Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 2.2

5
     - Czemu ja tu muszę siedzieć? - zapytała Lorraine, siedząc na łóżku Kuro. Zabrał ją tam, kiedy się momentalnie otrząsnął. Nie mógł pozwolić, aby Roy ją zobaczyła. Wiele razy widział, jak bardzo nienawidzi dzieci, a tym bardziej jak jest cięta na dom dziecka, w którym się wychowywał. Wyszedł z łaźni i podszedł do tamtej grupki ludzi. Złapał dziewczynkę za rękę i pociągnął za sobą. Ignorując złośliwe zaczepki z ich strony udał się do pokoju i posadził Lorraine na łóżku. Przetarł ze zmęczenia twarz i spojrzał na nią.
     - Jest tutaj taka jedna, za przeproszeniem, dziwka, którą nie chciałabyś poznawać. Ma dość… specyficzną opinię na temat dzieciaków, takich jak ty, czy ja – ona jedynie zachichotała po cichu. Prawdopodobnie rozbawiło ją słowo „dziwka”, zresztą jak każdego innego w jej wieku. Nie mógł w zasadzie uwierzyć, że dzieliło ich tak na oko pięć lat różnicy w wieku. On miał dwadzieścia lat, a ona piętnaście. Obaj nie wyglądali na swój wiek. Kuro przez swoje liczne rany na twarzy, poblakłe włosy i te mocne ramiona, które Lorraine polubi przez ten bardzo krótki pobyt, wydawał się przynajmniej o pięć lat starszy. ‘Ratował’ go jedynie ten chłopięcy głos. Ona zaś wyglądała na młodszą, głównie przez jej niski wzrost. Nie sięgała mu nawet do ramion
     - Dobrze, rozumieem – powiedziała łagodnie i posłała do niego uśmiech. Chłopak to zignorował. Ubrał się szybko i wyszedł stamtąd, zamykając dokładnie drzwi. Poszedł do jadalni, która znajdowała się niedaleko wielkiego holu zamku.  Część, w której mieszkali niektórzy Święci Łowcy, była częścią wschodnią ogromnego gmachu. Po przeciwnej stronie znajdowała się reszta – rezydencje szlachciców, króla oraz królowej i Elementalisty. Blisko zamku ulokowane były liczne warownie i koszary, w których szkolono żołnierzy. Wszystko było w miarę sprawnie i logicznie połączone ze sobą w taki sposób, że z lotu ptaka wyglądało to jak forteca nie do zdobycia. Kuro przechadzał się w swoim luźnym, cywilnym stroju, mknąc przez korytarz. Na środku wyłożony był złoto-błękitny dywan, a na ścianach wisiały malowidła znanych artystów Yami.  
     Chociaż całość prezentowała się znakomicie, w porównaniu do głównej części cytadeli, to było nic. Hol, oraz wszelkie korytarze były ozłacane, a gdzieniegdzie kolumny wysadzane były diamentami czy rubinami. Jedwab, złoto, czy wszelkie rzeźby, dominowały wręcz w całym wystroju. Prawda jest taka, że sam budynek poza drogocennymi zdobieniami, nie miał nic. Był pusty. Wirowała tam nędzna i złowroga atmosfera. Było to skupisko wielu szlachciców, tworzących w pewnym tego słowa znaczeniu radę. Dwanaście osób, w tym mężczyźni i kobiety, a na czele Ceaser. Oprócz wykorzystywania swoich przywilejów nie robili nic. Jedynie Raily, jako młody, ambitny człowiek chciał coś zmienić. W rzeczywistości każdy jeden z nich miał już dosyć swojego życia i jedynie dbali o własne interesy.
     Były też oczywiście inne szlacheckie rody, które nie dostąpiły zaszczytu zamieszkiwania zamku. Na przykład hrabstwo świętej pamięci Redwoodów, których ostatni dziedzic zginął tragicznie dosyć niedawno, znajdował się na zachód niedaleko murów, otaczających miasto. Arystokrata Roose był jednym z tych, którzy mieli swoje rezydencje położone w innym mieście, niżeli Mortuum.
     Kuro wszedł tylnymi drzwiami do jadalni, aby nie musieć przedzierać się przez ogromny hol i od razu dostał w potylicę głowy. Syknął z przenikliwego bólu i spojrzał za siebie. Tak jak mógł się spodziewać, była to Roy, która spoglądała na niego złowrogo. Znaczy, jej wyraz był taki sam jak zawsze, bo ona nigdy nie okazywała uczuć, ale mimo to widać było w niej ten gniew. Głęboko ukryty w jej bezdennych, niebieskich oczach
     - Gdzieś ty był? Spóźniłeś się dokładnie o trzy minuty – powiedziała sztywno. On jedynie przetarł się w piekącym miejscu i odszedł od niej.
     - Tak, wiem, wiem – widząc stół, wokół którego siedziało parę osób, miał dość. Był tam Jhon, który w ciszy jadł kawałek chleba. Obok Erica, ruda ździra, która jak później się okaże nakablowała na Kuro. Nie dogadywali się ze sobą zbyt dobrze. Ich znajomość można by porównać z relacjami jego i Roy. Na takim samym poziomie wrogiej obojętności. Byli tu też osoby, których nigdy nie mógł sobie skojarzyć. ‘Ten brunet to chyba Anthony, niedawno awansował i trafił tutaj’ – myślał ciężko. Kuro nie jest duszą towarzystwa, dlatego też trzyma się z daleka od innych, na tyle ile może. Są wiadomo wyjątki, nie ma ich jednak dużo. Usiadł do stołu obok jakiegoś drobnego chłopaka (jeżeli dobrze pamiętał, nazywał się Bran). Sięgnął po łyżkę i powoli pochłaniał świeżo przyrządzoną strawę, zagryzając chlebem.  
     Roy w głębi duszy była zażenowana zachowaniem jej kolegi po fachu, ale nie dała tego po sobie znać. Usiadła na końcu, mając ich wszystkich przed oczami. Kuro jedynie przez chwilą ją słuchał, ale w tym czasie mógł doświadczyć kilku obelg i drwin. Chociaż to nie było dla niego najważniejsze. Ta mądrala zdążyła uświadomić mu realne zagrożenie, jakim był Kult Demonów.
