Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 8

"Tamashi no Yami"  *- "Ciemność naszych dusz"
1
     Minęło trochę czasu odkąd Patrick wraz z Davidem udali się z Kuro w poszukiwaniu Utopka. Loli opiekowała się wówczas wszystkimi dziećmi z przytułku. Swoją troskę głównie przykłada na Annie, która ledwo wyzdrowiała z potwornej choroby. Gruźlica. Ostatnio zabrała ze sobą wielu ludzi, szczególnie najmłodszych. Okropny czas nastał na świecie, a one, wiedźmy, które tak bardzo wysławił legendy, nie mogły nic poczynić. Żadnych zmian wprowadzić. Mogły póki co tylko patrzeć.
     Wtedy, kiedy parę metrów pod ziemią rozgrywała życiowy dramat, a niektórzy walczyli o życie, Loli siedziała przy Annie, która spała teraz spokojnie. Podała jej odpowiednie leki przed snem, a nawet przeczytała bajkę. Patrzyła, jak dziewczynce zamykają się oczka, jak powoli zasypia. Kobieta założyła jedną nogę na drugą.
     Nie planowała tutaj wracać. To miał być pierwszy i ostatni raz, kiedy pomogła z dobrego serca. Ten chłopak, który ją tu ugościł zachowywał się jak gbur, odczuwała lekki wstręt wobec niego, mimo że go lubiła. Wydawałoby się inaczej, ale niestety prawda była okrutna. Loli, księżniczka Marianna, wiedźma nie odczuwała żadnych pozytywnych emocji. Była pustą lalką, pełną dumy i pewności siebie. Nie ukrywała się z tym.
     Koniec końców znów się tu zjawiła – po raz kolejny ze względu na tą małą dziewczynkę. Wracając na zamek, uprzednio wyczuła od niej śmierć. Przez chwilę ta aura zmieniła się w głos. Słyszała w jej pokoju odgłosy, które złorzeczyły. Słowa były w starej mowie, ale ją rozpoznała. Mówiły one o niekończącym się cierpieniu tej małej… że jedynym wyjściem jest ją uśmiercić. Co jak co, nawet ktoś tak pyszny jak Loli nie pozwoliłby komuś umrzeć bez walki.
     Tylko czym była tak naprawdę ta walka? Była świadoma tego, że jest to jedynie sztuczne przedłużanie jej życia. Magiczne sztuczki, zaklęcia, napary z trawy, czy inne mikstury nie były w stanie jej wyleczyć. Kiedy chłopcy wyruszyli w pogoń, a reszta dzieci udała się na spoczynek, ona zbadała ją jeszcze raz. Dopiero teraz, zobaczyła, że Annie nie tylko ma poważne mutageny, które osłabiają jej odporność – dziewczynka miała uszkodzone przez nią większość organów. Widziała na sercu czarną stęchliznę, a na jej płucach zielony osad. Zwykłymi zaklęciami nic nie zrobi. Musiałaby przeprowadzić prawdziwy rytuał, a to niestety mogło ją zabić. Obie w tym przypadku były w potrzasku.
     Siedząc tak w ciszy, nagle usłyszała głośne dudnienie. Dochodziło ono z zewnątrz, przy frontowych drzwiach. Kobieta popatrzyła w tamtą stronę marszcząc brwi. Dźwięk, który się wydobył, bardzo przypominał jej ten, który tworzy się przy otwieraniu portalu. Wstała. Jej obcasy wystukiwały na podłodze spokojny rytm. Wyszła z pokoju i wpatrywała się w stronę wejścia.
     - Otwórz te cholerne drzwi! - ktoś nagle zawołał. Nie wiedziała czy to do niej, czy może ta osoba zwracała się do swojego towarzysza, który się jeszcze nie ujawnił. Niemniej, Loli wyciągnęła przed siebie  prawą rękę i szarpnęła ją, jakby otwierała te drzwi. Przesadziła nieco z siłą, ponieważ trzasnęły one o ścianę, niosąc ze sobą głośne echo. Omal nie wypadłyby one z zawiasów.
     Echo powoli zanikało, a głosy z sąsiednich pokoi robiły się coraz głośniejsze. Wpatrywała się cały czas przed siebie, czekając, aż ktoś się zjawi. Ktoś kliknął, a lampy w holu zaświeciły się. Teraz, na twarz kobiety padało słabe światło.
     To David i Patrick je włączyli. Stali oni przy starym włączniku, a pod ramię trzymali jakiegoś dojrzałego mężczyznę. Nie skupiła ona na nim swojej całej uwagi, bowiem zaraz za nimi wszedł ktoś jej zupełnie obcy. Był wysoki, jego skóra opalona, miejscami nawet można by stwierdzić spaleniznę. Wokół oczu miał czerwone znamię, a na rękach trzymał kogoś. Ta osoba cały czas się ruszała – wiła się w jego objęciu i kwiczała z bólu. Na jej brzuchu coś leżało. Kształtem przypominało ramię…
     - Ciociu, musisz nam pomóc! - zawołał Patrick, a Loli się zmieszała. Nie wiedziała jednak, czy tym, że potrzebowali jej pomocy, czy tym, że ten chłopak nazwał ją ciocią – mamy dwóch rannych, obu w poważnych stanach! - podeszła do nich. Z pokojów już wynurzały się pierwsze ciekawskie głowy. Dreszcze przeszły jej po plecach, kiedy usłyszała słowo „rannych”, a strach jeszcze bardziej ją obleciał, kiedy zobaczyła, kogo niósł ten mężczyzna. Wręcz zaskoczyła samą siebie. Myślała, że jej wygórowane ego cały czas jest na swoim miejscu, ale znowu coś ją trafiło. To samo, kiedy się żegnali ze sobą przy zamku. W głębi duszy nie chciała, żeby tamto spotkanie było ich ostatnim.
„Kurwa, co się ze mną dzieje?” - zaklęła w myślach.
     - Weźcie zaprowadźcie ich do osobnych pokoi – zawołała i otworzyła drzwi do pierwszych pokoi po prawej. Oba na szczęście były puste i strasznie dobrze zadbane. Pewnie nikt tutaj nie przesiadywał od miesięcy, bo wszyscy woleli trzymać się w grupie, odkąd szaleje rozwścieczały demon – tutaj, te dwa! - kiedy oni wykonywali jej polecenia, zwróciła się do małej grupki dzieci, która stała na środku korytarzu, patrząc się na nich – Ty! Pilnuj Annie, aby nie wychodziła z łóżka. Ma odpoczywać nadal, więc uspokój ją, że wszystko w porządku! - zwróciła się do Jamesa. W tych słowach najbardziej przerażało ją stwierdzenie, że wszystko jest okej, choć wcale nie była taka pewna – Ty Katie i reszta przynieście mi wodę, półmiski, jakieś szmaty, zioła, trawę…. NO RUSZCIE SIĘ! - pogoniła ich do pracy, a sama weszła do pierwszego z brzegu pokoju. Na łóżku leżał zakrwawiony mężczyzna o czarnych włosach, spiętych w kucyk. Jego twarz była pełna blizn i patrzył na nią swymi szarymi oczami. Od razu go poznała.
     - Jhon Krieg we własnej osobie. Sługa boski! Kto by pomyślał, że mogą cię tak urządzić zwykłe demony? – zerwała z niego szatę, odsłaniając tors – Twój brat przysparza naszym siostrom niemałych problemów w Gelancie – szukała na jego ciele jakich poważnych ran, może nawet wystających kości, ale niczego takiego nie widziała. Mimo to krew z jego ust nadal płynęła, a sam Krieg wił się z bólu, jakby go szczuli ogniem. Pozostawały więc tylko rany wewnętrzne. Coś, czego nienawidziła leczyć. Znowu mu docinała – powinnam cię tu zabić.
     - Nie rób z siebie… idiotki, Loli – wystękał. Popatrzyła na niego gniewnie – Dobrze wiesz… że jest pod wpływem czaru… tak jak… - nie dokończył, ponieważ kobieta znalazła miejsce, które go boli, więc przycisnęła je z całej siły. Mężczyzna zawył. Trzymała w tamtym miejscu dłoń jeszcze przez chwilę, aż w końcu ją odsunęła.
     - Gówno mnie to obchodzi, wiesz? Gdybyś miał jaja, to byś go zabił – znów dotknęła go w tamtym miejscu, tym razem delikatnie, a dłoń zaświeciła się na fioletowo. Miał złamane dwa żebra, które mogły uszkodzić inne organy. Zaczesała swoje kosmyki włosów za ucho i skwitowała – rzuciłam proste zaklęcie, które unieruchomi to złamanie, więc nie powinno ono spowodować większych szkód. Do tego krwawienie powinno ustąpić za około dziesięć minut, więc leż spokojnie. Muszę teraz iść do Kuro – miała już go opuścić, kiedy to powiedział do niej te słowa;
     - Uratuj go, Loli… on nie może tutaj umrzeć – spojrzała za siebie na mężczyznę. Wyglądała, jakby chciała powiedzieć „dobrze o tym wiem”, ale widocznie się powstrzymała.
     Przed drzwiami czekała na nią gromadka osób, które przyniosły to, o co prosiła. Kazała im to zostawić na podłodze, a ona sama weszła do pokoju, w którym leżał Kuro, a cała reszta stała nad nim. Tak jak myślała, ktoś oderwał mu ramie, które teraz trzymał w lewej ręce. Z kikuta ciekła krew, kapiąc na podłogę.
     - Wynocha wszyscy – warknęła – won! A ty zostań – złapała wysokiego mężczyznę ze podpieczoną skórą. Gdy drzwi trzasnęły, ona zwróciła się do niego – nie wiem, jak się nazywasz, ale lepiej jak zostaniesz tu i pomożesz mi. Muszę wpierw zatamować krwawienie i przyszyć jego ramię, a…
     - Odpraw Rytuał Krwi – ktoś jej przerwał, ale nie był to dla niej znajomy głos. Popatrzyła w stronę leżącego Kuro i zobaczyła, że patrzył na nią czarnymi oczami. Cofnęła się o krok, ale zaraz się opanowała. Uśmiechnęła się wyniośle i zbliżyła do chłopaka.
