Recall cz 8

, , Nieznane jest zbędne dla przeciętnego, bo przeciętny człowiek ma zbyt mało energii, żeby to uchwycić" słowa Don Juana z książki Carlosa Castanedy, , The fire from within".

Dragonn Kerr siedział na tronie, a obok niego On-thi.
Marr i See szli przez pustą salę. Niewielka ilość służby ukryła się po kątach i blisko ścian.
– Co tak długo? – zapytał Kerr.
Zanim dwójka jego byłych przyjaciół zdołała odpowiedzieć, wyciągnął rękę w ich kierunku, oczywiście nie w geście przywitania. Jednak tym razem nic się nie stało. Marr i jego ukochana stali cali i zdrowi.
– On-thi, twoja kolej – rzekł beznamiętnie Dragonn.
– To nie zadziała – odrzekła lekko poddenerwowana.
– Ogień! – wykrzyknął do niej.
Wyciągnęła rękę. Wszystko zaczęło płonąć wokoło. Z wyjątkiem Seen i Marr.
– Podejdźcie przyjaciele – rzekł Dragonn.
Na jego twarzy nie sposób było odgadnąć jakiegoś uczucia czy emocji.
– Możemy ci pomóc – rzekła spokojnie Seen.
Dragonn pociągnął nosem.
– To dziwne, nawet nie czuć spalenizny. Ja nie potrzebuję pomocy,  
jestem całkowicie tym, czym pragnąłem być. Miecze – rzekł krótko.
– Nic ci po nich – rzekła Seen.
Dragonn wyciągnął obie ręce i miecze znalazły się w jego dłoniach.
Seen wzięła dłoń Marr
– Nie ruszaj się, zaufaj mi – szepnęła.
Dragonn Kerr wymierzył cios w Marra. Cios był szybki, ale Marr
mógłby uskoczyć, gdyby chciał. Ufał jednak całkowicie Seen. Miecz
przeszedł przez jego ciało, nie czyniąc mu zupełnie nic. Dragonn rzucił im miecze z powrotem.
– Mówiłam ci – rzekła Seen.
– Musiałem sprawdzić – rzekł spokojnie Dragonn. Zanim zrobię co
zamierzam, powiem wam coś czego nie wiecie, co było ukryte przed wami. Spaliśmy dwadzieścia wieków i jesteśmy nieśmiertelni. Jest tylko ta różnica między nami, że ja mam większą moc niż wy. Mam też dla was niespodziankę. Nie potrzebuję was.
Nie podniósł rąk, nie wymówił słowa, nic. Został sam. On-thi, Seen
i Marr zniknęli. Pozostały jedynie ich miecze.
– No może teraz – rzekł do siebie.
Wziął je w dłonie, jednak po chwili miecze też zniknęły.
– Dam sobie radę bez nich – rzekł. Do zobaczenia za dwanaście
tysięcy lat. Jestem mądry, ale potrzebuję tyle czasu, by stać się jeszcze bardziej. Bo tylko wówczas zdołam was pokonać.
Dwie wielkie łzy spłynęły po jego twarzy.