     Przytoczony tutaj był temat Michela Redwooda, ostatniego dziedzica starego rodu. Zmarł niedaleko głównych alejek rynku, niedaleko Kaplicy North.  
     - Uważamy wraz z władcami, że może to być kolejny atak Kultu Demonów. Tak jak wiecie, jest to organizacja, która werbuje jedynie człekopodobne istoty – mówiła to z takim tonem, jakby opowiadała dobry żart. Widocznie traktowała to jak coś zwyczajnego. Kolejny poranek, kolejne śniadanie, znów te same twarze. To może jakiś dowcip? Przerwała na chwilę, jakby czekając na reakcję, zaś cisza zmotywowała ją do kontynuowania. Mimo aroganckiej postawy Roy, Kuro był święcie przerażony o swoje życie. Już wiedział, na kogo polują – Nie wiemy, kogo teraz mogą wystawić na szachownicy. Musimy zwiększyć rygor w wojsku i zapewnić ochronę innym, a szczególności samym sobie.
     - Chyba w szczególności dzieciom, a konkretnej małym dziewczynkom – wtrąciła Erica popijając mleko. Kuro domyśliwszy się, jakiego sortu teraz pójdzie obelga, jedynie popatrzył na nią spode łba. Skończył jeść i teraz siedział z splecionymi dłońmi, opierając się o stół. Z jej ust spływały resztki napoju – nasz kolega przyprowadził już tutaj gówniarę, aby ją bronić osobiście – spojrzała na niego z drwiną i wyższością, ale od razu się odwróciła. Jego morderczy wzrok, za którym krył się gniew i nienawiść, połączone z wnikliwością Demona Xen, przeraził dziewczynę. Ericę momentalnie przeszły dreszcze, ale poniekąd nie żałowała swoich słów. Może to też ją w późniejszym czasie zgubiło, bo zesłała na siebie gniew dwóch jednych i tych samych osób?
     - Dziecko? - zdziwiła się Roy patrząc na chłopaka. Szykowała się solidna dawka bluzg w jego stronę i upomnień. Przez to też musiał wytłumaczyć się tej wstrętnej kobiecie z tego co się stało. O Henrym na pewno, ale to co przydarzyło mu się podczas jego własnego snu wolał zachować dla siebie. Ostatecznie mógł to powiedzieć Railiemu, chociaż ten go ignoruje ten cały czas i nie poświęca mu zbyt dużej uwagi.
     Dziewczyna produkowała się, próbując umniejszyć jego wartości i ugodzić w czułe punkty, ale ten odpłynął myślami w jakieś milsze miejsce i uświadomił sobie coś, co go zmroziło od środka. Na pewno istnieje jedna osoba na tym świecie, która powinna natychmiast się dowiedzieć o śmierci Henrego. Chłopak oparł się o krzesło dopijając mleko. Spojrzawszy na bok, uśmiechnął się. Czasami widok rozsierdzonej Roy poprawiał mu humor.

6
     - Gdzie idziemy, Kuro? - zapytała mała, rozglądając się wesoło. Zbliżał się powoli wieczór, bo słońce minęło swój najwyższy punkt na sklepieniu i zmierzało ku horyzontowi. Choć nadal było wcześnie, to na niebie pojawiły się pierwsze pomarańczowe światło. Kuro chwilę milczał, oglądając to niesamowite zjawisko, po czym odpowiedział łagodnie.
     - Musimy pójść powiedzieć Marry o Henrym – Lorraine usłyszawszy imię zmarłego chłopaka, bardzo spochmurniała. Nadal trwożyło ją poczucie winy związane z jego śmiercią – poza tym musisz się jej pokazać, mała. Ona pewnie też się martwi o ciebie – obejrzał się za sobą i dostrzegł pewne stoisko. Znajdowali się na niedużym rynku Mortuum. Kilka stoisk, a naprzeciwko szereg budynków, jak na przykład restauracje. Była to jedna z biedniejszych stolic, chociaż jak się lepiej przyjrzało panował tutaj ogromny kontrast. Rynek i inne dzielnice gniły wręcz od biedy, zaś rezydencje i zamek królewski tętnił bogactwem.
     Stoisko to oferowało butelki z mlekiem. Choć tutaj nie było zbytnio miejsca, gdzie można hodować krowy, to Kuro się tym nie przejął zbytnio. „Pewnie handlarz z jakiejś wsi” - pomyślał chłopak, a przy okazji rzucił parę monet do ręki starca, w zamian za dwie butelki białego napoju. Odszedł stamtąd z uśmiechem i chciał ofiarował je swojej towarzyszce. Nie miał za dobrej pamięci, ale wiedział, że mleko było czymś, co uwielbiał. Nie tylko on. Marry Jane w swoim przytułku zarażała swoją obsesją do picia tego przepysznego trunku.  
     Zanim jednak dał te butle Lorraine, dostrzegł, że dziewczyna wpatrzona jest w ciemną odnogę, między dwoma budynkami, przy których jakiś człowiek rozstawił się ze swoimi szmatami i sprzedawał je innym. Widziała ona tam wysoką, wychudzoną postać. Trzymała przy sobie czyjąś głowę. Głowę dziecka. Na chwilę zastygła, aby potem uśmiechnąć się do Lorraine w przerażającym grymasie.
     Dziewczyna zamarła w bezruchu, jakby zahipnotyzowana. Chciała nawet ruszyć w jego stronę, ale wtedy Kuro dotknął ją w ramię i wyrwał ją, jak ze złego snu. Podskoczyła nawet i szybko spojrzała na niego.
     - Wszystko w porządku Lorraine? - dotknął jej czoła i starł z niej kropelki potu. Nie wiedziała co ma zrobić i jak się czuć. Serce biło jej nieco szybciej, niż zawsze. Nie odpowiedziała mu, a jedynie popatrzyła znowu w tamtą stronę, a Kuro za nią. Tak jak dało się przewidzieć, nikogo nie było. Może to stres i strach? - pomyślała.
     - Tak, wszystko w porządku.