     - Proszę, proszę. Nasz cichy kolega się odezwał – prychnęła. Stała teraz nad nim – Myślisz, że nie wiem do czego służy ten obrządek? Jest bardzo podobny do Okultu, który tworzy podobnym mnie ludzi. Chcesz zamienić go w demona, kanalio? - patrzyła na niego gniewnie, a on tylko się zaśmiał. Jego głęboki głos, bardzo gardłowy przyprawiał ją o dreszcze. Był to niestety dowód, że miała naprawdę do czynienia z diabelskim pomiotem.
     - Zabawne, że mój byt urósł do bycia demonem, czymś niemile spotykanym i gardzonym. Zapomniałaś… zapomnieliście kim wprawdzie jestem? - jako wiedźma miała ogromną wiedzę na temat świata, więc wiedziała, kim był naprawdę demon Xen. Ale czy on… Dziewczyna podniosła wzrok na mężczyznę i dopiero przez to pytanie zrozumiała kim jest tenże człowiek. Wędrowcem. Kimś, kto przemierza ramy czasowe. A ten, kto łamie prawo czasu może pojąć o wiele więcej, niż przeciętny człowiek. Teraz dopiero dziewczyna odczuwała strach. Ten ktoś mógł być kimś z dalekiej przeszłości, może nawet z okresu aktywnego panowania bogów. Albo kimś, kogo znała z teraźniejszości, tylko że kilka lat później – W końcu zaklęłyście mnie w tym chłopaku…
     - Zamknij się, w porządku? - syknęła na niego i chyba go to przestraszyło, ponieważ wytrzeszczył oczy. Mężczyzna obok nadal milczał – To nie zmienia faktu, że tak to miało zostać. To, że moje siostry cię tu zaklęły, nie znaczy, że mam ci pozwolić opętać tego chłopaka!
     - Bo go kochasz? - zatkało ją. Wspomnienie o miłości zbiło ją całkowicie z tropu. Czym było dla niej „kochać” czy „miłość”? Potężna wiedźma, władająca wszystkim oraz niczym, mogła kochać? I to jeszcze kogoś, kogo znała bardzo krótko? Niee… to niemożliwe. To wykraczało poza jej pojęcie, a co dopiero ludzkie – pospiesz się, dziecinko, ponieważ twój kochaś odejdzie z tego świata.
     Miała mętlik w głowie. Ten cholerny demon namieszał w jej głowie, przez co nie potrafiła zebrać myśli. Musiała odprawić bardzo szybko Rytuał Krwi, zanim on… Przecież on nie umrze. Chociaż, stracił dużo krwi. Ona nie jest w stanie sprawić, żeby mu wróciła. Nie odzyska jej dla niego… cholera czemu tak jej na nim zależy?
     - Pierdol się – skwitowała, po czym zdjęła skórzane rękawiczki i rzuciła na ziemię. Nie lubiła brudzić swoich dłoni, ale wiedziała, że potrzebuje sto procent swojej mocy – Rytuał Krwi jest starodawnym obrządkiem, demonie. Znam starą mowę, ale nie potrafię jej używać, więc jak…
     - Możesz posłużyć się tym, czym umiesz skarbie – „ōmoryjski” przeszło jej przez głowę. Żachnęła się, jakby była zażenowana tym co robi. Wprawdzie jednak nie podobał się jej pomysł, aby poszerzyć pieczęć wiążącą Kuro z demonem Xenem. Właśnie na tym polegał ten rytuał – dać większą kontrolę nad chłopakiem, ale w zamian tego wzrośnie jego siła, zdolność regeneracji. Pewnie jeszcze wyostrzą mu się zmysły… - Znasz słowa… I niech Oruk przyłoży ramię… - „A więc nazywa się Oruk?” Zacisnęła zęby i powoli, bez żadnych pochopnych ruchów weszła na niego. Kuro syknął z bólu. Chciała go pocieszyć, ale szybko oprzytomniała, że to przecież nie jest on. Tamten zrobił to, o co go prosił demon. Chwila zawahania może wszystko zniszczyć.
     Zaczęła od początku. Przywołała do siebie małe ostrze, które musiała wbić w sam środek klatki piersiowej. W międzyczasie przypominała sobie, słowa zaklęcia oraz kolejne kroki, które musiał poczynić. Wbiła je głęboko, a rękojeść opatuliła dłońmi. Próbował wyrwać z siebie ten sztylet, tylko że nieudolnie.
     - kite fushou na akuma, kage no hibiki -Niepojęty demon. Echo cienia. Te nazwy w każdym, uniwersalnym języku mogły go przywołać. Czy powiedziałaby to w starej mowie, czy hikaryjskim albo nawet mowie ludów północnych to efekt byłby taki sam. W stronę wbitego sztyletu, po skórze chłopaka nadciągał czarny tatuaż, który owinął go dokładnie, przygwożdżając mocno.
     Teraz przyszedł czas na cięższy etap rytuału. Loli złapała go za głowę, a kciuki przyłożyła mu do oczu. Nim wypowiedziała kolejne słowa zaklęcia, dwa razy powtórzyła je sobie. Bała się, że jeżeli teraz coś sknoci, może uwolnić na świat diabła. Może nawet otworzy bramę, przez co najpotężniejsze demony wyjdą z piekła. Nabrała powietrza i kontynuowała:
     - saa, dakiawashite, jigoku no seibutsu, sono hito matteiru. kimo no noryoku ga hoshii – Mniej więcej to znaczyło tyle, aby Xen połączył się z Kuro, który pragnie jego siły. I to nieco zmieszało Loli. Bowiem nie miała pojęcia, czy chłopak w ogóle wyrażał na to zgodę. Czy oni teraz robią coś wbrew jego woli? Pewnie tak, ale niestety nie miała na to wpływu. Mogła wybierać między tym albo jego śmiercią. Musiała zdecydować się na mniejsze zło.
     Tatuaż, który skupił się w ostrzu, rozprzestrzenił się po całym ciele. Powoli tworzyły się z tych smug wzory, których Loli nie bardzo rozumiała. A może nie miały one nawet żadnego znaczenia? Chłopak zaczął się wyrywać, czego obawiała się dziewczyna. Ale nie mogła go przytrzymać, ponieważ straciłaby kontakt z jego głową. Jest to kluczowe, ponieważ z tego miejsca wydawane są rozkazy do kończyn. Była to też tak jakby wtyczka do umysłu Xena.
     Cieniste linie pełzły teraz po prawym kikucie. Kobieta zobaczyła, że z niego wydobywają się czarne nici i przywiązują do siebie oderwane ramie. Zdecydowała się powtórzyć zaklęcie, a na to chłopak zawył jeszcze głośniej. Zastanawiała się, co muszą sobie myśleć te biedne dzieci, które słyszą te krzyki zza drzwi. W końcu nie było szans, że się rozeszły. Chciałaby powiedzieć, żeby Oruk poszedł je uspokoić, ale wtedy to scalenie mogło by się nie udać. Zauważyła, że te nici powoli zamieniają się w tkanki, a te zaś zrastają ze sobą przerwane mięśnie i kości.
     Chwila nieuwagi sprawiłaby, że chłopak strąciłby ją z siebie. W ostatnim momencie przywarła do niego mocniej i przyjęła na siebie odrzut. Teraz, gdy ramię się zrastało, Loli wpadła w pętlę, powtarzając co chwile słowa zaklęcia. Plątały się one z błagalnymi myślami, aby nie pomylić żadnej z sentencji. Wokół nich zrobiło się ciemniej, a jej głos odbijał się echem. Widziała, że krew, która spływała po ranie, wrzała. Tak samo zresztą jak te straszne tatuaże, które przybrały również na kolorze. Loli pomyślała, że otworzą one przejście do pustki.
     I momentalnie się uspokoiło. Ramię wróciło na swoje miejsce, chociaż wzdłuż dawnego odcięcia, została paskudna, czerwona szrama. Kobiecie, jej fioletowe kosmyki wpadały teraz do oczu. Była cała spocona i zmęczona. Wydawało się, że trwało to godzinę. Przetarła czoło. Patrzyła teraz na Kuro, jakby był jej jakimś dziełem. Całe ciało oplatały czarne tatuaże, które powoli traciły na intensywności. Jedynie twarz pozostawała nieskalana nimi. „Dokładnie. Jego piękna, słodka twarzyczka” - pomyślała Loli, za co zaraz się skarciła.
2
     Następny dzień zaczął się od razu burzowo. Po udanie przeprowadzonym rytuale, Kuro zapadł w głęboki sen. Jego jedynymi oznakami życia było głośne chrapanie oraz miarowa praca płuc. Loli przerażał ją fakt, że po takim obrządku chłopak popadł, w pewnego rodzaju śpiączkę. Nie zdołał go wybudzić żaden bodziec, nawet próba wtargnięcia do jego głowy przez wiedźmę. Widziała jedynie pustkę, jak wtedy gdy odciągnęła młodą DeCroix z umysłu królowej. Zrezygnowała więc z dalszych prób i postawiła wszystko na próbę czasu. Nie było wyjścia. Musiała czekać.
     Z Kriegem było o wiele lepiej. Dla dziewczyny naprawa złamanych żeber nie była nowym, ekscytującym przeżyciem. Może kiedyś, na początku – ten widok zrastających się w jedno kawałków napawał ją pewnego rodzaju szczęściem – tak za dziesiątym którymś razem, Loli odbierała to bardziej jako formalnością. Szczególnie, że magia, którą się posługuje pozwala jej dokonywać niemożliwego. Była wszystkim i niczym.
     „Straszna cisza tutaj nastała”, pomyślała dziewczyna. Loli nie przespała całej nocy, pilnując Oruka, któremu poleciła spać w pokoju od Jane, a teraz należącym póki co do Kuro. Nie zrobiła tego bezpośrednio z własnej inicjatywy.
     - Miej go na oku, dobrze? - wybełkotał do niej Krieg, kiedy po skończonej operacji zmywała z niego pot oraz sączącą się krew z ust. Popatrzyła na niego z ukosa i z początku zignorowała jego słowa. Dopiero przy kolejnych, dotarła do niej powaga sytuacji – Nie znamy go na tyle, aby mu ufać. Co z tego, że nam pomógł, skoro może mieć wobec nas inne plany. Pomyśl o… - Kuro. Nie dokończył tego, bo przerwał mu nagły ból w klatce, ale ona wiedziała, co chciał powiedzieć. Zamykając drzwi, spojrzała na niego ostatni raz
     - Niczego nie obiecuję, ale postaram się. Odpoczywaj, Jhonie Kriegu – zatrzasnęła je po cichu, a w jej głowie zrodziła się myśl. „A może wcale nie miał na myśli Kuro, a tylko ja sobie dopowiedziałam tak, jak chciałabym usłyszeć?” Westchnęła ciężko. Ta dziwna sytuacja przytłaczała ją coraz bardziej, ale w końcu po przystała na tym. Zamknęła mężczyznę w pokoju i kazała mu stamtąd nie wychodzić. Przekręciła klucz, a ona sama usiadła przy Kuro i tam czuwała, co chwilę przymykając oczy.

