To co jest we krwi cz9

— Proszę cię...
— Wiem — rzekł Abhis. Lecz niestety mam limit. Pan nie chciał, ale wyprosiłem. Ale i ja mam prośbę. Wiem, że czujesz chłód. Mogę być trochę cieplejszy, ale potrzebuję tego ciepła od ciebie. Nie proszę dla siebie i nie proszę o łaskę. Czujesz co chcę powiedzieć?
— Tak — odrzekła Gersa.
Czarna postać pojawiła się tuż przed dziewczyną. Tym razem widziała od razu dwa świecące diamenty. Gersa nie bała się wcale i nie bardzo rozumiała dlaczego. Zrobiła krok i objęła Abhis
— Tak lepiej, Abhi-anu?  
— Mówią ,,Śmierć utuliła”, bo to w pewnym sensie prawda. Ale jeszcze nikt mnie nie objął — rzekł Abhis.
— Jaki masz limit? — zapytała Rasa.
— Jedno życie przywrócić, jedno ożywić.
— Nie bardzo rozumiem. Jaka jest różnica?
— Jeśli je odebrałem, mogę przywrócić.
— A ożywić?
— Jeśli nie odebrałem, ale ktoś nie żyje.
— Masz na myśli dziecię Lili?
— Właśnie — odrzekł Abhis.
— I ja mam podjąć decyzję kto to ma być? — zapytała Gersa.
— Wiesz, imię Rasa ma piękną wibrację, ale ja wolę Gersa, chociaż mam dla ciebie specjalne — rzekł Abhi-anu.
Gersa zaczęła medytować, Abhis czekał bez słów.
Sanes słyszał całą rozmowę i Zartar również, natomiast Śmierć patrzyła na Ene, Lecz Ene żyła.
— Podjęłam decyzję — rzekła Gersa.
— Jesteś piękną duszą, Gerso — rzekł Abhis.
— Dlaczego?
— Bo myślałaś i brałaś pod uwagę Gotharda i Sothara. Pan zezwolił zabrać z piekła, to będzie dobra nazwa, Gotharda gdybyś go wybrała, ale Sothar jest tam, gdzie umiera śmierć.
— To ty też umrzesz?
— Och, tylko On jest wieczny — rzekł spokojnie Abhis.
— A dusza?  
— To Jego część, oczywiście jest wieczna.
— Ale czy wszystko co żyje, nie jest duszą?
— I tak i nie. Jak zechcesz porozmawiamy o tym innym razem. Wybacz, obowiązki. W mgławicy Łabędzia wybuchnie wkrótce Super-Nowa i będzie tam dużo pracy dla mnie.
Gersa poczuła się chwilowo zaszokowana, ponieważ odczuła odczucia Abhisa.
— Wiem co chcesz powiedzieć. Już dwukrotnie chciałem się zwolnić, a ostatnie wakację miałem 16 tys lat temu. I żadnej podwyżki.
— Proszę o Artrasa, chociaż żal mi Ene. No i o dziecko Lili, chociaż nic nie wiem dlaczego.
— Zgoda — rzekł Abhis.  
— Mam kłopot z Martensją, pomożesz?
— Muszę już lecieć, ALX-356 wybuchła trochę szybciej. To jesteśmy umówieni odnośnie duszy?
— Tak, Abhi-anu. Mam nadzieje, że Sanes się zgodzi.
— Spróbowałby nie, ze Śmiercią lepiej nie zadzierać.
Zniknął.
— Chłopcy, możecie zdjąć opaski.
Podeszła do Artrasa, właśnie otworzył oczy.
— Nieźle oberwałem. Musiało mi się coś śnić, trochę dziwnie się czułem.  
Sanes i Zartar zaczęli się śmiać.  
— Och, nie powinienem się śmiać, jęknął Zartar. Mam chyba naderwane wiązania w splocie słonecznym.  
— Nie rozumiem, co takiego śmiesznego powiedziałem — zdziwił się Artras.
— Nie uwierzysz, ale byłeś martwy, całkowicie — rzekł Zartar.
— To czemu żyję?
— Bo Gersa cię ożywiła — powiedział Sanes.  
— Wygladasz jak Martensja, jesteście bliźniaczymi siostrami? — zapytał Artras, zwracając się do wróżki.
— Nie, jestem siostrą Zartara.
— Dziekuję — rzekł Artras. Myślałem, że tylko Bóg może ożywiać.  
— To my dziękujemy — rzekł Zartar. Gdyby nie ty, ten potwór by nas wszystkich zabił.  
