Spadkobiercy. Rozdział 1.

-Nie zgadzam się!- Ciemnowłosy nastolatek zerwał się z dużego łóżka, gwałtowny ruch wywołał palący ból, ostatkiem sił chłopak przytrzymał się kolumny łóżka. Starszy mężczyzna żwawym krokiem podszedł do niego i pomógł mu usiąść na łóżku. Drżącą dłonią odsunął ciemną grzywkę ujawniając opatrunek na prawej skroni.  

- Znów masz gorączkę- mruknął staruszek siadając obok nastolatka pozwalając mu ułożyć się na swoich kolanach, z nocnego stolika wziął mokry ręcznik którym otarł rozgrzane czoło i niechciane łzy spływające po bladych policzkach.

- Dziadku nie zgódź się na to!

- Adam zabrałbym Cię do siebie, ale nie mogę. Taka była wola twoich rodziców. Takie jest prawo. Tu będzie Ci lepiej. To twoja rodzina, masz tu tylu kuzynów, wujków. A u mnie będziemy tylko we dwóch.

- Chcę mieszkać z tobą! Nie znam ich! Widziałem ich trzy razy! Trzy razy w ciągu pietnastu lat! Dziadku ty jesteś moją rodziną, tylko ty mi zostałeś!

Adam naprawdę nie chciał brzmieć jak rozhisteryzowany dzieciak. Nie chciał czuć lęku ogarniającego go za każdym razem, gdy zamykał oczy. Nie chciał czuć palącego bólu wewnątrz klatki piersiowej, nie chciał tego obolałego ciała. Próbował wyrzuć z pamięci huk uderzenia, ostatniego panicznego płaczu Tymka. Nie dopuszczał do siebie myśli, że został sam. Jego rodzina odeszła. Nigdy więcej nie będzie naleśników mamy, przekomarzań z ojcem, kłótni z Wiką, ani wspólnych budowli z Tymkiem.  

     Wypadek, pobudka w szpitalu, pogrzeb w tym obcym kraju, pałac należący do dziadków wydawał się jak zły sen z którego nie mógł się obudzić. Jakby ktoś chciał zadrwić sobie z niego. Nie mógł się doczekać, kiedy ktoś wyskoczy za rogu i krzyknie, że to tylko głupi żart. A teraz to! Testament! W najgorszych snach nie przewidział, że wolą jego rodziców będzie by mieszkał z dziadkami ze strony ojca. Nigdy nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Tata tak rzadko o nich opowiadał, że dla Adama mogli równie dobrze nie istnieć. Jeśli cały ten koszmar ma być prawdą to on chce wrócić do domu razem z dziadkiem Feliksem. Jednak nie mógł. Według prawa to nie on był jego opiekunem.  

- Przecież nie mogą zmusić mnie, abym tu został. Na Boga przecież ich nie obchodziliśmy przez cały ten czas! A teraz rządzą się jakbyśmy tworzyli szczęśliwą rodzinkę! Dziadku…

Ostrożnie, uważając na obite żebra podniósł się z kolan starszego mężczyznę. Wstał na słabych i chwiejnych nogach i dopiero wtedy spojrzał na Feliksa Czartoryskiego, dawnego prokuratora generalnego, człowieka który swego czasu był kimś. Teraz widział staruszka z podpuchniętymi oczami, jego ciuchy przesiąknięte były smrodem papierosów i wtedy powoli nić zrozumienia zaczęła się kiełkować w jego głowie.  

- Ty tego nie chcesz. Tak Ci wygodniej!- wymruczał w nagłym zrozumieniu. Nagle wszystko miało sens. Cała ta dzisiejsza rozmowa.

- Natanaelu to nie jest tak! Jesteś rozgoryczony, chory…- nie pozwolił mu kontynuować. Oddalił się o dwa kroki i zmrużył oczy.

- Nie mów tak do mnie!