     Rankiem, ludzie nadal się nie odzywali do siebie. Tak jak Loli słusznie zauważyła, w tym domu zapadła grobowa cisza, która tego też dnia miała zostać przerwana, ze względu na tragiczny bieg wydarzeń. Dziewczyna otworzyła drzwi Orukowi niemalże po przebudzeniu pierwszych mieszkańców. Przez pierwsze chwile bała się, co tam zastanie, ale gdy zobaczyła sylwetkę mężczyzny, rozłożoną na pryczy, odetchnęła. Schowała kluczyk, do małej kieszonki z boku swojej groteskowej sukienki.
     Potem razem z pomocą Davida przyrządziła im wszystkim śniadanie. Wtedy też ta okropna cisza została przerwana. Powiedziała mu, że dzisiaj Krieg raczej wróci do domu, ponieważ przez jej potężną moc, dla niej te rany były wręcz ‘powierzchowne’. Wspomniany też został Kuro, że dziewczyna martwi się, bo ani razu w nocy się nie przebudził. Padły też dwa pytania – o jakiej mocy ona mówi oraz czy chłopak dojdzie do siebie. Niestety na żadne nie zdążyła odpowiedzieć, bo do sierocińca wpadli Święci Łowcy z hukiem, wyłamując frontowe drzwi.
     - Gdzie on jest?! - zawołał jakiś mężczyzna. Loli, jak i David poznali go. Zobaczyła, że Dav momentalnie zdrętwiał. Skojarzyła sobie, że przecież oboje musieli być wczoraj w piwnicy u Elliota. Musieli siebie widzieć, chociaż raz, ale ten strach w jego oczach… W zasadzie nie interesowała się wczorajszymi wydarzeniami. Aczkolwiek teraz wzburzała ją ciekawość – GDZIE ON JEST?! - znowu krzyknął. Loli postanowiła wyjść mu na spotkanie. Nie zwracała uwagi, czy chłopak za nią pójdzie.
     - Ceaserze, czego tutaj szukasz… - chciała zabrzmieć na elokwentną, kiedy to zobaczyła, że razem z nim jest około dziesięciu żołnierzy, a im… towarzyszyła królowa oraz król.
     - A ty, moja droga córko, co tutaj robisz? - zapytała się Cauda, wychodząc naprzeciw niej. Choć starały się publicznie zachować resztki rodzinnej przyzwoitości, tak prywatnie, w czterech ścianach obie skakały sobie do gardeł. Każda miała na drugą hak, który sprawiłyby niemałe kłopoty. Loli nienawidziła tej kobiety, ale cóż mogła zrobić? Ta sytuacja była naprawdę  patowa, więc musiała wymyślić coś na szybko.
     - Słyszałam, że dziewczynka z tego tutaj domu bardzo zachorowała, więc postanowiłam jej pomóc – na szczęście, w mieście każdy wiedział o zainteresowaniu medycyną przez księżniczkę Mariannę(aka Loli). Nie każdy jednak musiał wiedzieć o jej leczniczych metodach.
     - I chyba też pomóc jakimś zbiegom! - zawołał jakiś młodzieniec, który na niekorzyść dziewczyny zajrzał do pokoju, w którym leżał Kuro. Spiorunowała go wzrokiem, jakby chciała powiedzieć, że usmaży się w piekle, a ciało zostanie rzucone hienom na pożarcie. Zacisnęła wargi, lecz nic nie powiedziała. Jaki zbieg? Od kiedy ranne ofiary były zbiegami? - Ceaserze, niech pan pozwoli. Czy to ten, którego szukamy? - Raily wydawał się tego dnia bardzo wzburzony. Widać to było po jego krokach, które stawiał. Przepełniony był jakimiś negatywnymi emocjami.
     Sądziła, że gdy mężczyzna ujrzy ciało chłopaka to choć na chwilę przystanie i się uspokoi. Może nawet wzruszy, w końcu byli dobrymi przyjaciółmi. Loli wiedziała o tym doskonale, ponieważ jej praca właśnie polegała na tym. Na zdobywaniu informacji z otoczenia i poznawania ludzi. Nawet jeżeli nie było tego widać gołym okiem, dało się to wyczytać spomiędzy wierszami. Ich przeszłość, ton rozmowy, sposób w jaki się o sobie wypowiadają. Wszystko miało znaczenie. Niestety przeliczyła się. Raily jedynie machnął ręką, co zdziwiło dziewczynę. Rzucił jedynie coś w stylu, że to nie ten, którego szukają. A w tym momencie David wyłonił się z kuchni i odparł, że to najpewniej jego chcą.  Wtedy też z innych pokoi wyłoniły się kolejne dzieci. Nawet Oruk, który dotąd jeszcze spał, schłodził powoli po drewnianych schodkach.
     - Ty skurwysynie, zapłacisz mi za to! - ruszył w jego stronę i pewnie rzuciłby się na niego, gdyby nie Loli stanęła mu na drodze. Wystawiła przed siebie rękę i kazała mu stać – zjeżdżaj stąd, Marianno! Chcę go w zamkowych lochach, patrzeć jak umiera – zignorowała te obraźliwe słowa w stosunku niej, a bardziej zmartwił ją ten obłęd w oczach.
     - Zaczekaj! Po cholerę chcesz go brać na zamek? - zapytała, próbując dopasować każdy puzzel do siebie.
     - To nie twoja sprawa, kochanie – rzekła Cauda – Raily oraz ten tutaj młodzieniec są na tyle dorośli, że załatwią tą sprawę po męsku – jej czerwone oczy przeszywały ją na wylot. Postawa kobiety przerażała dziewczynę w każdym możliwym aspekcie, ale nie był to powód, aby uginać się jej regułom. W końcu, nie tylko ona miała tutaj moc.
     - A właśnie, że jest, matko. Jestem księżniczką, jakbyś chciała wiedzieć.
     - Proszę cię… - nie dokończyła.
     - Właśnie, że ma Caudo. Pozwól jej - przerwał jej stary mężczyzna, będący królem. Arthur, mąż Caudy, niegdyś miał piękne, bujne rudawe włosy. Chodziły plotki, które rozniosła sama Loli, że osiwiał najpewniej z nerwów oraz stresu pourazowego. Widziała nieraz, jak ta kobieta znęcała się nad tym biednym człowiekiem. Tak, człowiekiem. W tej trzyosobowej relacji, niestety najbardziej cierpiał Arthur, ponieważ był stuprocentowym człowiekiem, osobą niemagiczną, zwaną tutaj Kmiotkiem. Bardzo oburzające i niesprawiedliwe, dlatego że magia odchodzi wraz z ewolucją, ponieważ ludzie coraz mniej jej potrzebują i używają.
     Cauda rzuciła w jego stronę przerażające spojrzenie, a mężczyzna się wycofał.
     - On zabił Roy! Zamordował moją piękną Roy! Rozumiesz? Moją kochaną… - Raily popadł w głęboką histerię. Osunął się na kolana i zaczął szlochać, a Loli spojrzała na Davida. Uśmiechnęła się delikatnie.
     Znała tamtą dziewczynę, no bo, kto mógłby jej nie znać? Roy Redfox, największa sucz w Mortuum. Loli odczuwała od niej respekt w stosunku do swojej osoby. To znaczy, tak przynajmniej jej się wydawało, ponieważ zwracała się do niej przyjaźnie i traktowała ją z nadmiernym szacunkiem. Wręcz wiedźmę to wkurzało. Musiała dla swojej roli grać księżniczkę, ale nie potrafiła przyzwyczaić się do takich tytułów, czy pobłażań ze względu na rangę. Mimo sympatii z jednej strony, tak nie można było powiedzieć, że Loli przepadała za Roy. Uważała ją za egoistyczną dziwkę, ale to był pikuś w porównaniu do tego, co robiła. Loli też nie lubiła zbytnio dzieci, ale dla niej tuszowanie jakichś morderstw, czy bagatelizowanie jakiegokolwiek problemu było absurdem. Zbrodnia, to zbrodnia. Nieważne, czy dokonana na dwunastoletnim dziecku, czy trzydziestoletnim rzemieślniku. Najpewniej to przez nią sprawa z Utopkiem zwlekała w czasie, nawet pół roku. Tego nie dało się ukryć – dziewczyna była piekielnie mądra, więc mogłaby dojść do sedna prędzej, niż Kuro. Prędzej, niż ktokolwiek inny. Ale to nienawiść, osobista nienawiść doprowadziła społeczeństwo do naprawdę krytycznej sytuacji.
     - Raily, nie ukrywaj że była suką. Chłopak poczynił mądrze, że ją zabił – nie mogła uwierzyć, że to powiedziała, ale czuła dziwną potrzebę usprawiedliwienia wszystkiego, nawet tego, co było powierzchownie złe. Czuła, jakby zamieniała się w Kuro, który tak samo chciał bronić swoich wartości.
     - Ale ja ją kochałem! - zawył głośno, zakrywając oczy. Klęczał tak chwilę, kiedy to się opamiętał i stanął na równe nogi. – Zabierzcie go! Zabierzcie wszystkie dzieci z tego domu, ale już! - popatrzył po domu, aż jego wzrok przystanął na Oruku – Jego też zabierzcie! Wszystkich wpakujcie do lochów! - Loli nie była pewna, czy to że się wtrąca było słuszne, ale wiedziała, że musi coś robić. Jeżeli zamkną Oruka, to prawdopodobnie nigdy nie będzie mogła z nim porozmawiać. Co więcej, nie dowie się co tak naprawdę działo się tamtej nocy w piwnicy Garry’ego Elliota.
     - Co zamierzasz z nimi zrobić, Ceaserze? - zapytała, udając w swoim głosie obojętność. Wprawdzie bała się czy ta obsesyjna miłość do tej przeklętej kobiety, nie zabije go. W przeciągu kilku godzin, chłopak podjął masę błędnych decyzji, ona to czuła. Wolała jednak tego nie okazywać. Skrzyżowała ręce i patrzyła na jego ruchy.