— Co z nią? — zapytał Artras, patrząc na Martensję.
— Mój przyjaciel nie zdążył mi powiedzieć — rzekła smutno Gersa.
— A więc ty jesteś ten straszny Zartar. Myślałem, że gorzej wyglądasz.  
— Możesz na chwilę mu pokazać swoje drugie oblicze, Zartar? — zapytał Sanes.
— Chyba mogę — odrzekł wiedźmin.
Sanes zatkał nos zdrową ręką. Gersa się uśmiechnęła. Po chwili Zartar zmienił postać.
— A co powiesz na to — zagrzmiał.
Sanes myślał, że już przywykł... ale się mylił.
— O cholera, chyba się... rzekł lekko wystraszony Artras. Och i nie pachniesz miło.
— Masz szczęście, że nie zapoznałeś się z jego biczem — powiedział mimowolnie Sanes.
Zartar przyjął normalną postać.
— Tu coś leży — zauważył Sanes.  
— Dzięki, kochanie — szepnęła Gersa.
Podeszła i podniosła zwój.
— To list od Abhi-anu.  
— Kto to jest Abhi-anu? — zapytał Artras.
— Śmierć — odrzekł Zartar.
— Cholera, było mi lepiej nigdy nie przyjeżdżać do Lonty — powiedział poważnie Artras.
,,Moja miłości. Wybacz, obowiązki. Co do dziecka Lili. Znajdziesz rozwiązanie w piwnicy zamku Chardrysa. To dziewczynka. Nie zdziwcie się. Urośnie w parę minut. Kiedy już urośnie, będziesz wiedziała, ale wybór jest jego. Co do Martensji, wystarczy jeśli ją mocno przytulisz i pocałujesz. Trochę bardziej płomiennie niż Sanesa. Potem zrozumiesz. Niestety ta słabość do ciebie zostanie jej na zawsze. Mam nadzieję, że Zartar to zrozumie. Przecież i on ma to trochę to do ciebie. To jest jasne, u was, nie tak jak u Gotharda, ciemne. Rozumiesz, prawda? Jeszcze jedno, mój dar dla Ene. Ja wykonuję swoją pracę i jestem posłuszny mojemu Panu. Mam prawo wyboru raz na 100 wieków. Oddaję Życie dla Harr, bo uznałem jego poświęcenie, oraz doceniam odwagę Ene.
    Ps. Musicie wyjść z tego miejsca. Pan je zniszczy. Do zobaczenia za kilkanaście tysięcy lat. Twoje nowe imię, tylko dla mnie. Jest proste i piękne. Nazwałem cię Mi-ra-Abhi-anu, co znaczy ,,Ta, która objęła śmierć”.
Tekst zajaśniał złoto-diamentowo, aż cała sala rozświetliła się na chwilę.
— Musimy uciekać, zaraz tu będą gruzy — rzekła Rasa.
— Weźmiesz Martensję? — Zartar zwrócił się do Artrasa.
— Jesteście blisko? — zapytał Artras.
— Kochamy się, ale wiem, że nie jesteś jej zupełnie obojętny. Kiedy pojechaliście na spacer, to byłem ja.
— Ty? — Artras zdziwił się znowu. Prawdę mówiąc, chciałem pocałować Martensję.
— Wiem. Pracowałem nad tym aby cię powstrzymać.
Wyszli. Nie uszli nawet 100 kroków, kiedy zaczęły się wstrząsy.
— Wszystkie miejsca mocy zniknęły — rzekła Rasa.
— Zastanawiam się jak taka kreatura jak Sothar zaistniał? — powiedział Zartar.  
— Jak znajdziemy dziecko Lili? — zapytał Sanes.
— W tym ma pomóc Artras — rzekła Gersa.
— Ja, ja nic nie wiem — odrzekł mocarz.
— Będziesz wiedział.  
Panowała noc, więc szli powoli. Kiedy doszli, na tle udekorowanego gwiazdami nieba dostrzegli kontury zamku.
                                                                               *
Wszyscy na zamku wyczekiwali z niecierpliwością na ich powrót. Nie wiadomo czemu wybrani Gotharda uciekli jakby coś przeczuwali. Reszta odetchnęła z ulgą na wieść o śmierci dawnego pana.
                                                              