- Ale to jest twoje prawdziwe imię Natanael Adam Raziel Mal’ach tak ochrzcili Cię rodzice. Zgodnie z tradycją rodziny Twojego ojca. Należysz do tej rodziny, jesteś ich członkiem bardziej niż kiedykolwiek będziesz należał do Czartoryskich. Twój ojciec pisząc testament zdecydował, że to tu powinieneś mieszkać. Dziecko nie odrzucam Cię. Jesteś moim jedynym wnukiem, jednak obawiam się, że nie dam Ci tego na co zasłużyłeś. Nie dam Ci tego o czym marzyli twoi rodzice.

- Mój ojciec zerwał kontakt z tymi ludźmi na długo przed moim narodzeniem! Jeśli tak bardzo mu zależało na więzach krwi dlaczego to zrobił?

- Za pewne nigdy się już tego nie dowiemy. Jednak taka była wola twoich rodziców. Musimy ją uszanować.

- Uszanować coś co Ci jest na rękę! Wynoś się!

Wbił paznokcie w dłoń czując jak powoli krew wypływa z małych ranek. Serce waliło mu jak młotem. Najgorsze było uczucie goryczy w ustach i żal który wyciskał łzy. Nie chciał Go. Jego dziadek, jego jedyna prawdziwa rodzina odrzucała go.  

- Natanael proszę, uspokój się i spróbujmy porozmawiać! Przecież będziesz mnie odwiedzać. Kiedy tylko zechcesz. Mój dom zawsze będzie twoim, nie ważne, gdzie będziesz chodził do szkoły.

- Wynoś się! Nie będę słuchać twoich żałosnych słów.

- Adam…

- Wynoś się!- krzyknął z całych sił, wkładając w to całe swoje rozżalenie, złość i gorycz.

Gdy dwumetrowe drzwi uderzyły z rozmachem w ścianę obaj podskoczyli rozglądając się w niezrozumieniu. Nikogo nie było po drugiej stronie. Dziadek spojrzał na niego, a jego oczy zaszły mgłą. Natanael wciągnął mocno powietrze do płuc, jakby to mogło go uspokoić. Nie pewnie spojrzał na drzwi i na otwarte okna. Przeciąg, stwierdził nie zastanawiając się dłużej nad tym zjawiskiem. Uniósł oczy na starszego mężczyznę i choć żal rozsadzał jego i tak poranione serce nie mógł się dłużej gniewać.  

- Idź…- szepną z bezradnością, której nienawidził, a która otaczała go od wypadku. Stąpał po nieznanym gruncie i bał się każdego nowego dnia.

- Adam…

- Idź dziadku. Masz samolot za kilka godzin.

- Dziecko proszę…

- Ja też prosiłem. Wracaj do domu dziadku.

Choć ty jeden.

Dodał w myślach, kuśtykając i trzymając dłoń na obolałych żebrach podszedł do drzwi, które powstrzymały go przed wypowiedzeniem słów, których mógłby żałować. Oparł się całym ciałem o drewnianą powierzchnię. Czuł, że wszelkie siły jakie udało mu się z siebie wykrzesać opuszczają jego ciało. Chciał spać, długo… Jak najdłużej, przespać cały ten koszmar. Nie słuchał dalszych słów dziadka. Patrzył na duże okna z widokiem na wielohektarowy las. Gdy starszy mężczyzna podszedł do niego, aby go przytulić odchylił się unikając jego dotyku. Dotknął klamki sugerując co chce, aby starszy mężczyzna zrobił.  

- Będę dzwonić, a gdy dojdziesz do pełni sił, po prostu przyleć do Krakowa. Będę na Ciebie czekał dzieciaku. Tak będzie lepiej. Zaufaj mi.

Gdy mężczyzna przekroczyło próg nastolatek z całych sił popchał ciężkie dębowe drzwi. Huk zamykanych drzwi przeszył go na wskroś. Już teraz wiedział, że został sam. Z ogromnym trudem doszedł do łóżka pozwalając swojemu ciału pogrążyć się w apatii.  