     - Nie wiem, ale na pewno ten gnojek zginie – domyśliła się, że chodzi o Davida. Patrzyła jak odchodzą w stronę drzwi. Przez jej głowę przyszła myśl, czy może to nie jest czas, aby zatrzymać ich. Przeciwstawić się w końcu swojej kuli u nogi, czyli królowej. Pokazać swoje prawdziwe oblicze – te, którego się tak ludzie bali. Oblicze wiedźmy, kogoś, kogo znali jedynie z mitów i legend. Coś ją jednak blokowało przed tym, więc obserwowała.
     Obserwowała jak każde z tych niewinnych osób zostaje wyprowadzone siłą. Niektórzy jeszcze spali, a inni byli w całkowitym paraliżu. Z tego, co wiedziała, już raz przeżyli podobną sytuację. Tylko wtedy oni obserwowali z ukrycia, jak zabierają ich przyjaciół. Mogła jedynie zgadywać, że czuli się podobnie, jak ona teraz, tylko znacznie gorzej.
     - Ty też z nami idziesz, moja droga – Cauda stała teraz metr od niej.
     - Chyba śnisz, mam tu dwóch pacjentów, którzy wymagają opieki - dziewczyna odpowiadając, nie patrzyła na nią. Bała się tych czerwonych ślepi, które łakną krwi. Sądziła, że kobieta potrafiła zabijać wzrokiem.
     - Gówno mnie to obchodzi, do kurwy – w końcu spojrzała w jej stronę. Kobieta mogła pozwolić sobie na taki rodzaj słownictwa, ponieważ reszta była zajęta wyprowadzaniem bogu ducha winnych dzieci – nie będziesz latała mi tutaj, za żadnymi bachorami, ani Dziećmi Przeznaczenia, rozumiesz?
     - Możesz mnie karać do woli, ile chcesz. Możesz mnie nawet zamknąć w lochach. Uwierz mi, że mało mnie to obchodzi. Wynoś się stąd, zanim wyrządzę ci krzywdę, a dobrze wiesz, że jestem do tego zdolna. – w tym krótkim momencie czułą przewagę nad tą „kulą u nogi” Teraz to Loli decydowała i dominowała. Pewnie kiedyś pozwoliłaby Caudzie ją uziemić z powrotem w pokoju, tylko po to, aby nie wszczynać kłótni. Teraz, gdy na łożu leżała osoba, na której pierwszy raz w życiu jej zależało, to była jedyna chwila, aby się przeciwstawić. Nieważne, że bała się reakcji. Co zrobi, co powie… a raczej, że ją zabije. Huh, niesamowite. Loli, wiedźma władająca Eterem, po raz pierwszy postawiła swoje dobro nad czyjeś. Dla niektórych mógł to być znak, że świat schodzi na psy.
     O dziwo, poskutkowało to tak jak chciała. Nim się obejrzała, królowa opuściła wraz z Arthurem stary przytułek, który teraz hulał pustką. Czuła, że ten konflikt się w przyszłości zaostrzy. Widziała to w jej gadzich oczach.

3
     Weszła do pokoju, w którym leżał Krieg. Chciała podać mu jakieś leki, zioła, aby jego temperatura się nie podniosła. Nie spał – patrzył na nią ze złośliwym uśmiechem.
     - Wcale nie musiałaś tutaj zostawać… - spojrzała na niego. Nim zdążyła się ugryźć w język, słowa same poleciały z jej ust.
     - Zostałam, aby się wami zaopiekować – nie poczekała, aż mężczyzna skończy pić. Odwróciła się i wyszła, zamykając drzwi.

     Tego samego dnia, po drugiej stronie murów, na nieprzebytej pustyni lodowej, w małej, nekromanckiej kryjówce, Marry Jane w końcu otworzyła oczy. Zerwała się z łóżka, cała przemęczona i przepocona. Bolała ją głowa. Dzisiejszej nocy obudziła się tylko na chwilę, aby znowu popaść w sen. Kilka dni trwoniła ją wysoka gorączka oraz liczne rany dawały się we znaki.
     Jednak w końcu mogła wstać, podnieść się o własnych siłach. Wróciła myślami do tamtego dnia, kiedy uciekli z tamtej chatki. Gdyby nie pomoc Vidomii oraz Mariusa, prawdopodobnie zmarłaby na następny dzień. Ciarki przeszły jej po plecach na samą myśl o śmierci.
     Rozejrzała się dookoła. Pokój, w którym się znajdowała był bardzo skromnie ustrojony. Ściany, podłoga, a nawet sufit zrobione były z kamiennych cegieł. Łóżko znajdowało się mniej więcej naprzeciw drzwi. Nieświadomie spoglądała w tamtą stronę, ponieważ wyczekiwała, że ktoś się tam pojawi. Na ścianie, po lewej stronie wisiał obraz. Nie był on dziełem sztuki, wręcz można by powiedzieć, że malował go nowicjusz. Przedstawiał on miskę z owocami na pierwszym planie, a głęboko w tyle rozciągał się jeszcze drewniany stół. Im bardziej się w niego wpatrywała, tym bardziej miała wrażenie, że te kształty, które miały imitować owoce, są czymś innym. Ale wolała tego nie dostrzec. Przynajmniej na razie.
     Oderwała od tego wzrok i skierowała go na drugą stronę pokoju. Dopiero teraz zauważyła, że stoi tam szafa. Drzwiczki były lekko uchylone, więc mogła zobaczyć, że wiszą tam jakieś ubrania, pewnie przygotowane przez gospodarza. Zsunęła się z wygodnego łóżka i skierowała się tam. Co krok odczuwała przeszywające zimno. Otworzyła szerzej szafę. Westchnęła głęboko. Wisiało tam jedno z ulubionych futer od matki – z bardzo odsłoniętym dekoltem. Wzdłuż kołnierza oraz przy rękawach miało kłęby miękkich włosków. Nie lubiła eksponować swoją kobiecością tak jak Vidomia, ale jej stare ubrania zostały niestety zniszczone, a sama nie mogła paradować nago. To byłoby zbyt niekulturalne, a poza tym.. powoli już odmarzała. Pod futrem znalazła prostą koszulę oraz zwisającą na sznurku bieliznę. Założyła je, naciągając skarpety aż do kolan. Ubrała buty, kozaki, równie bardzo wysokie i w końcu narzuciła na siebie futro. Przestała odczuwać chłód, a bardziej zaczęła rozkoszować się ciepłem. Wtedy do pokoju weszła jej matka.  
     Ich spojrzenia spotkały się, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Obie sądziły, że to spotkanie będzie lepsze, ale pomyliły się. Kiedy Marry Jane zobaczyła swoją mamę, znowu się w niej zagotowało. Czuła do niej wielki żal, że przez jej romans z nekromantą nie mogła być wiedźmą. Mogłaby chronić swoich bliskich jeszcze bardziej, niż do teraz. Wiedziała, że ona zabrała jej tę szansę. Mimo to, uratowała jej życie, więc absurdem byłoby skakanie sobie do gardeł. Przełknęła ślinę i z udawaną radością, przywitała ją. Vidomia wyczuła, że córka ma do niej nadal żal. Przeczesała nieco swoje czarne loki i rzuciła krótko.
- W końcu wyglądasz jak kobieta. Chodź do salonu, zjesz coś – Marry pomyślała, czy powinna odpowiedzieć na tą kąśliwą uwagę, ale uznała, że to nie ma większego sensu. Poszła za nią i wyszła na ogromny salon, gdzie na środku stał ogromny stół. Może nawet ten sam z obrazu. Po jednej stronie siedział mężczyzna, który obserwował ją swoim bacznym wzrokiem. Uśmiechnął się w jej stronę i pozdrowił gestem.
     - W końcu możemy się poznać, córko Vidomii. Nazywam się Marius…
     - Wiem, kim jesteś – rzekła sucho – matka opisywała mi cię w listach. Tylko sądziłam, że… - popatrzyła na niego z uwagą – że jesteś młodszy.
     Zaśmiał się po cichu. Zastanawiało go, co takiego Vidomia mogła o nim napisać, że ta tutaj miała go za młodszego. Kobieta usiadła obok niego bez żadnego słowa. Puściła w jego stronę tylko zadziorny uśmieszek.
     - Marry, nie powinnaś zdradzać naszej prywatnej korespondencji. Wiesz, że to jest wbrew kul…
     - Jak mnie znaleźliście? - Marry przerwała kobiecie swój wywód, który miał być jedynie zapychaczem dla ich rozmowy. Jednak Jane nie interesowały żadne zasady kultury w tym momencie. Wolała od razu przejść do sedna. Vidomii się to nie podobało i chciała skarcić córkę za brak manier, ale Marius nie podzielał w tym przypadku jej opinii.
     - Pewna kobieta przybrała twoją postać i przyszła do nas. Wykradła od nas cholernie ważną księgę, dzięki której…
     - Mogła przywrócić do życia Lorraine… - dokończyła za niego. Dopiero wtedy usiadła przy stolę, opadając ciężko na krześle. Pomasowała czoło, rozmyślając nad tym – cholerny sukkub. Rozmawiałam z nią parę razy, zanim się udała do was. Nie zdradzała zbyt wiele szczegółów. Odkąd mnie przetrzymywała to głodziła mnie i katowała… Jednak coś się stało, że  zdecydowała się mnie odratować, gdy byłam bliska śmierci. To dziwne, bo… - zawahała się. Położyła obie ręce na blat stołu. Matka patrzyła na nią troskliwie.
     - Dlaczego było to dziwne, Marry? - córka na nią spojrzała, a w jej oczach zapalił się bardzo głęboki i ukryty strach. Podziałał on również na Vidomie, która wzdrygnęła się lekko na krześle.
     - Miałam sen… tylko że nie wyglądał on na sen. W tym… nieokreślonym stanie ja umarłam. Naprawdę – przetarła zmęczone oczy i kontynuowała – Czułam jak moje ciało się zapada. Jak moje serce powoli przestaje bić. Chyba też patrzyłam na siebie z boku, na swoje ciało, które siedziało bezwiednie, przywiązane. Słyszałam też głos chłopaka, który mnie wołał, ale nie mogłam mu odpowiedzieć.
