze kilkaset metrów trzymał Pokraka w bezpiecznej odległości. Nie podejrzewał nawet, że mógłby go dogonić na tych dziwacznych, wypchanych słomą nogach. Przecież nie był jakimś frajerem, który przebył wzdłuż i wszerz większą część europy, tylko po to, by zostać zabitym przez coś, co nawet nie ma prawa istnieć! Prawda!? Niestety... nie wziął pod uwagę faktu, iż strach na wróblę nie posiadał czegoś takiego, jak mięśnie i dzięki temu nie ulegał zmęczeniu. Gdy zdał sobie z tego sprawę, ciężko już dyszał, a pot zalewał mu oczy. Przecież tamci też na pewno uciekali, wpadło mu do głowy. No może oprócz tego spaślaka, on pewnie zginął od razu...
Gdy pokonał wzniesienie, spostrzegł dom. W oknach nie paliło się światło, z czego Wilkins się ucieszył. Dzięki temu miał szansę na znalezienie schronienia w jednej z dwóch stodół i nie zostania przy tym zastrzelonym przez nadwrażliwego gospodarza. Pod drodze potykał się coraz częściej, a dystans między nim i Pokrakiem skracał się z zastraszającą szybkością.
„Nie dopadniesz mnie!”
Trafisz do dołu... Wszedłeś na Pole Pana...
Nie mógł i nie chciał słuchać tego pieprzenia, dlatego wykrzesał z siebie ostatki sił i dotarł na podwórko. Burza zdążyła już przesunąć się na wschód i błyski dobiegały jakby zza tafli szkła. Gasnący wiatr i zapadająca cisza jednak w ogóle nie uspokajała Wilkinsa, ponieważ podkreślało ją skrzypienie, jakie wydawał z siebie Pokrak. Gdy szarpnął drzwi wejściowe, dom okazał się zamknięty. Strach na wróble był tuż za nim i ostrze dosięgło celu. Kawałek ucha najpierw odbił się od ramienia Wilkinsa, a później wylądował w piasku.
„Kurwa mać!”.
Wszedłeś na...
„Zamknij się!”.
Kopnął napastnika, który zdał się w ogóle tego nie odczuć i zrobił unik przed kolejnym cięciem. Następnie ruszył w stronę stodoły. Wrota były otwarte i serce Wilkinsa wypełniła nadzieja. Tam może znajdować się odpowiedź na moje kłopoty! - pomyślał i wkroczył w ciemność.  Z prawej strony wisiały grabie, które natychmiast ścisnął w rękach. - Nie poddam się bez walki! Nie przeszedłem przez bezsensowne życie tylko po to, by zginąć z ręki kupki siana! Nigdy na to nie pozwolę!
Pokrak wkroczył do pomieszczenia i wtedy stało się coś dziwnego. Zamiast zaatakować, strach na wróble złożył brzytwę i schował ją do kieszeni. Następnie zamknął drzwi stodoły i oparł się o nie plecami.
Przyprowadziłem go, panie.
Stodoła w jednej chwili wypełniła się światłem, którego źródło stanowiła kula energii, unosząca się między belkami. Na środku pomieszczenia stał mężczyzna ubrany na czarno. Był łysy i miał gęstą brodę.
„Witam, Wilkinsie. Dałeś zwabić się w pułapkę. Ale to nic. Przecież i tak nie ma ucieczki przed przeznaczeniem”.  
„Przeznaczenie to bajka dla dzieci”.
„Nie bądź taki pewny... Nie zaprosiłem cię jednak, by prowadzić kłótnie na tematy egzystencjalne.
„Twój cholerny strach na wróblę odciął mi kawałek ucha!”
Mężczyzna machnął ręką, w której zalśniło światło. Z ran Wilkinsa przestała cieknąć krew. Następnie podjął:
„Już? Możemy mówić dalej? Po pierwsze przepraszam za ten brutalny początek, ale inaczej nie dałbyś się przekonać”.
„O co chodzi?”
„Nadchodzi koniec wszystkiego. Ty, który nienawidzisz innych ludzi, będziesz mógł popatrzeć, jak umierają; jak znika wszystko, czym gardzisz od najmłodszych lat. Co ty na to?
„Mów dalej...”.