     - Widzisz tam coś? - podejrzewał coś, że dziewczyna mogła być świadkiem czegoś strasznego, co ją zamurowało oraz przeraziło.
     - Niee… - zaprzeczyła, ewidentnie speszona – tylko mi się wydawało. Możemy już iść? Pani Jane ucieszy się na darmową butelkę mleka – powiedziała ze sztucznym uśmiechem obejrzawszy, co Kuro trzyma w ręce. Było wiadomo, że unika tematu.
     - No dobrze, chodźmy – i udali się do Domostwa Pani Jane, w którym czekała ich nie lada zaskoczenie.
     Kiedy oni tak odchodzili, kierując się w stronę starego domu dziecka, pewna postać wyłoniła się z cienia i obserwowała ich, aż zniknęli za budynkami. Nie została jednak niezauważona. Oprócz Lorraine, którą przeszły nagle dreszcze po plecach, wyczuł ją niezawodny towarzysz Kuro, Demon Xen. Nie ingerował on w życie chłopaka przez długi czas, ale z czasem miał mu o tym powiedzieć.

     Nim zdążyli coś powiedzieć, powitano ich bardzo czule. Dzieciaki rzuciły się Lorraine na szyję. Tulili się do niej, a niektórzy płakali z radości i ulgi. Marry, kiedy ich zobaczyła podeszła spokojnie do nich. Widać, że chciała coś powiedzieć, ale jedynie ją spoliczkowała. Wszyscy patrzeli na nią ze zdziwieniem, może oprócz Kuro. On tylko się uśmiechnął słabo i poszedł w stronę kuchni, aby porozlewać mleka do szklanek. Tak jak przeczuwał, zanim się obrócił, to kobieta objęła dziewczynkę i zajęła się płaczem.
     Kiedy w końcu usiedli do stołu, nastała cisza między nimi. Oprócz Marry Jane i tamtej dwójki, nie było tam nikogo. Reszta dostała po szklance niebiańskiego napoju i mieli opuścić kuchnie, chociaż to nie powstrzymało pewnej dwójki od podsłuchiwania.
     Pierwszy głos zabrała Lorraine. Długo się zbierała w sobie, ale ostatecznie zaczęła swoją opowieść. Począwszy od tajemniczych głosów wydobywających się z szafy, po przerażającą postać, przypominająca Eddiego, a zarazem Henrego, a kończąc na śmierci chłopaka. Swoją historię zwieńczyła swoimi strużkami łez, które spływały po jej licach. Marry Jane siedziała w ciszy, ściskając swoją szklankę. Pochyliła głowę i wpatrywała się głęboko w biały napój. Kuro przyglądał jej się z uwagą. Dostrzegł jak na powierzchnie mleka spadały małe krople, wprawiając ją w falowanie.
     - A więc, kolejny nie żyje? - mruknęła i oparła się o krzesło. Chłopak dopiero wtedy dostrzegła na jej twarzy pierwsze zmarszczki. Na jej twarzy widoczne było zmęczenie. Ile ona miała lat? Może trzydzieści? Kiedy on tu trafił, miała około dwudziestu lat. W zasadzie, chyba nikt stąd nie miał pojęcia ile tak naprawdę ta kobieta ma lat. Jedynie Clance, jej mąż, miał ten zaszczyt.
     - Tak. Nie zdołałam go uratować – powiedziała Lorraine pocierając dłońmi z nerwów. Również spuściła głowę i milczała jakiś czas.
     - W takim razie, dlaczego ty żyjesz? - to pytanie nieco zszokowało dwójkę gości. Głównie przez swój specyficzny wydźwięk, tak jakby kobieta wręcz obarczała małą, że żyje. Uświadomiwszy to sobie, szybko się poprawiła, dodając – No bo, mówiłaś, że stanęłaś twarzą w twarz z mordercą. Musiało coś się stać, że uniknęłaś śmierci. Przepraszam... za tamto. Strasznie źle to zabrzmiało. Po prostu już nie umiem trzeźwo myśleć. Za dużo dzieci umiera… - nim przeszli do opowieści Kuro, chłopak zaciekawiony słowami Jane, chciał dopytać, o co jej chodzi. Ta jednak pokręciła głową na znak, żeby najpierw  on podjął głos
     - To Kuro mnie uratował… znalazł mnie w tamtym lesie, zanim do czegoś doszło – powiedziała Lorraine, a on zaraz po niej dopowiedział swoją wersję
     - Miałem tej nocy sen… - chwilę się zaciął, bo przypomniał sobie widok Missy. Wolał sobie tego nie przypominać, więc pominął tę kwestię i przeszedł do konkretu. ‘Ależ cholera jasna, jak to boli’, przeszło mu przez głowę – Śnił mi się pewien mężczyzna, który miał wypalone oczy. Wyglądał przerażająco. Przedstawił się jako Oruk, obraz z przyszłości. Nie bardzo rozumiałem tego, ale ostrzegł mnie przed Kultem Demonów – tutaj, pozostałą dwójkę przeszły dreszcze. Temat Kultu Demonów był powszechnie znany, a nawet uznawany za tabu. Może nie mieli jakichś konkretnych informacji, ale wydarzenia sprzed paru miesięcy dość dobitnie przedstawiają sytuację – Podobno zaczęli na mnie polować. Nie żebym się tego nie spodziewał, tylko sądziłem, że śmierć Sallosa spowoduje, że umilkną na bardzo długo. Zresztą, nie o tym dzisiaj rozmawiamy… - machnął ręką, a w środku rozgrywała się walka ze swoimi słabościami. Denerwowało go to, bo znowu czuje się tak zagrożony, jak kiedyś, gdy stanął naprzeciwko Sallosa oraz jego popleczników – ten sam człowiek powiedział, że Kult chce skrzywdzić Lorraine i będą próbowali ją porwać. Dał mi też info, gdzie ona będzie w tym czasie. Zdążył też napomknąć o Henrym…  
     Odetchnął nerwowo i przetarł czoło. Cała trójka zamilknęła. Tylko patrzyli po sobie, licząc, że ktoś coś powie. Niestety nikt nie chciał, więc Kuro znowu zabrał głos.