     To co opowiedziała Marry Jane, spowodowało, że tak samo jak u Vidomii, tak u Mariusa, zaświeciła się pewna myśl, która z każdą sekundą nabierała większego sensu. Bowiem umysły wiedźm, elfów i innych magicznych istot działały znacznie lepiej i pojmowały o wiele więcej, niż zwykli ludzie. Fakt, Marry była w połowie wiedźmą, ale mimo to miała ograniczenia. Oboje stwierdzili, że dziewczyna nie ma bladego pojęcia jakie zdarzenie przez to opisała. Vidomia zaś uznała, że pomimo jej niewiedzy, to i tak dużo ona podejrzewa. Może nawet doszła do tego samego rozumowania co oni, ale bała się powiedzieć tego na głos.
     - Później właśnie ten sukkub mnie uratował i zniknął. Jakiś czas później, po dniach głodówki przyszła do mnie Lorraine, ta mała dziewczynka – przywołała we wspomnieniach widok jej, jak patrzyła na nią swoimi martwymi oczami. Jak musiała oglądać, jak jej ukochane dziecko musi gnić w tym ciele. Ani się nie obejrzała, a łzy spłynęły po policzku – Nie robiła mi krzywdy, ale sam widok, jak ona chodzi i się zachowuje przyprawiał mnie o mdłości – Vidomia zastanawiała się, dlaczego to dziecko było dla niej aż tak ważne.
     - Bodajże dzień przed, zanim się zjawiliście, moja znikoma moc znowu się obudziła. Już dłuższy czas tego nie robiłam, ale pamiętam, że wtedy naprawdę się wkurzyłam i rzuciłam jednym demonem o ścianę. Zabiłam go, ale na tym się skończyło, bo zabrakło mi sił. Nawet interwencja kogoś z zewnątrz nie była potrzebna. Gdy się obudziłam, podsłuchałam czyjąś rozmowę. Wynikało z tego, że specjalnie was tu ściągnęli, aby zabić nas trzech. Miało to ułatwić im zadanie – Marius przez cały jej wywód obserwował, jak zmienia się ton głosu, nastawienie i mimika. Na początku była pewna siebie i wycofana. Żywiła do matki i Mariusa pewną urazę, o której nie chciała jeszcze mówić, ale im dalej mówiła, tym coraz bardziej opuszczała gardę. Ostatecznie w końcu popłakała się. Wspomnienie o jakimś zadaniu zaciekawiło go.
     - Współczuje, Marry co cię spotkało, ale musisz teraz odpowiedzieć na moje pytanie. O jakim zadaniu jest mowa? Wiesz może…? - zapytał niepewnie. Marszcząc delikatnie brwi. Chciał wyjść na delikatnego i troskliwego, ale pewnie znowu mu się nie udało, bo Marry spojrzała na niego zdziwiona. „Boże, kiedy ja się nauczę poprawnie wyrażać emocje?”, pomyślał.
     - Nie jestem pewna, ale prawdopodobnie jest to związane z tym, z czym kierowałam się do was – widząc zdziwienie na ich twarzach, krótko streściła cały problem – Od kilku miesięcy w Mortuum znikają dzieci. Najpewniej giną, zabite przez jakiegoś demona, czy coś. Ma to jakiś związek z Kultem Demonów, który swego czasu chciał namieszać w kraju. Jakiś czas temu otrzymałam starą książkę dla dzieci. Bajki, legendy i tym podobne… - zawiesiła wzrok na nich, myśląc co jeszcze może powiedzieć – Znalazłam tam rycinę starego demona, Utopka. Przy tym została wykreślona jego pierwotna historią, którą straszyło się kiedyś dzieci, a na drugiej stronie ktoś napisał inną wersję opowiadania.
     - Inną wersję? - zdziwiła się Vidomia – Co masz na myśli? - Marry spojrzała na nią i wydęła wargi
     - Pierwotnie było to krótkie opowiadanie o tym, jak Utopek porywał swoją muzyką niegrzeczne dzieci z wiosek do swojej arki, na której mieli popłynąć do piekła. Jednak okoliczni mężczyźni powstrzymali demona, zabijając go i niszcząc statek, ale on obiecał powrót. Było napisane również, ze gdy wróci, zbuduje ponownie swą arkę na kościach setki dzieci, a wtedy… nastąpi koniec świata. To, co ktoś napisał było krótką rymowanką, dość kiepsko napisaną. Ale w niej narracja skupiła się na jednym chłopaku, którego cholera pamiętam do dzisiaj. W utworze przyjął imię Areczka, ale więcej ludzi go zna jako Aleksieja Risch.
     - Risch? - Vidomia nie dowierzała, a Marius patrzył na obie zdziwiony. Dopiero teraz, gdy rozmawiali z kimś z zewnątrz, ogarnął jak bardzo wycofał się z życia społecznego i jak bardzo był do tyłu z informacjami. Kobieta to dostrzegła, więc zwróciła się do niego – Jeden z synów Christiana Rischa, tego psychola, którego swego czasu zabili na egzekucji, zaraz po Garrym Elliocie. Podobno obaj gwałcili dzieci i torturowali je. Znaczy, Garry na pewno, ale Rischa skazano za morderstwo na Aleksieju. Jak dobrze pamiętam – tutaj już mówiła do swojej córki – znaleźli jego rozwalone ciało w rzece Styks, niedaleko miasta . Według raportu to jego ojciec go rozczłonkował u brzegu.
     - Tylko, że jak pytałam Loli, która trochę powęszyła w tym temacie, to okazało się, że widoczne były ślady po zębach, a nie chce mi się wierzyć, że Christianowi tak odpierdoliło, że pogryzł swojego syna – zastanowiła się chwilę nad tym co powiedziała, a potem sprecyzowała – Oczywiście, był psycholem, ale wątpię, żeby aż takim.
     - Ty chyba znałaś go, co? Tego Rischa – Marry rzuciła jej spojrzenie, które mówiło, że ona nie chce o tym rozmawiać. Wyłapał to mężczyzna, który odciągnął je od tematu.
     - No dobra, ale jak myślisz, jakie to miało znaczenie? Bo taką samą historię można podstawić pod każde inne zmarłe dziecko i efekt będzie ten sam.
     - Uważam, że to była wiadomość – zanim ktoś zadał kolejne pytanie, od razu dopowiedziała, o co jej chodzi – Wiadomość, że to od niego się zaczęło. Że Utopek został przyzwany, a pierwszą ofiarą jego był Aleksiej. Pasowałoby to, bo chłopak nie żyje od około marca.
     - Dobra, ale nawet jeśli, musicie pamiętać o jednej rzeczy – Marius wstał od stołu, prostując kości – Demony, nieważne jak potężne nie mogą cały czas przebywać na świecie. On poluje jedynie w Mortuum, bo tam czuje się najpewniej. Może szybko atakować, kryć się i regenerować siły. Jeżeli grasuje on od ponad sześciu miesięcy i dotąd nie ukończył jeszcze arki, to znaczy, że brakuje mu ofiar, a powiedz mi Marry… Jak myślisz, ile dzieci jest w mieście, na te parę tysięcy mieszkańców?
     - Chcesz powiedzieć, że nie ma tam żadnych dzieci tak? - Marry oburzyła się i podniosła się. Stała teraz naprzeciw mężczyzny – Wybacz mój drogi, ale chyba wiem co mówię - „No nie wydaje mi się”, chciał to powiedzieć, ale uprzedziła go Vidomia, która wtrąciła się w ich kłótnie.
     - Dobra, ale tak naprawdę ta cała historia o tym, że on zbuduje na kościach dzieci swój statek mogło być równie dobrze picem na wodę. Przecież każdy może to powiedzieć, napisać. Poluje na dzieci, bo jest je najłatwiej przestraszyć i zapędzić w kozi róg. Dorosłych ciężej o dziwo, ale nie wyklucza ich z bycia potencjalną ofiarą…
     - Mimo to wybiera niewinne dzieci, które nawet nie mogłam ochronić, bo zdecydowałaś się zabrać moją szansę na moc – to przelało czarę goryczy między dwiema kobietami. Patrzyły teraz na siebie zawzięcie. Wiedziały, że jeżeli ten konflikt ma się wyjaśnić to właśnie teraz. Marius nieco wycofał się z tej rozmowy, chcąc przemyśleć sprawę. Wprawdzie, to co powiedziała Marry mogło być prawdą, ale czy naprawdę te działania przedłużyły się do kilku miesięcy? Równie dobrze mogli to zrobić w przeciągu  tygodnia i zniszczyć ten glob. Nie znał za dobrze historii wszystkich demonów, ale imię ‘Utopek’ już gdzieś słyszał.
     - Wybacz mi, córciu, że dałam ci możliwość normalnego życia – Marry prychnęła tak głośno, że mężczyzna popatrzył na nią.
     - Normalnego życia? Słuchaj, dobrze wiesz, że odkąd pamiętam to chciałam zostać wiedźmą! Mogłabym zapewnić tym dzieciom ochronę swoją magią oraz nieskażonym intelektem. Gdybym miała te dwie rzeczy, mogłabym już dawno rozwiązać tę zagadkę, a widzisz jak długo zajęło mi rozgryzienie tego!
     - Wiesz dobrze, że życie jako wiedźma nie jest cholerną sielanką, gdzie możesz rzucać zaklęcia na prawo i lewo! - nabrała powietrza i kontynuowała – Panuje wszechobecny ostracyzm względem nas. Ludzie się boją i mają czego, chociaż i tak siła Kręgu diametralnie spadła. Ja miałam tego dosyć i wycofałam się z aktywnego życia wiedźmy. Mimo to pewne warunki musiałam spełnić, obiecując, że w razie zagrożenie stawie się znowu na służbę.
     - Możesz przynajmniej ratować, ludzi, których kochasz. A co ja mam powiedzieć? Mogę jedynie rzucić tym cholernym stołem w ścianę i nic więcej! A ty…
     - A mnie wiąże przeznaczenie, przez które umrę, jak tylko się wypełni – nieoczekiwanie, kobieta zalała się łzami, zasłaniając oczy. Marry ukuło, że doprowadziła swoją matkę do takiego stanu. Marius stał odwrócony do nich, ale gdy usłyszał pojękiwanie Vidomii natychmiast się zbliżył. Chciał ją przytulić, ale uprzedziła go Marry. Zastanawiając się nad tym, dotarło do niej, że dotychczas nigdy tak otwarcie nie rozmawiała ze swoją mamą. Jak dotąd obie nie miały okazji okazać swoich prawdziwych emocji. Zawsze, gdy zaczynała temat i zarzucała jej, że przez nią nie mogła stać się wiedźmą, Vidomia ucinała go. Zaś Marry wpadała wtedy w gniew. Po raz pierwszy usłyszała o jakimś przeznaczeniu, które spowiło jej mamę, tak samo jak spowiło resztę wiedźm na tym świecie. Może był to czas, aby wyrzucić z siebie wszystko. Bez tajemnic i sekretów.
