Przygotowywanie posiłku - wysiłek intelektualny oraz test na dobra organizacje pracy

Myślę, że przyszedł czas, by nadać imiona pani Flip i panu Flap. Pana Flap nazwę Harry. Imię to doskonale do niego pasuje. Nosi bródkę, której nie pielęgnuje i wygląda trochę, jak brudny Harry 😉. Natomiast panią Flip nazwę Eleonora. To bardzo książęce imię, które moim zdaniem doskonale pasuje do rozkapryszonej snobki, jaką jest moja podopieczna.  

Teraz przechodzimy do tematu. Śniadanie ogarniam już w około piętnastu minut, zamiast czterdziestu pięciu. Doszłam do wprawy. Nie ma wtedy przy mnie Eleonory i Harry’ego. Czasami, gdy niespodziewanie, pół godziny wcześniej usłyszę pisk uruchomionej windy schodowej, a ja jeszcze spożywam „śniadanie przed śniadanie”, wpadam w popłoch i chaotycznie biegam między kuchnią, a jadalnią. Mimo wszystko zanim zjadą, panuję już nad sytuacją i na stole czeka gotowe śniadanie - według przyzwyczajeń podopiecznej. Są na nim talerzyki, filiżanki, serwetki, widelczyki do wędliny i sera, nożyk do sera, tabletki, woda, wybór wędlin dla Eleonory i dżemik dla jej męża, trzy rodzaje chleba, masło, dwa rodzaje sera, pomidory, płatki owsiane z aktimel, siemieniem lnianym (wcześniej zaparzonym) i z jogurtem, wszystkie możliwe sztućce (abym nie musiała wstawać od stołu w trakcie posiłku), kawa, mleczko do kawy, gazeta i w ostatniej chwili zapalam trzy świeczki.  

Obiady może opuszczę. A może wspomnę. Mam jeszcze problemy z tym, co gotować. Myślę, że wkrótce w końcu to ogarnę. Harry czasami, gdy widzi, że szykuję coś dobrego, wchodzi wielokrotnie podjarany do kuchni. Nie lubię tego i nie mogę się skoncentrować na pracy. Powoli się jednak przyzwyczajam. Poza tym muszę zadbać o to, żeby miał co nosić do stołu i żeby nie uprowadził mi jeszcze nie do końca gotowego posiłku. Zawsze szykuję więc trzy talerze, sztućce i stawiam to na kuchennym stole, by podopieczny zaniósł je na stół, przy którym będziemy jedli. Po wykonaniu pierwszego zadania, jest on pewien czas spokojniejszy i nie wychyla głowy z salonu. Starszy pan ponoć bardzo lubił gotować i jego potrawy były przepyszne. Natomiast obiady, które gotował jako chory już człowiek, pozostawiały wiele do życzenia. Gdy Harry się ożywia podczas gotowania, trochę mnie to cieszy, jednocześnie odrobinę denerwuje. Myślę, że to kwestia czasu, bym sobie nie zawracała głowy obecnością podopiecznego w kuchni. Tym bardziej, że nie jest nachalny i szybko się wycofuje mówiąc, że rozumie, że obecność osób trzecich może mi przeszkadzać. Gotowanie trwa średnio pół godziny. Czasami dłużej. I nawet, gdy się rozproszę, zdążę się pozbierać.  

Przygotowanie kolacji w obecności dwóch demencyjnych osób to ogromne wyzwanie. Czasu jest mniej, a czynności do wykonania znacznie więcej. Panuje również większy ruch. W pierwszej kolejności muszę spytać marudnej Eleonory, czy to już czas na kolację. Bez względu na to, o której bym zeszła, zawsze stwierdzi, że to jeszcze za wcześnie. Wracam więc na pierwsze piętro i dziesięć minut później robię drugie podejście. Tym razem zniecierpliwiony Harry wstaje i mówi, że to już czas. Jego żona przytakuje.  
Muszę zadać pytanie, czy chcą kawy, czy herbaty. Wiem, że nauczyli się pić herbatę do kolacji i raczej zawsze się na nią decydują. Spytać jednak muszę. Jeśli zaparzę ją bez pytania, kobieta wykrzywi usta i powie, że chciała kawę. Seniorzy spoglądają wtedy na siebie i po krótkiej dyskusji podejmują decyzję.

Rozmowa wygląda zawsze tak samo:

Co chcemy pić?
A ty co chcesz pić?  
Ale ja pytam co ty chcesz pić.
Ale co ty chcesz pić, bo ja chcę pić to, co ty.  

Zazwyczaj decyzję podejmuje oczywiście kobieta. Raz mnie zaskoczyła i stanowczym tonem nalegała, by to jej mąż powiedział, co chce pić. Harry miał zakodowane w głowie, że przed przybyciem opiekunek, do kolacji pili kawę. Podopieczna popatrzyła na mnie zadowolona z siebie i powiedziała:

"Mój mąż chce pić kawę, w związku z tym ja również będę piła kawę.  

Wydarzyło się to na skutek moich przemówień, że każdy powinien o sobie decydować i nikt nikomu nie robi przysługi, a zwłaszcza nie robi jej sobie, zmuszając się do jedzenia czegoś, czego nie lubi lub na co nie ma ochoty. Gest pani Flip był więc bardziej wymowny. Muszę nawet ją pochwalić, że wiele moich uwag wzięła sobie do serca i widzę ogromny postęp w pewnych sprawach. Pan Flap sięgnął nawet dzisiaj przy śniadaniu po szynkę. Pierwszy raz od dwóch miesięcy. Niech nikt mi nie mówi, że on lubi, tak dzień w dzień jeść ten sam dżem. Jeszcze z czarnym jak smoła pieczywem.