     - Święci jeszcze nie wiedzą o tym wydarzeniu, a też nie ma chyba sensu im o tym mówić...
     - Dlaczego? - zdziwiła się Marry a wraz z nią Lorraine.
     - Nie ma ciała… Lorraine może tego nie widziała, bo zemdlała, ale zanim stamtąd wyszliśmy widziałem postać. Wysoki mężczyzna, blady ze spiczastymi, jak kolce zębami. Nosił kapelusz…
     - Też go widziałam… - szepnęła dziewczynka, ale nikt jej nie usłyszał, więc Kuro ciągnął dalej
     - Widziałem też jak coś wciąga Henrego pod ziemię. Nie ma więc żadnych dowodów na jego śmierć, a w kadrze mnie jedynie wyśmieją i co oni mogą zrobić? Tylko wysłać listy o zaginięciu dziecka – wtedy oczy Jane błysnęły. Dostrzegł to, ale nieco się zmieszał. Nie był to promień nadziei, wręcz przeciwnie.
     - Ciało Eddiego też zniknęło – zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Nieco go to zaskoczyło, wręcz pomyślał, że kobieta trochę oszalała z natłoku spraw. Tyle że ona mówiła dalej – możecie o tym nie wiedzieć, ale przed pogrzebem byłam w kaplicy. To było dosłownie parę minut przed samą ceremonią. Weszłam do kaplicy, gdzie stała trumna, aby rzucić ostatni raz oko na Eda. Lekko uchyliłam i się przeraziłam. Ale nie tym, co tam zobaczyłam, bo wtedy Clance mnie zaszedł i się przestraszyłam. Powiedział, że niebezpiecznym jest otwieranie trumny, bowiem zmarli mogą roznosić choroby związane z rozkładem. W milczeniu odeszłam. Wtedy nie byłam pewna, ale kiedy powiedziałeś mi o Henrym, Kuro, to mogę śmiało powiedzieć, że ciało zniknęło – coś zmroziło chłopaka od wewnątrz, ale nie był to koniec złych i szokujących wieści.
     - Dlaczego nie zgłosiłaś tego od razu? - kobieta nieco się obruszyła i powiedziała oburzona.
     - No przecież mówię, że z początku wydawało mi się, że to złudzenie. Wiecie, Eddie nie należał zaś do dużych dzieci, mogłam po prostu nie zobaczyć. Przecież całej nie otwierałam! A też nie pamiętałam tego… tak jakby przez mgłę to widziałam. Do teraz. Nagle wszystko mi się rozjaśniło i jestem pewna, że go tam nie było.
     - Mamo… - Lorraine złapała ją za rękę i uśmiechnęła się. Chciała coś powiedzieć, ale głos zastygł jej w gardle. Kuro obserwował kobietę i widział w niej strach, mimo to czuł w niej gorycz i chęć działania. Kolejne słowa przeraziły jeszcze bardziej każdą osobę, która tam się znajdowała, także Patricka i Davida, którzy podsłuchiwali rozmowę zza drzwi. Choć już wieść o kolejnym trupie wystarczająco ich zmieszał, nie byli świadomi, że to co zaraz usłyszą sprawi, że zmieni ich dalsze życie.
     - Kuro, muszę ci coś powiedzieć. Coś, co władza ukrywa. Nie myśl, że śmierć Eddiego, Henrego oraz tego biedaka Michela są jakoś powiązane ze sobą – przechylił jedynie głowę. Nawet nie wiązał tych faktów ze sobą. Rzeczywiście, podejrzanym było, że całą trójkę łączyło to miejsce, bowiem każdy z nich spędził tu jakąś część swojego życia. Nie był to znów powód, aby kojarzyć to jakoś ze sobą. W przyszłości okaże się, że te morderstwa miały o wiele więcej wspólnego niż by przypuszczali – Śmierć Michela, przynajmniej według mnie, możesz poprawić tą tezę, jeśli chcesz, może była dla zmyłki, a sam Michel wiedział coś, czego nie powinien. To na młodych skupia się morderca.
     - No dobra – zaczął niepewnie Kuro, tylko że Mike zmarł na początku, przed Eddiem i Henrym – ta jedynie pokręciła głową spokojnie. Nabrała ciężko powietrza i wypowiedziała z nadmierną ostrożnością słowa które zamurują  zebranych.
     - No właśnie nie, Kuro. O tym się nie mówi, ale zabójstwa Garry’ego Elliota oraz najazd Kultu tak się jakoś zbiegły ze sobą, że ludzie zapomnieli o tym… chociaż sądzę, że to nie był jedyny powód… - czekali jak na szpilkach, on i Lorraine (a także ukryci podsłuchiwacze), aby dowiedzieć się wstrząsającej prawdy – przez te miesiące zaginęło o wiele, wiele więcej dzieci, niż by ci się wydawało… Ludzie na mieście gadają, narzekają na rząd. Matki płaczą, że  ich dzieci prawdopodobnie nie żyją, a Święci Łowcy nic nie robią. Od jednego faceta słyszałam, że przez ten czas zniknęło ponad pięćdziesiąt dziewczynek i chłopców, podobno liczba sięga nawet osiemdziesięciu.
     Niemiły chłód dotknął obojga młodych po szyi, plecach, wręcz wszędzie gdzie się dało. Kuro siedział odrętwiały, a Lorraine zaniosła się szlochem. Chłopaki wymienili spojrzenia pełne niepokoju i strachu. To było ostatnie co usłyszeli, bowiem po tych słowach odsunęli się od drzwi i po cichu wrócili do swoich pokój. Marry też chciała się rozpłakać, ale w ostatnim momencie się powstrzymała. I tak było widać w jej oczach łzy.
     - Ale… jak to? Nic mi przecież nie wiadomo na ten temat! Wiedziałbym, że dzieci masowo znikają! Jestem przecież Świętym Łowcą…
     - Nie miałeś prawa wiedzieć. Każdą interwencję przejmowała pewna osoba i natychmiast to tuszowała – patrzył na nią, jak na byka. Nie wiedział co o tym sądzić – Znasz tą osobę, aż za dobrze … nazywa się Redfox…
     - Roy Redfox – dokończył Kuro, którego zimny pot oblał całego. Znał Roy i wiedział, że nie przepada za dzieciakami, ale żeby ukrywać prawdę przed wszystkimi. To wykraczało poza ludzkie pojęcie.