     Marius położył dłoń na ramieniu kobiety i patrzył na nią. Zrobiło mu się jej żal, ale też czuł złość wobec siebie, że nie może pomóc. Marry, trzymając ją w objęciach popatrzyła na niego wymownym spojrzeniem. Domyślił się, że najlepiej, jeśli zniknie gdzieś na jakiś czas, żeby mogły porozmawiać. Zanim jednak się ulotnił, Marry zwróciła się do niego.
- Jestem świadoma, że możesz mi nie ufać, ponieważ ta teoria ma zapewne wiele luk, ale proszę cię wstępnie o pomoc. Mam w mieście pod opieką wiele innych dzieci. Aktualnie zajmuje się nimi mój przyjaciel, który może być w wielkim niebezpieczeństwie. Przemyśl to na spokojnie.
     Chwilę się zastanowił, aż w końcu pokiwał głową i wyszedł stamtąd.
     Tak też Marry tego dnia popłakała się kilka razy, a Vidomia jej wtórowała. Obie kobiety wyznały sobie wszystko, co gryzło je przez ten czas. Marry wyjaśniła, dlaczego miała żal do niej i czego oczekiwała. Zaś Vidomia wytłumaczyła motywy jej działań, a także opowiedziała przerażającą historię o swoim przeznaczeniu, który nie tylko odrzucił Marry od jej dawnych marzeń, ale także wzbudził w niej lęk i tęsknotę. Szczególnie za mamą, którą tak bardzo kochała, a dopiero teraz to do niej trafiło.
     Dwa dni później, czyli piętnastego grudnia, Marius postanowił pomóc kobiecie i załagodzić sytuację w mieście, ale powstrzymał ich list, napisany przez Loli. Jego treść zmusiła ich do podjęcia innych kroków. O wiele lepszych.
4
     14 grudnia, 1352 roku
     - Możesz mi powiedzieć, co ty do cholery odstawiasz?! - Loli dzień później, kiedy wojsko aresztowało wszystkich mieszkańców (oprócz jej, Kuro oraz Kriega) domu dziecka, postanowiła zjawić się na drugi dzień w gabinecie Ceasera. Planowo, chciała to wyjaśnić spokojnie, bez żadnych zbędnych nerwów. Wolała nie stwarzać wokół siebie aury wybuchowej, skoro już zdołała wyrobić o sobie opinię spokojnej dziewczyny. Szczególnie, że temat nie dotyczył jej bezpośrednio.
     Plan ten jednak zmienił się, gdy przechadzając się po uliczkach miasta usłyszała, że dwudziestego grudnia ma się odbyć egzekucja. Złapała za ramiona osobę, która to powiedziała i wyciągnęła od niej, że ma być to masowa egzekucja zdrajców stanu. To wystarczyło jej, aby domyślić się, kogo planują zabić.
     - To są cholerne dzieci, Raily, a ty chcesz je zabić jakby były przestępcami! - dziewczyna chodziła nerwowo w te i we w te, pocierając nerwowo ręce. Chłopak ignorował ją, pisząc coś na biurku. Rozejrzała się wokoło, patrząc na wszystkie meble znajdujące się w pokoju. Próbowała się uspokoić, ale o dziwo nie potrafiła. Złapała biurko z jednej strony i nawet nie zorientowała się, kiedy użyła magii, aby cisnąć nim o ścianę, gdzie był drzwi, prowadzące do jego sypialni – Kurwa, odpowiedz mi! - dobrze, że uprzednio wykonała ruch rękoma, bo gdyby biurko poleciałoby bez tego, Raily od razu zorientowałby się, że użyła magii. A wtedy musiałaby go zabić.
     - Coś ty narobiła?! - wrzasnął, kiedy mebel oderwał się z podłogi i roztrzaskał się na kawałeczki. Wszelkie papiery poderwały się do góry, rozsypując się – Miałem to wszystko posortowane! - uklęknął i zaczął zbierać je, gdy nagle Loli złapała go za nadgarstek, ściskając tak mocno, że mogłaby złamać mu kość. Chłopak syczał z bólu, a ona ze stoickim spokojem powiedziała:
     - Rozumiesz człowieku, że są to cholerne dzieciaki? One nic nie zrobiły, a traktujesz je gorzej, niż niejednego przestępce!
     - Nic nie zrobiły, powiadasz? - zapytał ironicznie odrywając się z uścisku. Wstał wyprostowany i patrzył jej prosto w oczy – Ten gnój zabił Roy i ty mi mówisz, że to jest nic? - wprawdzie morderstwo było dla Loli wysokim wykroczeniem, ale zabójstwo Roy było wyjątkiem, a może nawet i przysługą dla świata. Pluła w sobie twarz za tak ordynarne myślenie, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu mogła czuć i mówić to, jak faktycznie było.
     - Oh Raily, daj spokój. Uważasz, że zrobił on to świadomie. Że zabił ją z czystą premedytacją? - widziała jego łzy, ale musiała stłamsić w sobie poczucie winy, aby brzmieć na pewną siebie i odważną. Jeżeli chciała coś zmienić to musiała być suką - Krieg zdążył mi opowiedzieć o wszystkim i jeśli mówi prawdę, to Roy bezczelnie obrażała Kuro oraz jego przyjaciół. To nie pierwszy raz, gdy ta kurwa uważała się za lepszą. Poza tym naraziła was wszystkich na niebezpieczeństwo. Szczególnie Kuro, który chyba jest twoim przyjacielem prawda? - dostrzegła w nim światełko zawahania, ale natychmiast je zgasił. Odpowiedział jej, zaciskając zęby.
     - Ale ja ją kochałem. A Kuro niech się wypcha, nie jest moim przyjacielem od pewnego czasu – przewróciła wymownie oczami.
     - Kurwa, bo co? Bo został ranny, naprawdę Raily? Takim jesteś człowiekiem? - „Za dużo przekleństw. To nie przystoi damie, księżno Marianno – Boże, jak na nienawidzę tego imienia”, przeszło jej przez głowę.
     - Nie! Nie jest moim przyjacielem, bo pozwolił wychować morderców tej wstrętnej kobiecie! - pochyliła głowę na bok patrząc na niego, jak wrócił do zbierania kartek. Złapała się za czoło, masując je. „Czy on naprawdę mówi o Marry? Czy on właśnie nazwał tą kobietę wstrętną i zarzucił jej morderstwo? Jeny, on naprawdę oszalał”
     - Co ty w ogóle opowiadasz, Raily? Serio chcesz powiedzieć, że Marry Jane specjalnie szkoliła małych zabójców, niby po co? Żeby zabić Roy? - coś w jego nastawieniu się zmieniło. Stanął wyprostowany i patrzył w jej stronę. Wydawał się nieobecny, ale podjuszyły go kolejne słowa – Uwierz mi, to nie byłoby trudne ją zabić, nawet ja bym mogła! - w ułamku sekundy stał już nad centymetr od niej, próbując ją przestraszyć i faktycznie. Przez chwilę się bała, ale to co on powiedział, mogło ją jedynie rozbawić.
     - Jeszcze raz wspomnisz o niej źle to cię zabije. Mam gdzieś, że jesteś księżniczką. Jesteś podłą suką, a teraz wynoś się stąd – chwilę patrzyła na niego przerażona, aby pomyślał, że się go boi. On odsunął się kawałeczek, a ona zaśmiała się, obnażając swoje białe zęby. Wyglądał, jakby przymierzał się do uderzenia, ale to Loli pierwsza je wykonała. Machnęła agresywnie ręką, zostawiając ślad na jego policzku, a on sam poleciał do tyłu. Runął na podłogę. Teraz to ona stała nad nim triumfalnie, powodując, że to teraz Raily się jej bał.
     - Jeszcze raz nazwiesz mnie suką, to pożałujesz chłopcze, że się tutaj dostałeś. Traktuj to jako groźbę, nie pozwolę ci zabić tych dzieci, choćby nie wiem co – i nadepnęła obcasem w jego… krocze, powodując taki ból, że chłopak zawył w agonii. Momentalnie obróciła się w stronę drzwi i wyszła na korytarz.
     A tam, czekała na nią kolejna osoba.
     - Co? Teraz ty chcesz  mnie zastraszać, głupia krowo? - syknęła, patrząc prosto w oczy królowej. Tamta stała wyprostowana i pełna spokoju. Jej czerwone ślepia przeszywały Loli na wylot, przez co czuła się nieswojo. Czekała chwilę na odpowiedź, aż w końcu postanowiła odejść, mijając ją.
     - Nie myśl, sobie, że twoje zachowanie nie zostanie odpowiednio ukarane, dziewko – złapała ją za ramię, ściskając mocno. Loli syknęła głucho, rzucając jej mordercze spojrzenie – Twoje siostry również zdechną. Nie zapominaj, że jesteś pod moim skrzydłem – wiedźma zachichotała, a usta rozszerzyły się w psychopatyczny uśmiech. Wiedziała, że były same, dlatego królowa Cauda mogła pozwolić sobie na zdjęcie maski. Ale to również znaczyło, że to ona mogła pójść na całość.
     Nie minęła chwila, a Cauda runęła na ziemię, dusząc się. Tylko że dziewczyna nie trzymała jej rękoma. Nawet się nie schyliła do niej. Nie czuła takiej potrzeby, aby zniżać się do jej poziomu. W tym momencie czuła wyższość od tego przeklętego sukkuba, który podawał się za jej przyszywaną, dobrą matkę. Triumfowała.
     - Możesz próbować do woli, ale my w końcu cię dopadniemy – rzekła oschle. Obróciła się na obcasie i skierowała korytarzem w stronę drzwi wyjściowych. Magiczny uścisk na szyi królowej zwolnił się, a ona sama wciągała ochoczo powietrze. Patrzyła na odchodzącą dziewczynę, jakby była jej zwierzyną do upolowania. Loli wychodząc z zamku otworzyła swój granatowy parasol i jak najszybciej skierowała się z powrotem do przytułku.

