Studnia - 15

Deszcz siekł bez litości, nawałnica szarpała koronami drzew zrywając liście i gałęzie, pociemniałe niebo przecinały błyskawice, po których pojawiały się grzmoty. Bizo nie miał już na sobie nic suchego. Dyszał ciężko jakby właśnie przebiegł maraton. Przypadł do Giza jak do najcenniejszego skarbu, zresztą właśnie tym był dla niego bliźniak. Przystawił policzek do ust brata, później sprawdził bicie serca. Zacisnął w bezsilności zęby i zamknął bratu oczy. Gizo nie żył.

Ukląkł. Zmówił modlitwę nad ciałem brata. Później drugą, trzecią i kolejne, aż zgubił rachubę. Powoli spadła na niego świadomość tragedii jaka go właśnie spotkała. Zawsze było ich dwóch, nawet jeśli pojawiały się między nimi zgrzyty – trzymali się razem. Teraz Bizo został sam, bo z kolegami nigdy nie rozmawiał o rzeczach ważnych. Nie ufał im. Oddychał szybko i płytko, ale płacz zatrzymał mu się w gardle. Wiedział że dalej nie pójdzie, bo Rycerzy szkolono, by nie umieli płakać. Ból jednak stawał się nieznośny.

Bizo rozebrał się do pasa. Zrzucił z siebie zbroję, jakby nagle zaczęła go gryźć, żądlić i parzyć równocześnie. Zapomniał że było mu zimno. Odpiął od ciała brata nóż myśliwski. Przez chwilę warzył go w dłoni nim wyjął z pokrowca. Wyprostował się i spróbował zobaczyć niebo nad sobą, ale woda go oślepiła i musiał zamknąć oczy. "Bogowie, jeśli naprawdę gdzieś tam jesteście, pomóżcie mi” - pomyślał. Nie zastanawiał się dłużej nad tym co robi. Górną ząbkowaną stroną noża, przeciągnął po swojej owłosionej piersi. Z szarpanej rany natychmiast buchnęła krew, ale nie zważał na to. Wykonał kolejne cięcie na skos przez sutek i tym razem wraz z gromkim głosem niebios poniósł się jego krzyk bólu. Tylko na chwilę, ale to wystarczyło.  

Opadł na kolana. Upuścił nóż. Dyszał. Przejechał ręką po mokrych włosach. Podniósł się z powrotem. Kopnął swoją kolczugę. Kopnął ochraniacze. Korciło go, żeby coś rozwalić, zniszczyć, unicestwić. Wyładować na czymś swój gniew. Ale zamiast tego wziął głęboki oddech i spróbował stłumić emocje, tak jak go uczono. Poparzył na swoje rany. Poszukał w swojej sakwie kawałków czystego płótna. Były przemoczone przez wciąż trwającą ulewę, mimo to obwiązał się nimi.

- To przez te zbroje – powiedział ni to do siebie, ni do martwego brata. - Każą nam targać te blachy, a my jak barany bezmyślnie je nosimy, chociaż każdy wie że to głupie w tym miejscu. Powinniśmy byli zostawić ten złom w krzakach, gdzieś blisko Klasztoru. Powinniśmy… - zaczął szlochać. - Przepraszam Gizo... Przepraszam... – rozkleił się.

Chciał pogrzebać brata, ale ani mieczem ani gołymi dłońmi nie szło wykopać grobu.

- Wybacz mi bracie – rzekł w końcu. Otarł łzy i poszedł zbierać gałęzie, by nakryć ciało brata.

Noc zapadła szybko. Zmęczenie, znaczna utrata krwi i nieustający deszcz zmęczyły Biza. Bolały go rany na ciele i na duszy. Siedział skulony pod mokrym kocem i starał się nie myśleć jak bardzo mu zimno. "Pomóżcie mi Bogowie, pomóżcie” - błagał w myślach.

- To przez ciebie Rrinsat. Zawsze wszystko było przez ciebie, rozpieszczony glucie. Gdybyś się nie zbuntował, nie stacjonowalibyśmy w gównianym Filpe i nikt nie trafiłby do tego przeklętego miejsca. Zapłacę ci za to, oj zapłacę – złorzeczył pod nosem, zdzierając z twarzy resztki mokrych pajęczyn, które okleiły go całego, gdy zbierał gałęzie.

Coś usłyszał. Rozejrzał się nerwowo, ale krople wszystko zagłuszały. To wiatr, czy coś było w leśnej gęstwinie? Niebo rozbłysło na bardzo krótką chwilę, ale nic nie zobaczył. Niepokój wlazł mu pod skórę, bo czuł się obserwowany, ale nie mógł dostrzec przez kogo lub przez co. Nie wiedział czy mu się wydawało, czy naprawdę słyszał warknięcia. Spojrzał w prawo i wtedy je zobaczył. Dwie pary świecących ślepi. Rozejrzał się i wnioskując po hałasach zrozumiał, że jest otaczany. Niskie warczenie niosło się w mokrym powietrzu tłumione jedynie przez rozbijające się krople i targane wiatrem korony drzew. Nie było już czasu na ucieczkę, więc doskoczył do najbliższego drzewa, na które potrafił się wspiąć i wlazł na nie czym prędzej.