     - Taa… ta ździra Redfox jest tutaj problemem. Podobno jednej z matek powiedziała wprost, że każda śmierć dziecka jest dla państwa krokiem w przyszłość, a więc nie ma się martwić. Jakbym ją zobaczyła, to dostałaby ode mnie – to powiedziawszy, po raz pierwszy sięgnęła po fajkę i zaciągnęła się. Kuro tylko pokręcił zażenowany.
     - I zamknęli by cię w więzieniu i kto by się opiekował dzieciakami – ona spojrzała na niego, po czym zwróciła się uprzejmie do Lorraine
     - Skarbie, mogłabyś nas zostawić na chwilę? - ta zdziwiona, nieco niechętnie opuściła pomieszczenie. Uśmiechnęła się do Kuro, ale widać było w tym uśmiechu smutek. Zatrzasnęła drzwi za sobą, a po chwili stukot jej butków ucichł.
     Marry przechadzała się po jadalni, zaraz obok kuchni, gdzie doszło do wielu zdarzeń i nieraz jeszcze coś tu się wydarzy. Chłopak obserwował jej ruchy w spokoju, po czym zapytał o czym chciała porozmawiać na osobności.
     - Słuchaj Kuro, jako mój były podopieczny i jako osoba, która jest z tym ściśle powiązana, tylko tobie mogę zaufać. Chcę wyjechać do Hikari. Nie wiem jeszcze kiedy, pewnie jak zbiorę się w sobie. Mam do ciebie prośbę… zaopiekuj się dziećmi, kiedy mnie nie będzie.
     - Czemu chcesz wyjechać? - zapytał wstając z krzesła. Co jak co, ale dzieci nie będą bardziej bezpieczniejsze, niż z Marry. On mógłby sobie nie poradzić i zniknie więcej osób
     - Spokojnie, Kuro… nie znikam na zawsze przecież. Ta cała sytuacja sprawiła, że przez te parę dni znacznie więcej myślałam i doszukiwałam się w tym drugiego dna… Domyślam się kto może nam pomóc. Chcę go tutaj ściągnąć, jak najszybciej mogę.
     - Ile to tobie zajmie?  
     - Nie wiem… miesiąc? Może dwa… - oparła się o ścianę i wciągnęła kłębek dymu, wypuszczając go od razu – proszę cię tylko o jedno. Zapewnij im ochronę.

7
     Zdecydowali więc obaj, aby Lorraine została z Kuro, dopóki sytuacja się nie ostudzi. Nim wyszli, Marry Jane podeszła do dziewczynki i ucałowała ją w czółko, jak gdyby kładła ją spać. Pogłaskała ją po policzku, uśmiechając się do niej słabo. Chłopak czuł, że w jej wnętrzu rozgrywa się niemała walka. Zdeterminowanie, odwaga, ale także ból i strach trwoniły ją od środka. Mimo to zdołała powiedzieć do niej najczulej jak potrafiła.
     - Niedługo się spotkamy Lorraine, a gdy to się wszystko skończy znowu będziemy razem – wtedy nikt nie był świadomy, że los szykuje dla nich inną historię. O wiele gorszą, wykraczającą poza ludzkie myślenie.

     Wróciwszy do zamku, czekała ich niemiła niespodzianka. Byli już prawie pokoju, w którym spał Kuro, kiedy to Roy zaszła im drogę. Oczywiście, ubrana nader dokładnie, schludnie. Aż wylewał się z niej ten chory perfekcjonizm.  
     - Dzisiaj wyjątkowo wcześnie wróciłeś, nawet słońce nie zaszło – na jej standardy, była to ogromna pochwała. Kuro minął ją. Nie chciał zwracać na niej uwagi. Wiedział, że może to się źle skończyć, szczególnie teraz, kiedy wiedział jak potraktowała tych wszystkich rodziców. Oni przeżywali kryzys i prawdziwą tragedię, a ona wręcz ich opluła. Tym razem jednak Roy wszczęła tę słowną batalię – szkoda, że znowu wróciłeś z tą brudaską. Traktujesz ją jako swoją pomywaczkę, czy bardziej seksualną zabawkę? Pewnie cię podniecają takie. W końcu pochodzi też z tego… miejsca dla śmierd… - nie zdążyła dokończyć, bo chłopak obrócił się do niej. Podszedł trochę i w mgnieniu oka zamachnął się i trafił w nos, łamiąc go. Uderzenie było tak potężne, że odrzuciło ją na ścianę i osunęła się na podłogę. Widać było po niej, że nie bardzo rozumie co się dzieje, zresztą tak samo jak Lorraine, która przyglądała się temu ze zdziwieniem. Ciepła krew spływała jej po ustach. Wydawało się, że chciała coś powiedzieć, ale chłopak już jej nie słuchał. Zatrzasnął drzwi i przekręcił kluczyk.
     - Dlaczego to zrobiłeś? - zapytała dziewczynka. Kuro tylko uśmiechnął się i zdjął buty.
     - Zasługiwała na to od bardzo dawna. Chociaż boję się konsekwencji i tego, co ona może wymyślić w kontrze, to nie mogłem się powstrzymać.
     Później siedzieli razem na łóżku i chyba pierwszy raz w życiu chłopak się otworzył na kogoś obcego. Opowiadał on o swojej pracy jako Święty Łowca. Napomknął też o swoim pobycie u Ellie (chociaż nie szczegółowo), jak poznali się z Railim i Roy, a także jak zniszczył Sallosa. Pominął on istotne wątki, jak jego zmieniacz czasu (w sumie to gdzie on jest? - przemknęło mu przez głowę). Wyglądało to, jakby się szczycił pokonaniem demona i stawienie czoła Kultu Demonów.