Dni które nastąpiły, gdy jego dziadek opuścił pałac rodziny Mal’ach mógł podzielić na te lepsze i gorsze. Lepsze były wtedy, gdy ból ciała ogłuszał jego zmysły i uczucia. Gdy mógłby wyć z bólu fizycznego, gdy jego ciało trawiła gorączka. A później przychodziło przyjemne otępienie spowodowane lekami. Wtedy było dobrze. Jednak były dni, gdy nikt nie chciał mu nic podać, a gorszy ból opanowywał jego duszę. Gdy wszystko powracało. Wspomnienia zalewały jego umysł. Śmiech mamy, opanowane silne dłonie ojca na kierownicy, trajkotanie Tymka, docinki Wiki. Ułamki sekund, które wyryły się w jego głowie jak wielogodzinny film. Pamiętał ból gdy jego ciało leciało przed przednią szybę, gdy tata gwałtownie zahamował. W jego uszach szumiał huk wybuchu. Jego mózg przetrawiał te wspomnienie. Aż w końcu po niezliczonej ilości dni otworzył oczy i zrozumiał. Jego tata wiedział. Wiedział, że są to ich ostatnie sekundy i wykorzystał je, aby go ocalić.  

Tego dnia obudził się z dziwnym spokojem, jego głowa była jakby lżejsza, a myśli bardziej jasne. Podniósł się na słabych i drżących ramionach rozglądając się po nieznanym otoczeniu. Białe łóżko sugerowało szpital, tak samo jak podpięte kabelki do jego ciała. Jednak ściany nie były śnieżnobiałe. Miały przyjemny beżowy kolor, duże okna były przysłonięte ciężkimi kotarami, w rogu paliła się jedna lampka dająca słabą poświatę na pomieszczenie, a obok jego łóżka stał wygodny drewniany fotel z skórzanym obiciem. Spuścił nogi z łóżka próbując pozbyć się kabelków przypiętych do klatki piersiowej.

- Paniczu proszę się położyć!

Uniósł spojrzenie na kobietę, która wyłoniła się nie wiadomo skąd. Miała opuchnięte oczy jakby wyrwał ją z snu.  

- Już spokojnie jesteś bezpieczny, połóż się…- miała spokojny głos, jednak dosłyszał w nim nutkę zmęczenia i jakby irytacji. Jedną dłonią naciskała na jego ramię próbując zmusić go do ułożenia się na łóżku, a drugą nacisnęła jakiś guzik na pilocie.  

- Kim Pani jest?- zapytał, gdy kobieta z większą irytacją powtarzała, że powinien się położyć. Kobieta umilkła i spojrzała w jego oczy jakby szukała w nich odpowiedzi na nieznane mu pytania. Dotknęła jego czoła i wypuściła powoli powietrze.

- Jestem pielęgniarką. Jak się czujesz?- zastanowił się nad jej pytaniem, ale mógł śmiało powiedzieć, że całkiem dobrze. Czuł ból żeber, ale nie był on jakoś bardzo uporczywy, jego ciało było słabe, ale z tym też mógł sobie poradzić.

- Dobrze…- przytakną i pozwolił, aby kobieta pomogła mu ułożyć się na poduszkach. Zmiana pozycji nie było dobrym pomysłem bo jego żołądek zbuntował się. Nie wiedział, czy kobieta zobaczyła to w jego twarzy, czy spodziewała się takiej reakcji, ale z zadziwiającą energią przechyliła jego ciało na bok, podsuwając miskę pod usta w momencie, gdy zawartość jego żołądka postanowiła opuścić jego ciało.

- Znów odlatuje?!

Zapewne wystraszyłby się głośnych niespodziewanych słów, gdyby nie był tak zajęty opróżnianiem żołądka. Kobieta głaskała uspokajająco jego plecy.  

- Wybudził się…- Mruknęła jego opiekunka ocierając jego usta i spocone czoło.  