                                     Julia
Wylądowali. Singapur. Miasto-państwo. Jedno z najbogatszych miejsc współczesnego świata. Tygrys i lew. Tygrysem jest Kerr. Lwa tam nie widziano. Dlaczego? Bo dopiero przybył, Lord Marr.  
Pięć gwiazdek i księżyc na fladze Singapuru? Pięć pieprzyków i łezka na biodrze Seen.
Bogactwo, pieniądze, wielkiej klasy gangi. Przypadek? Nie, to był plan Kerra. Miasto tysiąca wysp. Nowoczesne, piękne.  
Największe interesy Dragonn prowadził na wyspie Jurong. Ale czy to miało znaczenie? Mógł mieć każde pieniądze, każdą władzę, każdą kobietę. Działał na ludzi tak, że nie zdawali sobie sprawy, że on, zawsze czterdziestoletni, silny i sprawny, trwa tak od wieków. Jak Bóg.  
Posiadł każdą wiedzę, doświadczenie. Chciał tylko jednego. Pragnął zniszczyć Marra i Seen. Nie zabić, tego nie mógł i nie pragnął. Chciał zniszczyć w nich to czego sam, w najgłębszej części
duszy, się obawiał. Czy był zły? Był DOSKONALE zły. Więc, czy był zły?
                                  *
Mark patrzył na mijane drapacze chmur.
– Spotkam się z Leonem. Mamy zarezerwowany przez niego hotel.
– Jak się nazywa? – zapytała Julia.
– "Ritz Carlton Club”, nie najdroższy, ale też nie tani. 800$ za trzy noce.
– To będziemy trzy dni?
– Zobaczymy.
Dojechali, zapłacili za taksówkę. Chłopiec hotelowy wziął ich małe
bagaże, a Mark dał mu dobry napiwek. Mieli pokój z ładnym widokiem.
– Mam taki plan – powiedział Mark. – Spotkam się z Leonem, może
będę musiał rozmawiać z Henrym, a ty Julio...
– Porozmawiam z mamą, opowiem jej coś, a ona postawi mi lody.
Mark roześmiał się.
– Coś takiego, moja mądra dziewczynka.
Popatrzył na nią. Nic nie pamiętał. Ani wizji ani rozmów. Nagle, bez żadnego powodu pamięć mu wróciła.
– Julio?
– Tak, tatusiu? – zaszczebiotała.
– Czy wiesz kim jest Seen?
– Nie wiem o czym mówisz – odrzekła zdziwiona.
– Więc nie wiesz, co mówisz wówczas? – nie dawał za wygraną
– Tato, ja naprawdę nie wiem, o czym mówisz! – odrzekła zdziwiona Julia.
Mark uspokoił się w swoim sercu. Zrozumiał w jakiś sposób, że Seen
wie o Julii, natomiast Julia nic nie wie o Seen.
    Zadzwonił do Leona. Ten nie chciał się spotkać w Ritz-u, więc umówili się w jednej z dobrych restauracji, których jest pełno w tym szczególnym mieście.
– Czekaj na mnie, wiem jak wyglądasz – rzekł Leon na końcu rozmowy.
Mark wyszedł i po kilkunastu minutach dotarł w umówione miejsce.
Zamówił kawę.
Nie dopił połowy, gdy zobaczył mężczyznę około pięćdziesięcioletniego, o nalanej twarzy. Dwóch ludzi, którzy weszli z nim, pewnie z ochrony, usiadło o kilka stolików dalej.
– Witaj Mark – rzekł tubalnym głosem, z silnym, rosyjskim akcentem.
– Chcę coś wyjaśnić na wstępie – rzekł Mark. Powiesz mi prawdę.
Jeśli dojdę, że kłamiesz, to koniec interesów.
– Skąd wiesz, że mam do ciebie interes?
– Dziecko, by się domyśliło.
– Co chcesz wiedzieć?
– Maczałeś ręce w fałszywym zamachu na Henrego?
– Tak.
– Czy ktoś miał zginąć?
– Nie i nikt nie zginął.
– Działałeś wspólnie z Henrym?
– Nie, on myślał, że naprawdę chcę go zabić.
Wyraz twarzy Marka wskazywał na małe zdenerwowanie, natomiast twarz rosjanina pozostała kamienna.
– Co z resztą ludzi, których rzekomo stracił?
– Są w Ameryce Południowej. Henry dowiedział się o tym zaraz po
twoim wyjeździe do Australii. Dostałem wyraźne polecenia od naszego szefa, by nie informować Henrego wcześniej.
– Kto zabił człowieka w Perth?
Nastąpiła cisza. Leon wyraźnie próbował zebrać myśli
– Nie wiem – rzekł Leon po chwili.
– Henry?
– Nie sądzę.
– Wasz boss z Singapuru?