     Im dalej rozmawiali, tym bardziej było pewne, że padnie w końcu temat Domostwa Pani Jane i to, jak tam trafili. W końcu, jakby nie patrzeć, ich obu to łączyło. Sierociniec. Pierwszy zaczął Kuro, bo nie miał on jakoś super długiej historii. Powiedział, że odkąd pamięta, to już tam był. Oddała go pewna kobieta. Nie była to matka, bowiem ta sama osoba uznała, że jego mama zmarła przy porodzie. Czy to była prawda? On szczerze sam nie wiedział. Wydawało mu się, że Marry, która taką wersję mu przedstawiła też sama w to nie wierzyła.
     Obaj nie drążyli tematu. Lorraine widziała w jego oczach małe iskierki, nie nadziei, a bólu. Złapała go za rękę i wtedy ona podjęła swoją historię.
     - Ja niestety nie miałam takiego szczęścia, jeśli mogę to tak nazwać, aby mieszkać u pani Jane od początku. Byłam córką okolicznej prostytutki. Nie była jakoś popularna, jeżeli o to chodzi. Nie wiem nawet jak się nazywała. Bodajże Alex… - tutaj uśmiechnęła się słabo – Miałam wtedy prawie trzy latka, także to był wstrząs dla takiego dziecka, nawet jeśli jego matka zajmowała się tym, czym się zajmowała… Zmarła od przedawkowania narkotyków. Przygarnęło mnie wtedy dwóch mężczyzn. Jeden był jej bratem. Postanowili się mną zaopiekować…
     - Oni obaj? - dopytał, tylko po to, aby usłyszeć to z jej ust.
     - No wiesz… oni byli małżeństwem od dłuższego czasu, z tego co opowiadali. Bardzo długo mieszkali poza granicami państwa Yami, chyba w dalekich stronach Ōmori – chłopak pokiwał głową. Znał prawo oraz opinię ludzi na temat dwóch mężczyzn mieszkających razem. Nie zdziwił się więc, że obaj musieli się ukrywać – Wiem… wiem co możesz sądzić o takich związkach, ale dla mnie były to najlepsze lata spędzone w życiu. Z początku było to nieco dziwne, ale  kolejne dni, tygodnie, a nawet miesiące były coraz lepsze, a ja zaaklimatyzowałam się na dobre. Żyłam tam przez jakiś czas, aż w końcu miałam dziesięć? A może jedenaście lat? Nie pamiętam, ale gdzieś w tym czasie, Duke Nawton… to był wujek mojej matki – dopowiedziała szybko, widząc pytający wzrok chłopaka – Bardzo nie podobało mu się w jakiej rodzinie się wychowuje. Do teraz nie rozumiem, czemu tak długo zwlekał z tym…
     - Z czym? - spytał bezwiednie. Dostrzegł w jej oczach łzy. Nabrała powietrze i opowiadała dalej
     - W czasie świąt naopowiadał komuś z żołnierzy, że ta dwójka notorycznie mnie molestuje. Co było oczywistym kłamstwem, bo nigdy nie doszło do sytuacji, w których bym się czuła niekomfortowo. No ale kto by to sprawdzał? Kto by popytał o to? Kto by mi uwierzył? Byłam wtedy szczeniakiem, a dla takich ludzi jak oni, takie tematy są jak wiatr dla ognia. Tylko rozsierdza go bardziej, a z czasem nie można go zatrzymać… I tak o to zamiast wspólnego obiadu, w rodzinnej atmosferze, miałam dawkę tego, jak ludzie mogą potraktować drugiego człowieka. Widziałam ich śmierć…
     - Co się stało potem? - Kuro wpatrywał się w jej oczy, czując ciarki na plecach.
     - Oczywiście, że trafiłam do tego psychola. Inaczej nie mogę go nazwać. Jakiś czas próbował się dogadać ze mną, ale nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Nienawidziłam go z głębi serca. Tylko co ja mogłam zrobić? W końcu zaczął robić to, o co obarczył Lucasa i Petera… - zamilknęła na chwilę. Pocierała nerwowo włosy, a potem mówiła dalej, powstrzymując zaciekle łzy – Traktował mnie jak jakąś ulicznice, nic nie wartą. Myślę, że od początku tego chciał, ale coś go powstrzymywało przed tym.
     Resztę Kuro mógł się sam domyślić, bo dziewczyna zaniosła się okropnym płaczem i nie dała rady już nic z siebie wyrzucić. Chłopak przytulił ją do siebie. Pod wpływem jego ciepła, uspokoiła się i osłabła, po czym zasnęła, pozostawiając go w rozmyśleniach. Nie było to nic konkretnego. Myślał o tym, co zdołała mu opowiedzieć, swoją małą historię. Nie zdążył jej za wiele przekazać od siebie. Dla niego taka nienawiść, jaką pokazał Duke była również niezrozumiała.  
     Nie martwił się o to. Mają wystarczającą ilość czasu, żeby się poznać i zaakceptować. A przynajmniej do momentu, aż zniknie, a z nią cała nadzieja na normalniejsze życie. Przez kolejne trzy dni coraz bardziej się dogadywali. Roy widocznie nie powiedziała niczego Railiemu, czy komukolwiek ze Świętych Łowców, bo nie oberwało się Kuro za zmiażdżenie jej nosa. Przez trzy dni rozmawiali i zbliżali się do siebie, że można było wyczuć wokół nich przyjazną atmosferę, wręcz rodzinną. Do momentu, aż następnego ranka Kuro obudził się, a obok nie widział nikogo, prócz pustej przestrzeni.
8
           11 listopada

     - Co się z nią stało?! - wrzasnął do pokojówki, która jak zawsze przyszła do niego rankiem, a także w stronę zebranych Świętych Łowców, jak co dzień rano. Ta pierwsza wystraszyła się i nerwowo pokręciła głową. Tamci (to jest, Erica oraz Krieg) przez chwilę milczeli, aż Kuro powtórzył pytanie. Wtedy odezwał się ktoś zza jego pleców.
     - O czym ty mówisz popaprańcu? - Anthony jeszcze ziewał i wyglądał na zmęczonego. Usiadł do stołu i przetarł swoje oczy – tak na marginesie, mógłbyś w końcu się umyć. Wali od ciebie na kilometr – chłopak nieco się speszył, a jego mina zmarkotniała. Faktycznie, przez te kilka dni nie odwiedzał tak często łazienki. Chciał już wychodzić, kiedy to Erica odchrząknęła i zwróciła się do niego.