     Gdy wróciła do domu, zajrzała najpierw do Kuro, który nadal spał. Sprawdziła, czy jego serce wciąż bije i czy oddech jest równomierny. Robiła tak prawie co godzinę, tylko żeby upewniać się czy żyje. Zauważył to Krieg, który czuł się już na siłach, żeby chodzić. Loli zaleciła mu, aby przez tydzień nie wykonywał żadnych ciężkich robót, a przede wszystkim zabroniła mu uczestnictwa w bójkach i walkach. Zaklęcie potrzebowało czasu, aby przyjęło się na stałe i na szczęście, on to rozumiał.
     - Ty naprawdę się w nim zakochałaś, dziewczyno – powiedział nieco trzy godziny po powrocie Loli z zamku. Wtedy właśnie wstał ze swojego łóżka i chciał przejść się po parterze, gdy dostrzegł przez uchylone drzwi, jak robi w stronę Kuro maślane oczy. Trzymała swoją dłoń na jego nadgarstku, ściskając lekko. Słowa Jhona wyrwały ją z zamyśleń, bo podskoczyła lekko. Spojrzała gniewnie w jego stronę. Poderwała się z krzesła i skierowała w jego stronę.
     - Czy ty naprawdę nie możesz się czasem zamknąć, Krieg? - żachnęła się, robiąc naprawdę głupią, jak dla niej, minę – Zapominasz chyba, ze to ja rzuciłam na ciebie zaklęcie regeneracyjne i tak samo ja mogę je zaraz zdjąć, jeśli chcesz – chciała odejść. Pójść na górę, do swojego pokoju, zaszyć się tam na chwilę. Jednak coś przyszło jej do głowy. Coś bardzo ważnego. Popatrzyła na niego zza ramienia i zapytała – Wiesz może, gdzie u was w koszarach trzymają falcony?

     O dziwo, wykradnięcie jednego z ptaków nie było niczym ciężkim. Okazało się, że trzymali je w bocznej dobudówce, do której mało kto zaglądał. Weszła do środka. Nie wyróżniała się niczym. Pięćdziesiąt falconów, siedzących na kijach, przymocowanymi do ścian pomieszczenia. Najpierw chciała zabrać stamtąd jednego, ale widząc w jakich warunkach są przetrzymywane, zdecydowała się uwolnić całą resztę. Niemałym zdziwieniem było dla mieszkańców, jak i Świętych Łowców, gdy zobaczyli na niebie chmarę  Brązowo-białych ptaków.
     Loli siedziała teraz na krzesełku, w opuszczonym domu, na krańcu miasta. Tam, gdzie spotkała Mephelani DeCroix, agentkę z państwa Hikari. Pamiętała, jak młoda dziewczyna spoglądała na nią z mieszanymi uczuciami. Jej oczy były wtedy pełne strachu, ale zarazem i arogancji. Loli domyśliła, że mogła odczuwać wstręt ze względu na rasę.
     Odsunęła od siebie tą myśl. Kończyła teraz list, który adresowała do Vidomii oraz Mariusa. Liczyła też, że Marry Jane go przeczytała. W głębi wiedziała, że żyje, ale nadal martwiła się o nią. Złapała za pergamin i przeczytała to, co napisała:
Drodzy przyjaciele!
Mam nadzieję, że Marry dotarła do was ze swoją prośbą. Przekażcie jej moje pozdrowienia. Mam niestety też parę złych wiadomości.
Marry, David, Patrick oraz reszta dzieciaków została pojmana i przetrzymywana w lochach. Raily, aktualny Ceaser oszalał. Chce skazać je na publiczną egzekucję za zdradę stanu oraz morderstwo Roy. Tak, Roy została zabita, dzięki bogu. Podobno zrobił to David, ale nie wiem ile w tym prawdy. Dwudziestego grudnia ma się odbyć egzekucja. A Kuro wpadł w śpiączkę, musiałam przeprowadzić rytuał (Vidomia powinna wiedzieć, o co mi chodzi). Mam nadzieję, że do tego czasu się obudzi.
Vidomia, jeżeli Marry przybyła do was z informacjami, zapewne Ty, jak i Twój kochanek wiecie, że w Mortuum grasuje demon – zwany Utopkiem. Nieważne o co ona was prosiła… NIE RUSZAJCIE SIĘ STAMTĄD! Zostańcie póki co w domu. Chcę, abyście znaleźli we wszelkich księgach jakichś informacji na temat tego demona. Zajrzyjcie do Wielkiej Biblioteki na północy, w dziale ksiąg zakazanych również. Mariusie, Ty również masz sporą kolekcję zapisków, również i ją przejrzyjcie.
Marry, postaram się ze wszystkich sił, aby już żadnemu dziecku nie stała się krzywda. Nie zjawiaj się na egzekucji. Zrobię, co tylko będę umiała.
Loli
     patrzyła tak na to, aż zdecydowała się jeszcze dopisać:

PS Cauda zaczyna mnie przyciskać się do ściany. Nie mam pojęcia, co może wymyślić, ale wiem że to będzie straszne. Boje się, ale nie mogę tego okazywać. Trzeba za niedługo zwołać sabat, Vidomia.

     Odetchnęła z ulgą. Zwinęła papier w rulonik i związała sznurkiem. Popatrzyła na lacona, którego porwała i uśmiechnęła się słabo. Lacony były to ptaki, służące do przesyłania korespondencji. Były dość potężne, ale zarazem piękne. Loli często śmiała się, ponieważ słyszała opinie, że wybrano lacony na ptaki pocztowe, tylko ze względu na posturę. Prawda była inna – jako jedne z nielicznych, potrafiły wytrzymać chłód i zimno. Ściągnęła opaskę z jego oczu. Tak jak myślała, wszystkie ptaki były naćpane i oślepione. Nie pomyślała przedwcześnie, żeby wyleczyć każdego z nich po kolei, no ale cóż. Czasu niestety nie mogła cofnąć, więc chociaż temu tutaj zwróci wzrok. Przyłożyła palce do jego główki, patrząc na czarne oczy. Błysnęło lekki, fioletowe światło. Wyszeptała mu do ucha, dokąd ma się udać, a on jakby ją zrozumiał, ponieważ kiwnął leciutko głową. Włożyła mu do dzioba list, a potem wypuściła na powietrze, a ten wyleciał przez mury miasta.
     Widok ten zasmucił ją, ponieważ uświadomił jej, że jest tutaj uwięziona.  Westchnęła głęboko i wróciła do domu. Powiedziała Kriegowi, że wysłała list i zwierzyła się, że martwi się o dzieci, które teraz siedzą w lochach i marzną od zimnych ścian. Choć nie dogadywali się zbyt dobrze, tego wieczoru, pierwsze lody, z tej wielkiej góry śnieżnej, zostały przełamane.

5
     15 grudnia
     Cała trójka siedziała na sofie w salonie, kiedy Vidomia odczytała na głos list od Marry. Z każdym jej słowem, dziewczyna stawała się ociężała i robiło się jej nie dobrze. Gdy usłyszała o egzekucji oraz o tym, że Kuro wpadł w śpiączkę, omal nie runęłaby na ziemię. Marius złapał ją talii i poprosił, aby Vidomia pomogła mu położyć ją na kanapie. Ta protestowała.
     - Nie… ja dam radę… serio – mówiąc to, niemalże zwymiotowała. Matka uspokoiła ją gestem ręki, prosząc, aby odpoczywała. Poleciła także Mariusowi, aby przyniósł wodę i jakąś kołdrę z ich pokoju. Ten pokiwał lekko głową i natychmiast udał się tam. Nie chciała, żeby jej kochanek usłyszał post scriptum.
     - „Cauda zaczyna mnie przyciskać się do ściany. Nie mam pojęcia, co może wymyślić, ale wiem że to będzie straszne. Boje się, ale nie mogę tego okazywać. Trzeba za niedługo zwołać sabat, Vidomia” - popatrzyła na Marry, która wytrzeszczyła oczy z dziwienia.
     - Co ma… królowa wspólnego z tym wszystkim i czemu miałaby grozić Loli? - wybąkała. Vidomia westchnęła głęboko.
     - Naprawdę nic nie podejrzewałaś? A myślisz, że kto niby cię porwał i więził w tamtej chatce? - która nie była prawdziwą chatką, tylko iluzją, ale to szczegół. Kobieta zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad tym. W zasadzie, królową rzadko kiedy można było spotkać. Z reguły przebywała na zamku, bądź gdzieś wyjeżdżała. Mimo to Marry udało się spotkać ją dwa razy podczas ważniejszych świąt. Fakt, było to bardzo długi czas temu, ale gdy o tym pomyślała… to rzeczywiście. Głos tego sukkuba bardzo przypominał jej. Odrzuciła myśl, że mogła już dawno go zapomnieć. Była tego w stu procentach pewna.
     - Co za sucz! – skwitowała i podniosła się z kanapy. Poczuła nagły przypływ energii, który i tak skończył się tym, że prawie przewróciła się na ziemię. Tym razem pochwyciła ją Vidomia – Wybacz…
     - Nie przepraszaj mnie, tylko odpocznij sobie – powiedziała łagodnym głosem głaszcząc ją po głowie – Wiem, że to był dla ciebie szok, ale musimy powierzyć tą sprawę Loli… W ogóle, kto to jest ten Kuro? - zapytała ostrożnie. Dobrze wiedziała kim on był, ponieważ w jej kręgach ten dzieciak był bardzo znany. Bardzo istotny dla przyszłości. Wolała jednak udawać, że nie ma o niczym pojęcia. To z kolei mogło być bezpieczniejsze dla jej córki.
     - Był kiedyś moim podopiecznym, bardzo sympatyczny dzieciak. Jakieś pięć lat temu, zabrała go kobieta o imieniu Ellaine. Ellaine Magellan. Córka tego zbzikowanego starca na przedmieściach. Zmarła jakoś rok temu, po najeździe Kultu – Vidomii błysnęło światło w oczach. Znała nazwisko Magellan – Bardzo to przeżył, że nawet stracił pamięć. Za dużo się teraz dzieje – spojrzała na matkę. Uśmiechnęła się lekko – Co z tym sabatem? Udasz się tam?
     Vidomia obróciła się za siebie. Zobaczywszy zbliżającego się mężczyznę, szepnęła tylko:
     - Później o tym pogadamy – i podeszła do niego, zabierając miskę wody oraz ciepłe okrycie. Nakazała córce, aby się położyła wygodnie i ją przykryła. Potem dał jej się napić z misy. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła, że Marry wracają kolory na twarzy.