– Nie wiem. Po co miałby to robić, on jest wielki.
Dreszcz przeszedł po twarzy Leona.
– Widziałeś go?
– Tak, mówił, że ma na imię John, ale pewnie tak nie jest. Przystojny,  
ma czarne włosy i coś w spojrzeniu...
– Zajmujesz się narkotykami i seksem?
Leon uśmiechnął się kwaśno.
– Bardziej tym drugim, chociaż nie kontroluję czym czasami zajmują
się moi ludzie. Ja głównie sprzedaję i kupuję.
Mark uśmiechnął się.
– Niedługo kończę. Czym zajmuje się Henry?
– Głównie nieruchomości.
– Ostatnie pytanie. Linda?
Leon był sprytny lecz tym razem Mark dostrzegł coś w wyrazie twarzy Rosjanina.
– Bardzo piękna, ale nie to chciałeś wiedzieć – rzucił Leon.
Nie dokończył i wyraźnie szukał słów.
– Linda jest prawą ręką Henrego i jego kochanką. Piękna, jak mówiłem. Jest niezwykle bystra i inteligentna. Kocha go, ale... również nienawidzi. Za coś, o czym nie wiem. Rozumiesz? Henry pewnie wie za co, ale nie może nic na to poradzić. Jest groźna, uważaj.
Mark zbagatelizował to ostrzeżenie. Wiedział, że nic mu nie może
zaszkodzić. Miał pewność, że Leon tego nie wie.  
Wiedział to w tym momencie, oczywiście jako... Marr.
Leon faktycznie nie wiedział, ale miał coś innego na myśli.
– Dobra, czego chcesz? – zapytał Mark, widocznie odpowiedzi Leona go zadowoliły.
– Tego co i Henry, miecza.
– Och, miecza!? – zdziwił się Mark.
– Mamy grać fair – rzekł Leon. – Ja mówię prawdę, a ty?
Mark nieco się zmieszał. Poczuł się jak małe dziecko, którego rodzice złapali na małym kłamstewku.
– Dobrze, przepraszam – rzekł Mark. – Co wiesz o mieczu?
– Chcę go. Jest podobno magiczny. Tak mówił John.
– Czy John nie kazał go znaleźć dla siebie?
– Tak, ale ja go chcę dla siebie – odpowiedział zdecydowanie Leon.
– Ryzykujesz.
– Ryzykujesz! – zaśmiał się Leon. Ryzykuję każdego dnia. – odrzekł spokojnie. Czasami chciałbym to wszystko zostawić i łowić ryby, ale to funkcja dożywotnia, jak papieża.
Mark zaczął się śmiać.
– Dobre porównanie – dodał, nie przestając się śmiać. – Po co mi
dwa miliony? – zapytał po chwili już całkiem poważnie.
– Miecz jest gdzieś w Wielkiej Rafie, tak mówi John. To wielka
wyprawa, bardzo kosztowna. John nie chce sam oficjalnie szukać. Nie chce również, by to robił Henry lub ja. Widocznie ma swoje powody.
– Henry jeszcze nic nie wspomniał o mieczu.
– Zrobi to. Może myśli, że ty mu nie ufasz, po tym zamachu w Perth.
– Dokładnie. Ale właśnie w tej chwili zacząłem. Więc ty chcesz miecz, Henry i John. Co będzie jak go znajdę i wezmę dla siebie?
– Po co ci miecz? Jesteś młody, masz żonę i córkę. Ja mam wszystko i mnóstwo stresu. Stać mnie na to by ci dać te pieniądze. Obiecaj mi, że nie dasz go ani Johnowi ani Henremu, dobrze?
– Zrobię, co będzie w mojej mocy – rzekł szczerze Mark.
Leon dał mu teczkę.
– Tu są wszystkie namiary.
Podał mu rękę.
– Do zobaczenia Mark, ufam ci. Zainwestowałem te pieniądze. Jak
ci się nie uda – moja strata.
Odszedł. Dwóch jego ludzi z obstawy wstało również i cała trójka
opuściła restaurację. Mark wyjął telefon i zadzwonił do Henrego.
– Tak, Mark? – rzekł Henry.
– Wygląda na to, że ci wierzę. Czego chcesz?
– Linda jest w Singapurze, znajdzie cię i wyjaśni wszystko. Ja jestem
zajęty w San Francisco, do usłyszenia.
Mark dopił kawę, dał kelnerowi napiwek. Zadzwonił do Sary.
Dowiedział się wiele, ale czuł podświadomy niedosyt.
– Gdzie jesteście?
– W hotelowym pasażu, czekamy na ciebie.
– Mam jeszcze jedno ważne spotkanie, życzę wam dobrego czasu.
Miał połączenie na drugiej linii.
– Tu Linda, rozmawiałam z Henrym, gdzie jesteś?
Mark podał nazwę restauracji.
– To znaczy, że jadłeś?