     - Nie wiemy, gdzie jest ta twoja pupilka, Kuro. Wiemy jedynie, że masz przesrane u Roy – spiorunował ją wzrokiem i wyszedł z jadalni. Zagryzł wargę i ruszył w stronę swojej sypialni, ale po drodze zmienił zdanie. Skierował się ku łaźni. Chciał się wykąpać i odwiedzić Marry Jane, aby poinformować ją o Lorraine. Pluł sobie w brodę, bo nie dotrzymał obietnicy i nie dopilnował dziewczyny. Nie wiadomo, gdzie ona jest, ani co się z nią stało.
     Chwycił za klamkę, ale spotkał go opór ze strony drzwi. Popatrzył zdziwiony i jeszcze z dwa razy próbował się wbić do środka. Zamknięte? W sumie Roy nie było z nimi przy stole, co było dla niej dziwne. Jednak z drugiej strony, ona bierze z reguły kąpiele w królewskiej łaźni. W końcu jako prawa ręka Ceasera ma do tego prawo. Jej ego nie pozwoliłoby się kąpać w tym samym miejscu, co reszta.
     Kuro nie dawał za wygraną. Szepnął w duszy do swojego cichego wspólnika „Pomóż mi”. Przez chwilę wydawało się, że Xen to zignorował, ale wtedy strużka mrocznej mazi wysunęła się spod jego rękawa i weszła w dziurkę od klucza. Chłopak poczuł jak zamek popuszcza i szepnął do siebie;
     - Dzięki.
     Wszedł do pomieszczenia i spotkał go widok, który go zmroził. Osunął się na podłogę, łapiąc głęboko oddech. Dwa razy przetarł, aby sprawdzić, czy aby to nie jest złudzenie. Niestety nie. Poczłapał i starł z kafelek trochę krwi, która rozbryzgała się praktycznie wszędzie. Na ścianach, suficie i podłodze – wszędzie te podłużne, czerwone plamy. Coraz ciężej mu było nabrać powietrza. Widok wskazywał na tylko jedno.
     - Kuro? Co ty do cholery robisz? - rozbrzmiał głęboki głos z korytarza. On, całkowicie przestraszony, spojrzał za siebie. We framudze drzwi stał Jhon, potężny mężczyzna, który patrzył na niego z góry. Z jednej strony strony był to wzrok pełny współczucia, ale z drugiej wręcz wylewała się drwina i wyższość.
     - Co…? Nic, nic… zasłabłem – skłamał na szybko i się uśmiechnął do niego. Wstał, a tamten go minął bez słowa. Chciał się już rozbierać, kiedy coś go zatrzymało. „Czy on jej nie widzi?” - pomyślał Kuro - „Przecież to wręcz wygląda, jakby krew wypływała z wanny”. No co jest do cholery? Przecież widział, że zdjął buty i wszedł swoimi stopami w czerwone plamy. Widział, jak zostawia ślady za sobą. A teraz stał spokojnie przy wannie, która zapewne jest cała obrzygana.
     - Kuro… muszę ci coś pokazać – rzekł mężczyzna i podszedł do niego. Sięgnął do kieszeni (nadal zostawia te ślady) i wyciągnął im pomiętolony kawałek papieru. Wręczył go w ręce Kuro, a ten zerknął na niego pytającym wzrokiem
     - Co to jest? - spytał, a ten odwrócił się i już zdejmował koszule. Puścił wodę z sześciu kranów, a ta bardzo szybko napełniła całą wannę.
     - Dekret. A teraz proszę, jakbyś mógł… - bąknął, a chłopak nie czekając, ani sekundy więcej opuścił łaźnie i ruszył do swojego pokoju. Jhon Krieg w końcu mógł zamknąć drzwi i zanurzyć się w wymarzonej kąpieli (dla Kuro pełnej krwi).
     Chłopak wszedł do swojej sypialni i usiadł na łóżku. Rozejrzał się dookoła, czy na pewno jest sam i rozwinął ten cały „dekret”, a jego oczom ukazały się napisane blisko siebie słowa. Próbował się wczytać w owe zdania i zrozumieć ich znaczenie. Było to niestety zbyt oficjalne pismo, a słownictwo wykraczało poza wiedzę Kuro. Zrozumiał jedynie, że Domostwo Pani Jane ma z dniem dzisiejszym zakończyć swoją działalność, a Marry raz z dziećmi udadzą się do więzienia. Napisane przez Roy Redfox, podpisane przez Railyego oraz królową Caudę.

9
     On zawsze wiedział. To było wiadome od samego początku, że Roy jest podłą, zimną suką. Nie liczyło się dla niej nic, poza jej własnym dobrem. Była równie mściwa, jak cały Kult Demonów, który teraz na niego poluje, za zabicie Sallosa i powstrzymanie ich działań. On to wiedział, tylko dlaczego, do kurwy nędzy, za jego przewinienia, musi odpłacać się na bogu ducha winnych dzieci?
     To on sprowadził Lorraine tutaj. To on zgodził się, aby ją chronić tutaj, bez wiedzy jego przełożonych. To on podniósł rękę na Roy i rozgniótł jej nos w gniewie. On. Nie oni, tylko ON! Dlaczego więc chce zniszczyć życie wielu młodym osobom, które tak naprawdę jej nie znają nawet? - te i wiele innych myśli dręczyło chłopaka podczas drogi do Domu Dziecka. Zebrał się jak najszybciej potrafił i ruszył tam momentalnie. Z daleka już widział, że frontowe, grube, dębowe drzwi były wyłamane. Jedno leżało na kamiennej posadzce, a drugie dyndało jeszcze we framudze.  
     - Pytam ostatni raz, gdzie jest pani Marry Jane? Jest ona oskarżona o infiltrowanie głównego zamku poprzez użycie nieletnich dzieci – usłyszał to, kiedy wślizgnął się do środka. Rozpoznał w tym głosie Roy. Podszedł pod jadalnię i zerknął do środka. Ta stała nad jakąś biedną dziewczynką, która wyglądała na ledwo dziesięć lat. Prychnął w głębi siebie. To jest właśnie poziom tej ździry. Potrafi jedynie zastraszyć dzieciaka i to jeszcze z obsadą w postaci sześciu napakowanych facetów, uzbrojonych po zęby.