Po chwili pokazały się czarne cienie. Stąpały ostrożnie nieustannie węsząc. Dzicy, ostrożni władcy lasu. Wilki. Słyszał jak naskakiwały na siebie walcząc o jedzenie. Przez pół nocy słuchał jak wilki pożerały ciało Giza głośno mlaszcząc. Późnej odeszły, ale ani nie zmrużył oka ani nie odważył się zejść z drzewa przed świtem.

Za nic w świecie nie chciał zobaczyć co też bestie zrobiły z ciałem Giza, ale musiał wrócić po swoje rzeczy. Zerknął tylko na makabryczny widok i zwymiotował niestrawionymi sucharami i suszonymi owocami. Zebrał w pośpiechu swój dobytek, prócz tego, który uznał za bezsensowny i obolały po nocy na drzewie ruszył w dalszą drogę.

Do rzeki doszedł po południu. Tam też zrobił postój i zdrzemnął się do zmierzchu. Bardzo go kusiło żeby zjeść ciepły posiłek, ale nie odważył się rozpalić ognia. Czekała go kolejna przeszkoda – przeprawienie się przez rwącą rzekę. Tutaj po raz pierwszy spotkało go coś dobrego – rzeka mimo że rwąca, nie była głębsza niż do piersi. Wprawdzie zniosło go spory kawałek, mimo to był szczęśliwy że przeprawił się bez większych trudności i dziękował sobie, że poszedł po rozum do głowy i pozbył się ciężkiej zbroi, w której teraz najpewniej utonąłby.  

Zaraz po zmierzchu cała wyspa zatrzęsła się gwałtownie kilka razy. Później ziemia zdawała się wibrować. Wstrząsy wróciły na kilka chwil, a później wszystko ucichło. Bizo nie miał pojęcia co się stało. Ośmielił się pomyśleć, że może to Bogowie do niego przemówili.

Noc spędził na rozmyślaniu i patrzeniu w gwiazdy. W odróżnieniu do horroru poprzedniej, ta była spokojna i ciepła. Uznał to za uśmiech losu, a rankiem uwierzył wręcz, że Bogowie zaczęli mu sprzyjać. Już po kilku godzinach znalazł drewniany dom, który wyglądał na zamieszkały. Zakradł się do niego nawet, ale nikogo nie zastał. Za to odkrył, że należy do czarownicy. Uśmiechnął się w duchu i wyruszył w drogę powrotną, by zdać raport swojemu Mistrzowi Wilgyemu.

***

Jefir spośród różnorakich narzędzi wybrał nóż z krótkim ostrzem. Zważył go w dłoni, a późnej odwrócił się twarzą do Yokiego. Uśmiechnął się i zrobił to, czego czarodziej spodziewałby się najmniej. Wyjął z kieszeni jabłko i zaczął je skórować tworząc długą żółtoczerwoną spiralę.

- Zbladłeś, magu – zauważył. – Potrzebujesz miłosierdzia Bogów, a w mojej mocy jest ci je okazać.

Yoki przełknął głośno ślinę i odchrząknął. Teraz każdy ruch sprawiał mu ból. Wiszenie w powietrzu za kostki i nadgarstki nie należało do przyjemnych rozrywek. Zaczynały boleć go mięśnie i stawy. Czuł się jakby miał się za chwilę rozpaść na fragmenty. Obręcz na szyi ciążyła mu jakby była wielkim głazem.

- Nie mam ci nic do powiedzenia – wystękał, a jego głos zdradzał ból.

Oprawca odkroił kawałek jabłka i wsunął go sobie do ust. Później następny, zupełnie jakby czarodziej go nudził. Poskrobał się po podbródku tępą stroną noża.

- Wystarczy że podasz swoje nazwisko i przyznasz się do win. Chyba się nie wstydzisz tego, kim jesteś? – podpuszczał.

Yoki zamknął oczy. Rrin mówił, że ma plan. A tymczasem obaj byli więźniami, a sam Rrinsat był poważnie ranny. Nie widział młodzieńca odkąd zamknięto go w lochu.  

- Co zrobiliście z Rrinem? – zapytał.

- Nic. Skonał zanim zdążyliśmy się od niego czegokolwiek dowiedzieć – wyjaśnił krótko Mistrz.

Starzec poczuł ukłucie w sercu. Niby nie przywiązywał większej wagi do chłopaka, niby spodziewał się tej możliwości, a jednak spod powiek wyrwały się zdradzieckie łzy. Mistrz zamaskował uśmiech wsuwając w usta kolejny soczysty skrawek białego miąższu.