– Nie, tylko piłem kawę.
– To może zjemy razem?
Podała nazwę hotelu i pokoju.
– Sama coś przygotuję. Ostatnio ci smakowało, prawda?
– Tak, było smaczne.
– OK, to czekam – rzekła uprzejmie, ale zimno.
    Dojazd do hotelu gdzie mieszkała, zajął mu pół godziny.  
Perła Azji jaką stworzył Dragonn Kerr miała wspaniałe drogi, świetny system komunikacji. Jednak Mark nie był zainteresowany Marina Bay, Sands Skypark ani mostem Helix. Przyjechał tu, by otrzymać odpowiedzi na nurtujące go pytania.
    Apartament Lindy znajdował się na piętnastym piętrze. Hotel,  
w którym mieszkała miał podobną, lub wyższą klasę niż ten, w którym mieszkał ze swoją rodziną. Powiadomił recepcję, że zamierza kogoś odwiedzić.
Pojechał windą. Linda otworzyła drzwi.
– Miło cię widzieć.
Wyglądała świetnie. Miała na sobie długą kreację z cieniutkiego jedwabiu
w jasnozielonym kolorze. Jej rozpuszczone, długie, czarne
włosy spadały na odkryte ramiona. Na jej szyi wisiał złoty łańcuszek ze średnim diamentem.
– Obiad prawie gotowy.
Głos miała nieco cieplejszy niż przez telefon.
– Tu jest wszystko co mam dla ciebie od Henrego. Zanim będzie
obiad, powinieneś się już zdążyć zapoznać. Henry mówił, że nie powinieneś mieć pytań. Jest tam też osobisty list od niego, który ma ci pomóc, gdybyś miał dodatkowe pytania.
Linda zniknęła w kuchni. Mark zaczął przeglądać papiery. Tak jak
mówił Leon, Henry chciał miecz.
– To sprytny lis, powiedział im tylko o jednym, czyżby miał drugi? –
powiedział do siebie Mark. Po co mu miecze? To nam mogą się przydać. Należą do nas, tam są nasze dusze.
Mark nie zdawał sobie sprawy, że myśli jak Marr.
Miłe zapachy docierały z kuchni. Linda weszła z tacą. Po chwili usiedli do stołu. Jedli bez słów.
– Smakowało ci? – zapytała miło, kiedy skończyli.
Jej głos nie był oziębły, a wręcz ciepły.
– Tak, bardzo. Dziękuję. To ja już chyba pójdę – rzekł Mark i wstał.
Wyciągnął rękę na pożegnanie.
– Myślałam, że zjesz deser.  
Przymknęła lekko oczy i... osunęła się na dywan.
No, ładna historia, pomyślał Mark.
Podszedł do niej, nie oddychała. Co gorsza nie czuł również pulsu. Musiał działać szybko. Położył ją na łóżko. Zaczął reanimację. Po wdmuchnięciu jej paru oddechów, wyczuł tętno. Otworzyła oczy. Mark pomyślał przez sekundę, że tylko jedna znana mu kobieta ustępuje jej urodą.
Znowu bezwiednie myślał jak Marr. Oczywiście miał na myśli Seen.
– Uratowałeś Henrego, a teraz mnie – rzekła cicho.
Wstała.
– Nie mam miliona aby ci się odwdzięczyć.
– Nie musisz mi się...
Nie dokończył. Linda szarpnęła ramiączko i jej piękna kreacja
spłynęła na dywan. Mark stał zaskoczony. Ujrzał piękne, smukłe ciało. Bez skazy.
Dostrzegł jeszcze lekko rozchylone, wilgotne usta. Patrzyła
mu prosto w oczy. Nie zdołał nawet pomyśleć, czy to zaplanowała.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że odczuł już coś w San Francisco.
Linda wykorzystała jego zaskoczenie i zanim się spostrzegł, jej usta
znalazły się na jego. Poczuł wilgoć jej warg. Z największą trudnością
oderwał usta od jej ust.
– Lindo, co robisz?
Ale to wcale jej nie zatrzymało.
– Jesteś piękny, silny. Pragnę cię od chwili, kiedy cię ujrzałam. Nie
robisz nic, ale masz coś w sobie, czemu nie potrafię się oprzeć.
Całowała jego tors i sięgała dłonią niżej. Mark jeszcze nie opanował
sytuacji, a jak na złość "zapomniał” na chwilę, że kocha Sarę.
– Przecież kochasz Henrego.
– Również go nienawidzę.
Mark miękł na całym ciele, szczególnie w okolicy kolan. Tylko w jednym miejscu, twardniał.  
Szczególnie, że jej usta coraz bardziej zbliżały się do tego miejsca.  