- Chwała Panu…- obcy głos zbliżył się do niego i chwilę później nastolatek ze zmęczeniem spojrzał na twarz młodego mężczyzny, który z werwą podciągnął jego chude ciało na poduszki.

- Cześć młody… - uśmiechnął się do niego szeroko, dzięki czemu Natanael skupił całą swoją uwagę na nim.

- Gdzie jestem?

- W domu. Dokładnie w sali szpitalnej. Napędziłeś nam strachu.

- Ale… co mi jest?

- Złapałeś jakieś choróbsko. Nie powinni Ci pozwalać jeszcze wychodzić na zewnątrz. Ale kto by mnie tam słuchał. No nic ważne, że jest już lepiej.

Po pierwszych miłych słowach zaczęło się osłuchiwanie, sprawdzanie ciśnienia, temperatury, świecenie latarką po oczach. Gdy lekarz z nim skończył Natanael czuł się jak przeciągnięty przez wyrzynarkę. Z trudem utrzymywał otwarte oczy. Lekarz poklepał go po ramieniu, a uśmiech nie schodził z jego ust.  

- Śpij. Potrzebujesz tego. Będziemy tu.

Nic więcej nie potrzebował usłyszeć. Pozwolił swoim powiekom opaść i utulić się ciemności w spokojnym śnie.  

Gdy ponownie się obudził, w dalszym ciągu była noc. Dopiero po chwili zrozumiał, że obudziła go cicha rozmowa.  

- Jesteś pewien?

- Tak. Jutro powtórzymy badania krwi, jednak w porównaniu z wczorajszymi wynikami jest lepiej. Poziom gonadoliberyny spadł dwukrotnie. Jednak w dalszym ciągu jest zbyt wysoki jak na jego wiek.

- Musimy to zahamować…

- Wątpię, aby było to możliwe.  

- Jest za młody. Ma dopiero pietnaście lat!

- Wiem Benjamin! Zrobię co w mojej mocy, ale Zahariasz powinien wcześniej tu z nim przyjechać. Nie wiem czy zmiany zachodzą przez szok i próbę ochrony, czy już wcześniej to się działo.

- Co miałem robić? Uparł się, odgrodził dzieci od nas na wszystkie sposoby. Prosiłem, tłumaczyłem, groziłem! Nic! Nic do niego nie docierało. Powinienem szczeniaka za fraki tu przyciągnąć dwadzieścia lat temu! Myślałem, że mam czas!

- Wszyscy tak myśleliśmy. Zahariasz też. Nikt nie mógł tego przewidzieć. Poradzimy sobie z tym. Natanael jest silny. Idź odpocząć, gdyby coś się działo powiadomię cię.

Słuchał ciężkie kroki i ostatnie ściszone słowa pożegnania. Gdy drzwi zamknęły się wypuścił powoli powietrze.  

- Wiesz nie ładnie podsłuchiwać.- uchylił oczy w niedowierzaniu, że lekarz zorientował się, że nie śpi.- Jak się czujesz?

- Dobrze

- Mdłości, zawroty głowy?

- Nie. Rozmawialiście o mnie- stwierdził walcząc z nagłą sennością, a lekarz kiwną głową siadając na łóżku.

- Nie da się ukryć. Napędziłeś wszystkich niezłego stracha. Twój dziadek odchodził od zmysłów przez tych kilka dni.- ta informacja jakoś nie pasowała mu do poważnej postawy dziadka Benjamina. Zamknął oczy walcząc z sennością.

- Jesteś zmęczony. Śpij ostatnie dni były wyczerpujące. Porozmawiamy jutro...

Nawet, gdyby chciał nie miał sił, kłócić się z mężczyzną. Zasnął spokojnie nie wiedząc, że od jutra jego świat nabierze całkiem innego kształtu.

259 czyt.
100%1
AJM

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2330 słów i 12857 znaków. ·

Dodaj komentarz