     Coś mimo wszystko utkwiło w jego głowie. Fakt, że wypytywała tą biedną dziewczynkę o Marry, sugeruje, że jej tutaj nie ma. Chłopak się uśmiechnął smutno. Znaczyło to tylko tyle, że musiała znacznie wcześniej odejść, przez to straż jej tutaj nie znalazła. „A więc, już ruszyłaś w drogę, Marry?”
     - N-nie wiem… - trzask! Odpowiedział jej potężny cios, ze strony Roy. Dziewczynka już i tak była pokiereszowana, ale nie spodziewała się takiego uderzenia. Upadła na ziemię i splunęła krwią. To było zbyt wiele. Kuro wszedł do środka i zaczął się kłócić z nieznośną towarzyszką.
     - Roy uspokój się! Ta dziewczynka jest niczego winna, a ty podnosisz na nią rękę, jakby zabiła człowieka! - ta zrobiła minę, jakby zabolały ją te słowa. Zacisnęła zęby i zwróciła się ku niemu.
     - Ty masz najmniej tutaj do gadania, śmierdzielu! - syknęła i uśmiechnęła się szyderczo – A może ty mi powiesz, gdzie znajduje się ta gnida, która widocznie nie radzi sobie z wychowaniem dzieci i sobie uciekła, hę? - chłopak zawahał się, ale odpowiedział jej stanowczo, że nie wie. Ta jedynie wzruszyła rękoma i rzekła – No cóż. Zwiążcie te dzieciaki i wyprowadźcie ich stąd. Zamkniemy je w celi – tamci popatrzyli po sobie niepewnie. Nie było im na rękę zakuwać biednych dzieciaków, ale musieli spełniać rozkazy zadufanej cizi. Kuro podszedł do niej i złapał ją za koszulę. Roy machnęła ręką na żołnierzy, aby nie ingerowali, bo najwidoczniej chcieli już przystąpić do obrony.
     - Jesteś psychiczna, dziwko – ta odpowiedziała mu jedynie splunięciem w twarz. Aż coś w nim zawrzało, ale wiedział, że musi odpuścić. Puścił ją niechętnie, a ta odeszła oburzona od niego. Na koniec rzuciła słów, których chyba nawet najgorszy dupek nie zdołałby wypowiedzieć.  
     - Jesteś żałosny, Kuro. Nie zdołasz uratować tych dzieciaków. Wybije je co do jednego. Doceń to, że staram się cię chronić przed Kultem…
     - Niby w jaki, cholery sposób ma to mnie uchronić przed nimi? - zapytał, ale ta już go nie usłyszała. Zostawiła go w poważnej zadumie, a on pochmurnie oglądał, jak kolejne dzieciaki opuszczają dom.
10
          10 listopada
     - Jest pani pewna? - zapytał Patrick spoglądając na kobietę. Marry paliła fajkę w oknie, a łzy spływały jej po licach. Wokół niej stało chyba z dwadzieścia innych dzieciaków, które na następny dzień zostaną związane i wyprowadzone siłą z ich jedynego domu – chce pani nas opuścić? W takim momencie?
     - Och, błagam nie nazywaj tego tak… - jęknęła i przetarła swoje oczy. Nie tylko ona płakała. Większość tam zebranych łkała głośno, nawet dwójka mężnych chłopców, jak Patrick czy David – Nie chcę was opuszczać, muszę wyjechać i odnaleźć pewnego człowieka. On pomoże nam to wszystko zakończyć, kochani. Wiem, że jest to dla was ciężkie – przytuliła teraz Annie, małą okularnicę, która zaniosła się okropnym płaczem. Nie potrafiła się uspokoić, ani złapać oddechu. Przycisnęła ją do siebie, głaszcząc po głowie – ale musicie się dać radę sami… Co ja gadam? Nie będziecie sami! Kuro obiecał…
     - Ale nas nie obchodzi co ten zawszony Święty Łowca obiecał! - krzyknął David przez łzy. Nagle spłynęły mu po policzkach, zostawiając widoczne ślady. Marry patrzyła w spokoju na niego i słuchała z uwagą – między p-panią, a n-nim, istnieje bardzo duża różnica! - coraz bardziej się jąkał, co wręcz kroiło serce kobiecie na pół – N-nie chcemy go t-tutaj! - on też się poddał i zaniósł się płaczem, tak jak jego koleżanka.
     - Wiem, wiem… - szepnęła Marry Jane. Nastała głucha cisza, którą po chwili przerwał Patrick.
     - Ta kobieta znowu tutaj była, prawda? - chodziło o Roy. Kiedy Kuro uważał, że te trzy dni mijały z nadzwyczajnym spokojem ze strony nieznośnej dziewczyny, ta po kryjomu przechadzała się do sierocińca i wygrażała Marry, że jeżeli nie oddadzą się im w swoje ręce, to ich pozabija. Jane nie pozostawała dłużna takim pogróżkom, odpowiadając, że nie ma na nich żadnych haków i że ma się wynosić stąd, bo inaczej jej, ekhm cytując, ‘przyjebie’.
     - Taak… Jutro mają się tutaj zjawić i nas zamknąć w więzieniu. Dlatego mam prośbę… ukryjcie się gdzieś…

          14 listopada     
     Przedzierając się przez kłęby śniegu, Marry rozpamiętywała ostatnie chwilę z podopiecznymi. Chciała się nawet rozpłakać, ale pokręciła głową. Nie było czasu na niepotrzebne łzy. Wiedziała, że dadzą radę. To były w końcu jej dzieci, które wychowywała. Oddała im swoje całe serce. Wierzy w nich, a one wierzą w nie.
     Spostrzegła na horyzoncie jakiś domek, który stał na tym wielkim pustkowiu. Uśmiechnęła się do siebie na wieść, że będzie miała gdzie spać. Nie mogła się spodziewać, że czeka tam na nią zasadzka.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 6 wrz 22:00

    To wstrzymanie to.nie jest dobry pomysl.