Lecz wygląda, iż nigdy nie trzeba tracić nadziei. Aż do końca.
– Dlaczego zabiłaś tego człowieka w Perth?
Bingo. Gorące zapędy Lindy zgasły równie szybko jak się rozpaliły...
Była wstrząśnięta tym co powiedział, a może jeszcze czymś. Podniosła się i chyba zapomniała, że jest naga. Może nie miało to dla niej znaczenia. Zaczęła chodzić nerwowo po pokoju. W końcu się uspokoiła i powiedziała już bez emocji.
– Ten głupiec mnie oszukał, mieliśmy jechać razem, a on wziął
pieniądze i chciał zwiać.
Podeszła do biurka, otworzyła szufladę i wyjęła pistolet z krótkim tłumikiem.
– Najpierw chciałaś się ze mną kochać, a jak nic z tego nie wyszło, to chcesz mnie zabić?
Wymierzyła w niego pistolet. Mark nie poczuł strachu. Zamiast tego pomyślał, że była Linda była naprawdę piękna.
– Znam się na pewnych reakcjach. Ty się w ogóle nie boisz.
– Masz rację. Ale jest tak teraz dlatego, ponieważ mnie nie można zabić. Tak jest, ale nie wiem dlaczego.
– Aha – powiedziała tylko. – Ale mylisz się. Nie chciałam ciebie zabić.
Mark miał nadludzkie własności, ale ustępował daleko Lordowi
Marr. Mark mógł wyprzedzić spadający metal z dźwigu, ale nie mógłby wyprzedzić wystrzelonej kuli. Marr mógł.  
Kiedy powiedziała "zabić”, błyskawicznie odkręciła pistolet w kierunku swojej pięknej głowy.
   Dźwięk rozchodzi się w powietrzu z prędkością 333 m/s. Kula
wylatuje z lufy pięć razy szybciej. Mark znalazł się przy pięknej brunetce w odpowiedniej chwili.
Rozległ się stłumiony dźwięk wystrzału. Stali tak minutę. Nie wiedział co odczuwa Linda. Ona, piękna i naga, z dymiącym pistoletem. Stał bardzo blisko jej ciała. Usłyszał jej głos.
– Gdzie kula? Nie mogłam chybić!
Mark powoli otworzył dłoń. Linda zobaczyła kulę, która miała znaleźć się w zupełnie innym miejscu.  
    Czasami ludzkie reakcje są dziwne, a niekiedy bardzo właściwe. Linda zapytała bardzo naturalnie.
– Kim jesteś, Mark?
Patrzyła na niego ze szczerym zdziwieniem i... miłością.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 2735 słów i 15980 znaków, zaktualizował 31 sty 2020.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Duygu

    Bardzo ciekawa część. Wszystko wydaje się powoli rozjaśniać... Ciekawa rozmowa z Leonem, ma facet charyzmę. Linda też jest ciekawą postacią, trochę mi dziś podpadła i podziałała na nerwy, no, ale... :D

  • AlexAthame

    Nie wiem co napisać na to :smiech2:

  • Almach99

    Matrix wymieka przy Lordzie Marr

  • AlexAthame

    @Almach99 Jak skończysz to napisz w wiadomościach co o tym opowiadanko myślisz całościowo.