     Cała grupa wróciła na zamek. Nie myli się ani nie jedli. Z powodu zmęczenia od razu zasnęli. Wszyscy z wyjątkiem Rasy. Ta czuwała nad Martensją. Chciała ją obudzić, ale nie mogła. Sądziła, że Zartar jej pomoże. W końcu nadal był wiedźminem. Słońce wstało nad Lontą, a ptaki śpiewały jakby bardziej radośnie.  
— Zaczniemy od strony oficjalnej — rzekł Zartar. Zostałeś księciem — rzekł do Sanesa.
Wezwali ministrów i biskupa. Nawet na ich twarzach można było wyczytać radość. Gothard nie cieszył się popularnością.
— Została sprawa dziecka Lili i musimy wybudzić Martensję — powiedziała Rasa.
Wyjaśniła im co Martensji dolega. Ze zrozumiałych powodów najbardziej zmartwił się Artras. To co czuł Zartar tylko on wiedział. Przez tą noc postarzał się o wiele lat.
— Nie mogę obudzić Martensji. Dzięki temu, że śpi, zwolniłam proces niszczący, mimo to ona umiera — rzekła smutno Rasa. Czuję jak jej dusza rozluźnia wiązania wszystkich ciał astralnych. Tylko tak może uwolnić się od cierpienia, które ją zabija — szepnęła smutno.
— Nie za bardzo rozumiem — rzekł Sanes.
— Ani ja — dodał Artras.
— To sprawy eteryczne, nie jesteśmy tylko ciałem — rzekła Rasa. Raczej ciało jest jak ubranie dla właściwej ,,osoby”. Jeśli poczujesz głód tej wiedzy, porozmawiamy o tym innym razem. Wiem jak pomóc Martesji, bo mój chłodny wielbicielmi przekazał mi tą wiedzę, ale niestety nie moge jej wybudzić. Nigdy nie miałam nienawiści, ale to co zrobił jej Sothar, rękami Gotharda, jest złe.
— Mam pewien pomysł — rzekł Sanes.
— Mów, książe — rzekł Artras.
— Jestem przekonany, że klucz do jej wybudzenia znajduje się wsród nas.  
— Już rada i rodzice dostrzegli w tobie Sanesie madrość i logikę — rzekła Gersa.
— Jeśli to jeden z nas, to tylko z wyjątkiem Rasy, bo inaczej by wiedziała — ciągnął Sanes.
Rasa i Zartar popatrzyli na Artrasa.
— Czemu patrzycie na mnie, ja nie wiem jak to zrobić.
— Tak, to ty — rzekł Sanes. Opinnia o tobie była całkiem mylna.  
— Czułeś, że ja nie byłem Martensją, a właściwie czułeś, że Martensja stała się inna — rzekł Zartar.
— Tak, ale jak ty to wiesz, mówiła ci?  
— Nie, ale mam swoje sposoby. Mówię to, bo ty masz do niej prawdziwe uczucie, chociaż pierwszą jego warstwą jest jej ciało i uroda. Nie zrozum tego źle. Wiem, że ją kochasz.
— Tak, chociaż nie będzie moja, bo jej serce należy do ciebie.
— Zostań z nią sam — rzekła Gersa — wiem, że będziesz wiedział co zrobić, by ją obudzić. Pamiętaj, że kiedy to się stanie, ona nadal nie będzie sobą. To ja muszę coś zrobić, żeby zniweczyć działanie tej piekielnej trucizny.
Wyszli, a olbrzym został sam ze śpiącą dziwczyną. Artras patrzył na nią. Czuł się bezradny.  
— Och, mam siłę i nie jestem głupi, ale co ja mogę, wobec nich — szepnął. Wybacz Martensjo.
Patrzył na nią chwilę.
— Wybacz, że nie wiem i nie mogę dla ciebie nic zrobić.
U tego mocarza pierwszy raz w życiu pokazały się łzy na twarzy. Zaczęły kapać na jej piękną buzię.  
Pochylił się i pocałował jej lekko otwarte usta. Chciał właśnie oderwać swoje wargi od jej ust, kiedy odczuł odwzajemnienie. Otworzyła oczy.
— Kochaj mnie — rzekła czule.  
Jeżeli pamiętał namiętne kochanki, to ona je wszystkie przewyższała zmysłowością. Oplotła ramiona na jego karku i zaczęła całować go namiętnie.
Do tej pory kochał ją sercem, ale w jednej chwili obudziła się w nim namiętność. Jak błyskawica przebiegły w jego sercu, słowa Rasy. ,,Pamiętaj, ona nie jest sobą, to działanie trucizny”.
Z trudnością wyzwolił się z jej objęć. Wiedział, że słowa nic nie zdziałają. Pośpiesznie udał się do drzwi. Ciało Martensji wyginało się w miękich, falistych ruchach. Mruczała przy tym niezwykle sugestywnie.
Boże, co on z nią zrobił, pomyślał Artras.
— Jak się czuje moja siostra? — zapytał Sanes.
Oczy wszystkich skierowały się na twarz Artrasa.
— Obudziła się, to znaczy obudziłem ją — wyszeptał.  
— Cały dygoczesz, co się stało? — zapytała Rasa.
— Czułem się bezsilny, zacząłem płakać... pierwszy raz w życiu — zaczął. Potem, pocałowałem ją, bo czułem, że nie potrafię pomóc... i obudziła się.
— I to cię tak wstrząsneło? — zapytała ponownie wróżka.
— Nie, nie mogłem się wyrwać z jej objęć — łzy ciekły po jego policzkach. Co on z nią zrobił!  
— Już dobrze, teraz będzie dobrze — rzekła Rasa. Teraz będę mogła jej pomóc. Nie chcę tego, ale nie ma innego wyboru — dodała. Za nic nie wchodźcie, aż z nią nie wyjdę.
Powiedziała tak, nie wiedząc czemu. Sądziła, że pocałuje ją namiętnie i Martensja zostanie uleczona.
Sanes i Zartar domyślali się przez co przeszedł Artras.
     Gersa otworzyła drzwi. Martensja leżała na łóżku.  

Ta część jest nieco krótsza niż zwykle. Chcę wstawić całą następną. A jest ona zdecydowanie inna niż reszta opowiadania.

254 czyt.
100%21
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 1985 słów i 11868 znaków ·

Komentarze (1)

 
  • Duygu

    Duygu 31 października

    O, jak dobrze, że Artras żyje! Mam nadzieję, że z Martensją będzie dobrze. Kibicuję Sanesowi, oby został królem! Łapa w górę, Alex I do następnej części, tej takiej ponoć tajemniczej...