*

Zbliżali się do jądra gromu, gdzie pył wgryzał się w powierzchnię Ziemi. Przy tym widoku burzy, podczas której Wilkins poznał stracha na wróble, wydawała się zaledwie kichnięciem. Wtedy matka natura pokazywała swe prawdziwe oblicze i przypominała ludziom, iż mimo technologii ona wciąż rządzi światem. Teraz ów świat przestawał istnieć, ponieważ zaatakowało go coś obcego; potężny żywy organizm trawiący planetę, która była domem dla setek tysięcy ludzi. Nikt nie mógł odwrócić tego procesu, nawet Bóg, o którym Wilkins sporo teraz myślał.
Jesteś jakimś wysłannikiem Boga?
Wysłannik boga – stwierdził Błach i podrapał się po brodzie. - Interesujące, do jakich wniosków dochodzisz. Przecież wiesz, jakie mam plany wobec wszystkich ludzi i jądra gromu.
Wilkins spojrzał w lusterko kierowcy, które przeniosło jego wzrok najpierw na stracha na wróble, zajmującego tyły autobusu, a później Błacha – samozwańczego maga.
Od Boga też nigdy nic nie dostałem. Nie był dla mnie dobry, a jedynie powołał na świat, bym cierpiał, więc przypomina ciebie. Ty też jesteś zły.
Dobro i zło. Biel i Czerń. Dwie skrajne siły oddziałujące na siebie przez wieki. Temat tak powszechny i nudny, że aż zbiera mi się na mdłości.
Jeżeli będziesz rzygał, to raczej nie przez temat, a wyboje na tej cholernej pustyni.
Zaiste, ciekawy z ciebie przypadek.
Zaiste? Co to w ogóle za słowo? Jak masz tak pieprzyć, to lepiej się zamknij.
Mógłbym cię zgładzić w każdej chwili, a ty nie masz w sobie za grosz lęku. Podobasz mi się, dziadku. Będziemy razem rządzić światem, jak nastaną nowe porządki.
Gadaj zdrów – prychnął Wilkins i wyrzucił niedopałek przez okno. Następnie złapał mocniej kierownicę.
Koła podskoczyły, wyrzucając w powietrze fontannę piachu. Autobus przechylił się najpierw do przodu, a później do tyłu i wskoczył na drogę gruntową. Prowadziła ona prosto w czerń, która całkowicie odcięła dopływ tlenu i światła słonecznego. Wilkins z przerażeniem oglądał dziwne, świecące mdłym, pomarańczowym kolorem stworzenia. Niektóre miały skrzydła i szybowały po niebie. Inne pełzały na pokrytych wrzodami mackach. Pojazd miał coraz większą trudnością ze zdobywaniem kolejnych metrów. Szyby zaczęły pękać, a przednia maska wgniatać.
To naprawdę jest koniec świata – zdążył stwierdzić Wilkins, nim szyba została wyrwana przez dziwny pył i uleciała w powietrze. Ogromna dłoń najpierw oderwała dach autobusu, a później wyciągnęła go za włosy. - To naprawdę koniec, Błach!
Wypełniony kłami otwór otworzył się z wyraźnym zamiarem skonsumowania Wilkinsa, gdy mag podleciał i usiadł na głowie istoty. Następnie zaczął się powiększać i stapiać z nią w jedno. Napiętą, szorstką skórę wypełnioną granatowymi żyłami pokryło światło wrzosowego koloru. Również na takie zmieniły się oczy tajemniczej istoty, a jej usta wypowiedziały:
To jest potęga, drogi Wilkinsie!
Sekundy później pojawiła się postać krocząca na pajęczych nogach i wchłonęła Wilkinsa. Dzięki temu dołączył do Pokraka i Błacha, by kroczyć wraz z Jądrem Gromu – zdobywać kolejne metry dawnego świata i zamieniać je w krainę śmierci.
Stałem się Bogiem! – krzyczał Wilkins. - Dlatego nie mogłem go całe życie odnaleźć! Modliłem się do samego siebie! Nadszedł w końcu dzień pozbawiony bólu! Nadszedł dzień zapłaty!
Wraz z dziwnym pyłem niósł się śmiech Błacha i krzyki Wilkinsa, który w końcu odnalazł miejsce w życiu... była nim rola kata.

Koniec

472 czyt.
23365100% 2
MagLitwor

MagLitwor opublikował opowiadanie w kategorii horrory, użył 2865 słów i 16226 znaków. ·

Komentarze (2)

 
  • Krystian244

    Krystian244 18 lutego

    Kiedy cdn ?

  • Krystian244

    Krystian244 16 stycznia

    Super czekam na następne.