Gdy dostanę odpowiedź odnośnie napoju, który muszę sporządzić, ruszam w asyście Harry’ego do kuchni. Pierwsze co robię, to wyciągam wędlinę i proszę staruszka, by przygotował chleb. Następnie wysyłam mężczyznę z tym do jadalni i proszę, by poszukał talerzy i sztućców. Przy kolacji korzystamy z zastawy i sztućców znajdujących się w salonie. Mam więc chwilę spokoju. Nastawiam szybko wodę, kroję pomidory i ogarniam ser dla podopiecznej. Jeśli mamy resztki z obiadu, podgrzewam je szybko w mikrofalówce. Dopiero wtedy zalewam herbatę.  

W międzyczasie przychodzi podopieczny i nosi to, co mu wystawiam na stół. Za nim podążam ja. Z kubkami gorącej herbaty. Mówię do podopiecznej, że kolacja jest już gotowa. Również trzeba zrobić to w odpowiednim momencie. Gdy powiem za wcześnie, Eleonor będzie się denerwowałam, że jeszcze nie siedzę przy stole. Gdy powiem za późno, Madame będzie się grzebała w nieskończoność. Przypomni sobie, że musi iść do toalety, stwierdzi, że musi uciąć zapalone już świeczki, zacznie szukać aparatu słuchowego, czy co tam za pomysł wpadnie jej do głowy. Wtedy to ja będę się denerwowała, że siedzę przy stole i czekam na nią, podczas, gdy podgrzane resztki obiadu i herbata stygną. Poza tym o godzinie osiemnastej trzydzieści jestem już bardzo głodna.  

Stawiając kubki i informując podopieczną, zerkam jednocześnie na stół, czy Harry przyniósł wszystkie sztućce. Dobieram potrzebne z szuflady na końcu salonu, rozkładam serwetki, tabletki i w pośpiechu przenoszę z ławy na stół szklankę z wodą dla podopiecznej. W ostatniej chwili przejeżdżam dłonią po kieszeni od spodni, by sprawdzić, czy mam przy sobie telefon. Siadam równocześnie z podpieczną. Biorę głęboki oddech. Synchronizacja doskonała. Nawet rozrywkę na czas, gdy będę musiała czekać, aż mój Parkinson i demencja w jednym zje kolację, mam zapewnioną w postaci naładowanej komórki.  

Nie wstaję od stołu, nie biegam i się relaksuje przez pewien czas, po tym jak piętnaście do dwudziestu minut  mój mózg  i ciało pracowały na najwyższych obrotach. Sprzątanie i zmywania to już bajka. Sztuką jest wyczuć moment, czy podopieczna już skończyła nie tylko posiłek, ale połykanie siedmiu tabletek i kilka oddechów po tym wyczynie. Gdy oddechy robią się bardziej płytkie, to jest ten moment, gdy mogę wstać od stołu, zostawiając podopieczną z resztką herbaty.  Wyczucie TEGO MOMENTU jest męczące i stresujące. Potem już jest z górki.  

Współpracując z Harrym, zbieram talerzyki. Gdy Harry sprzątnie talerz spod nosa żony, prawdopodobieństwo, że nie wywoła to awantury, jest dużo większe, niż gdybym zrobiła to ja. Również on zamyka pojemnik z masłem, który ląduje na koszyczku od chleba. Ze stosem talerzy i pękiem sztućców w dłoni wędruję do kuchni. Za mną drepta podopieczny, niosąc pozostałe rzeczy. Czasami, gdy resztek z obiadu jest więcej, a co za tym idzie więcej miseczek, musimy obrócić dwa razy.  

Gdy wszystko znajdzie się w zlewie, Harry oddycha głęboko. Ja, siadając na krzesło w kuchni, również. To chwila, w której muszę odpocząć po tym ogromnym wysiłku. Wiem, że mogę, bo trochę potrwa, aż Eleonor wypije herbatę. Zbieram się w sobie i przystępuję do zmywania ręcznego góry naczyń. Gdy kończę, zjawia się Harry z ostatnim kubkiem. Czasami pomaga mi wytrzeć naczynia. Niekiedy widząc, że też jest już wykończony, zwalniam go z tego obowiązku. Ewentualnie na stoliku zostawię dla niego wytarte sztućce i talerzyki, które on odniesie do salonu, gdy ja będę już u siebie w pokoju.  

Jestem z siebie dumna, że doszłam do takiej perfekcji. Niezorganizowane posiłki to był stres dla wszystkich. W pierwszej kolejności dla mnie. Nie raz przeklęłam, walnęłam ręką w blat kuchenny, albo rzuciłam zdesperowana szmatą, nie mogąc nad tym zapanować. Niby taka prosta czynność – posiłek dla trzech osób. Ze zdziwieniem stwierdzam, że praca w restauracji i przygotowanie stu pięćdziesięciu posiłków, a nawet stu osiemdziesięciu w pojedynkę, to jest nic w porównaniu z tym wyczynem.  

Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego niektóre opiekunki, z którymi rozmawiałam w sprawie zleceń proponowanych przez firmy, tak szczegółowo przedstawiały mi plan dnia i każdą czynność. Wtedy myślałam sobie: „co za porąbana kobieta, przecież o wszystko można zapytać”. Można, ale chyba jest o wiele łatwiej, gdy to wszystko się wie już na początku.

129 czyt.
100%1
BarbaraBerezanska

opublikowała opowiadanie w kategorii felieton i śmieszne, użyła 1616 słów i 9272 znaków

Dodaj komentarz