- Widzisz magu, umrzeć musisz tak czy siak, ale od ciebie tylko zależy sposób w jaki umrzesz. Możesz zacząć współpracować, wtedy odpuścimy sobie męki i spłoniesz jak trzeba na stosie. Albo wyciągnę z ciebie co tylko zechcę w mało elegancki sposób, a na stos pójdzie to, co z ciebie po wszystkim zostanie.

Czarodziej uparcie milczał. Otwarł oczy i wbił wzrok w Mistrza, który wciąż zdawał się skupiać uwagę na malejącym owocu. Sam poczuł głód. Jabłko roztaczało tak przyjemny zapach, że napłynęła mu do ust ślina. Oblizał spierzchnięte usta. Trzeba było się utopić w wiadrze wody jak była okazja – pomyślał.

- Uwolnij mnie z tej liny, a zacznę mówić – wystękał w końcu, czując jak fala gorąca wywołana wstydem zalewa mu twarz.

Mistrz szarpnął i puścił koniec przywiązanej liny, a czarodziej z hukiem uderzył grzbietem o kamienną podłogę. Ścierpnięte kończyny nie chciały współpracować. Usiadł głośno postękując. Zwiesił głowę jak potępieniec. Poczuł się jak żałosny śmieć.  

- Słucham – powiedział Jefir.

- Jestem Zoyokaderm z rodu Złotorękich, uzdrowiciel – wyjawił cicho.

- Jaki był twój wkład w Wojnę Magów?

- Żaden, zabiegałem o pokój i próbowałem ochronić królewski ród.

Jefir zamyślił się na chwilę, a późnej porzucił temat samego czarodzieja. Były rzeczy, które chciał znacznie pilniej wiedzieć. Sprawy oficjalnego przesłuchania i skazania mógł załatwić któryś z jego podkomendnych.  

- Dlaczego Rrinsat nałożył ci obręcz pokory?

- Chciał żebym go szkolił, ale mi nie ufał – odparł z gulą w gardle. I w tym momencie nie wiedzieć skąd, poczuł wstyd i rozczarowanie, że nie miał zaufania tego chłopca, a teraz było za późno by je zdobył.

- Wyszkoliłeś go?  

- Tylko w obronie, a do tego kiepsko. Nie miał daru do władania magią – oznajmił.

- Może miał dar, tylko to dobrze ukrywał przed tobą? - dociekał Jefir.

- Nie sądzę. Był uparty i zawzięty, ale nauczenie się czegokolwiek przychodziło mu niezwykle ciężko. Łatwo ponosiły go nerwy.

Jefir uznał że czarodziej kłamie, ale nie powiedział tego głośno.

- Gdzie są moi Rycerze z Filpe? - poruszył kolejny ważny temat.

- Na nieodkrytej wyspie daleko stąd. Należała do dwóch czarodziejów, tego z wieży w Filpe i jego przyjaciela, ale obaj musieli zginąć w Wojnie. Mieszkałem na niej sam, do ludzi wchodziłem i wychodziłem przez portal w Filpe. Można tam jednak dopłynąć statkiem.

- Możesz sam sprowadzić Rycerzy z powrotem, tak jak ich tam przenieśliście z Rrinem?

Czarodziej uniósł głowę i przyjrzał się twarzy Mistrza, a ten w duchu zdał sobie sprawę, że bardzo źle zadał pytanie. Na zewnątrz jednak nie wyglądał jakby cokolwiek go zafrasowało.

- Nie – zełgał bez mrugnięcia okiem. – Potrzebuję do tego drugiego czarodzieja, a przynajmniej kogoś dobrze przeszkolonego w podstawach magii – dodał, mając nadzieję że uda mu się pożyć dzięki temu trochę dłużej.

Yoki po raz pierwszy dopuścił do siebie myśl, że może Mistrz go okłamał. Dlaczego nie zapytał po prostu, czy może sprowadzić Rycerzy z powrotem, tylko dodał słówko "sam”? Może Rrinsat wcale nie był taki martwy, jak twierdził Jefir?

831 czyt.
100%323
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2083 słów i 11533 znaków, zaktualizowała 18 cze 2018.

3 komentarze

 
  • QaaS

    QaaS · 9 wrz 2018 · 230360603

    Super. Kiedy kolejna czesc?

  • AnonimS

    AnonimS · 18 cze 2018

    Należała do dwóch czarodziejów, tego z wierzy ... Tego z wieŻy.  Dobry odcinek , ciekawe co dalej. Zestaw na Tak. Pozdrawiam

  • AuRoRa

    AuRoRa · 18 cze 2018

    Ciekawa część, naturalne opisy, trzyma w napięciu, zwłaszcza że Yoki jest sympatyczny i szkoda go.