     - Jeśli chcemy jak najwcześniej odkryć tożsamość tego demona, musielibyśmy natychmiast udać się do Krajów Północy – tam bowiem znajdowała się owa Wielka Biblioteka, o której wspomniała Loli – Jeżeli chcesz, mogę sam pójść, a ty zajmiesz się córką…
     - Dam radę sama – rzekła, ale oboje ją zignorowali
     - Pójdę z tobą, Mariusie, tylko proszę o to, byś pozwolił mi otworzyć teleport – mężczyzna pokiwał głową i odsunął się. Wyciągnął zza pazuchy magiczny przycisk, który Marry widziała dopiero pierwszy raz w życiu. Gdy Vidomia zajęta była pisaniem run, mężczyzna objaśnił krótko, do czego służy.
     - To jest magiczny kalejdoskop. Można w nim zakląć jedno zaklęcie i poprzez wciśnięcie przycisku ono działa. Z reguły służy on nam do ogrzewania tego cholernego miejsca, ale od dzisiaj... – tutaj położył go na dłoniach Marry i machnął na niego agresywnie. Kalejdoskop poruszył się, a potem opadł w bezruchu – od dzisiaj służy on jako alarm. Kiedy go aktywujesz, wokół domu rozejdzie się zaklęcie zawodzące, a mój kostur będzie drgać. Wtedy będę wiedzieć, że coś się dzieje i wrócimy do ciebie niezwłocznie. Tylko uważaj – Vidomia właśnie otworzyła portal, gdzie wewnątrz pierścienia widniał rozmazany obraz wielkiego regału z książkami. „To pewnie ta biblioteka, o której mówili”, pomyślała Marry – zacznie się tu robić coraz chłodniej. Lepiej załóż na siebie tamto futro – Dopiero teraz zauważyła, że z jej ust wydobywa się para, a nieznośne zimno znowu jej dokucza. Przez dwa znowu nosiła swoje stare, znoszone ubrania, ale w takiej sytuacji, musiała sięgnąć z powrotem do szafki mamy. Nim się obejrzała, Marius zniknął za portalem, a wtedy Vidomia złapała ją za ramię i powiedziała.
     - Nie chciałam rozmawiać o sabacie przy nim, ponieważ wiem, że bardzo przejąłby się tym, że Cauda może i mi zagrozić. Wiemy, kim ona jest i uwierz mi córciu… to nie jest zwykły demon. To wcielone zło – popatrzyła na nią z przejęciem. Ugryzła delikatnie wargę – Porozmawiamy o tym więcej później. Uważaj na siebie i odpoczywaj. A! I możesz wziąć coś z mojej szafy, niekoniecznie to duże futro. Mam więcej, o wiele ciekawszych strojów – to rzekłszy zniknęła za przejściem, a ono zniknęło. Runy rozwiały się po pokoju i rozległ się niesamowity huk.
     Dziewczyna została sama w wielkim mieszkaniu, ukrytym pod zaspami śniegu i lodu. Trzymała nadal magiczny kalejdoskop w ręku. Kusiło ją, aby go użyć, zobaczyć jak to wygląda, ale wolała się wstrzymać. Fałszywy alarm byłby najgorszą rzeczą, jaką mogłaby zrobić. Udała się do pokoju Vidomii i zaczęła szukać odpowiedniego dla siebie stroju.
     I o dziwo, znalazła. Była to ładna, koszula z bufiastymi rękawami, a do tego futrzany płaszcz w granatowym kolorze. Obejrzawszy się w lustrze, po raz pierwszy od dłuższego czasu powiedziała o sobie „ładna”. Rozpuściła nawet włosy i za pomocą sprzętu od matki, pofalowała je. Tak teraz długa, prosta grzywka nie przysłaniała prawego oka całkowicie. Było ono lekko odsłonięte pod falistym kosmykiem jej włosów. Z tyłu, sięgały one barków. Zaryzykowała ona nawet delikatnym makijażem, podkreślając swoje usta i oczy. Był to błąd, bo widząc swoje piękno, kobieta rozpłakała się. Coś mocnego ukuło ją w środku, konkretniej w sercu. Przypomniała sobie pewną osobę, bardzo straszną dla niej, która wyrządziła jej liczne szkody. Nie wiedziała czemu, ale jej piękno, kobiecość, były dla niej teraz bólem nie do zniesienia. Zawyła głośno, rozmazując cały makijaż. Minęło wiele godzin nim doszła do siebie. Udało jej się też zakryć to cierpienie przed własną matką, choć i tak po powrocie coś podejrzewała.  
     Po godzinach długich poszukiwań, zdołali jedynie ustalić, że imię tego demona - Utopek – było jedynie swego rodzaju pseudonimem. Tak przynajmniej wyczytali w jednej z ksiąg, gdzie widniał wizerunek demona rzecznego, bardzo przypominający ten od Marry. W demonologu, opisywany był jako Zły Władca Rzek, demon potopów i powodzi. Porywa dzieci dla pożywienia, ale także aby zbudować swój statek, Arkę, która ułatwiłaby mu zahipnotyzowanie swoją muzyką całej ludzkości. Miałby to być koniec świata. Pokonać go, uwrażliwić na zranienie, może jedynie wypowiedzenie jego prawdziwego imienia. Sęk w tym, że nikt go nie zna.

6
     20 grudnia
     Zmęczone mięśnie, zesztywniałe kości. Ogromne sińce oraz buły pod oczami oraz ten chłód, który doskwierał Davidowi, były nieznośne. Mało powiedziane – gdyby miał siły, ryczałby, wrzeszczał i płakał. Wszystko naraz. Jego całe ciało było ociężałe. Nie mógł się ruszyć, żeby nie poczuć przeszywającego bólu. Mimo takiego stanu, cały czas myślał o reszcie, która za nim tutaj przyszła. Patrick siedział w celi naprzeciwko. Patrzyli na siebie często, ale nie wypowiadali ani jednego słowa. Cieszył się w duchu, że tylko on obrywał. Że tylko on cierpiał katusze. Nie zmieniało to jednak faktu, że oni również wkrótce umrą.
     Dzień wcześniej, po raz pierwszy na swojej karze dostał Goliata. Wtedy też David uznał, że gdyby miał z nim do czynienia od początku, to zmarłby po dwóch dniach. Sieczkę, którą urządził mu umięśniony mężczyzna z maską, była nie do opisania. Już teraz rozumiał, dlaczego on był koszmarem dla więźniów oraz dezerterów. Rozumiał także, skąd wzięła się nazwa Pandemonium dla odbywanych kar.
     Tego dnia, David leżał na wpół przytomny i obserwował pustą ścianę. Pozbawiony był emocji i jakiegokolwiek czucia. Wszystko tłumiło okropny ból. Wiedział, ze nadszedł dzisiaj ten dzień, w którym miało się to skończyć. Już nawet nie liczył na ratunek. Dla niego liczyła się tylko śmierć.
     A gdy o tym pomyślał, przyszła mu do głowy postać Kuro. Jego stary przyjaciel, który tak samo jak on musiał gnić w tamtym przytułku. Chociaż, słowo „gnić” było niezbyt trafne. Życie pod dachem Marry Jane było jednym z milszych doświadczeń. Bardziej chodziło mu o fakt, że nie mógł w życiu zrobić nic bardziej ambitnego. Skazany był na ciężką pracę, dlatego zazdrościł Kuro ustatkowania. Zarazem szanował go za to, że odrzucił swoje dawniejsze życie, tylko po to, aby ich chronić.
     Do celi wparował żołnierz i zabrał Davida pod ramię, ale od razu zorientował się, że nie jest on w stanie chodzić. Zawołał po towarzyszy, aby zabrali nosze. On w tym czasie rozmyślał o czasach, kiedy poznali się razem z Kuro. Próbował się uśmiechnąć, ale nie potrafił. Za to łzy spływały mu same po policzkach…
     I to prawdopodobnie one sprowadziły Kuro do świata żywych, ponieważ w tym samym czasie, chłopak poderwał się z łóżka, cały wystraszony. Loli, która przysypiała na krześle, odskoczyła od niego. Odrzucił od siebie kołdrę i usiadł na brzegu, odsłaniając dziewczynie swój tatuaż na plecach. Pomasował sobie głowę, układając myśli. Widział w nich Davida, który był w ciężkim stanie. Oddychał szybko, ponieważ nie mógł nadążyć nad nadmiarem informacji. Wszystko stawało się jasne.
     On, Patrick, David oraz Eddie. Byli najlepszymi przyjaciółmi, jak jeszcze tutaj żył. Wszystkie wspomnienia wróciły – te dobre, jak i te złe. Nie wiedział, czy był to odpowiedni moment, ale roześmiał się. Czuł, że teraz mógł widzieć więcej, rozumieć znacznie więcej.  Kiedyś jego umysł był lotny, nikły. A teraz śmiał się tego. W szczególności z porównania, które przyszło mu do głowy. Uważał, że kiedyś przez swój umysł, znajdował się cały czas w martwym punkcie. Omijało go większość rzeczy. Był ograniczony i słaby. A teraz?
     Przypomniał sobie czyjejś słowa. „Nazywam to Darem, ponieważ moje życie jest nieco łatwiejsze dzięki niemu”. W końcu je zrozumiał.
     - Teraz to ja, jestem dla nich Martwym Punktem, haha! - znowu się roześmiał. Ta mądrość nie tyle co go fascynowała, ale wypełniała każdy zakamarek jego ciała. Dlaczego był Martwym Punktem? Z tego względu, że mógł wyprzedzić ich o każdy, najmniejszy krok. Kogo?
     Swoich wrogów.
     - Wszystko w porządku? - z zamyśleń wyrwał go dziewczęcy głos. Popatrzył w tamtą stronę. Rozpromienił się widząc Loli u jego boku. Odsłonił swoje białe zęby w szerokim uśmiechu i rzucił się na nią, tuląc ją.
     - Dziękuje, że się mną opiekowałaś – kiedyś, może by odrzuciła go na drugą ścianę, ale teraz jej to nie przeszkadzało. Nawet można rzec, że się to podobało – Powiedz mi, gdzie ma broń?
     - Po co ci ona? - zapytała, domyślając się odpowiedzi. Ruszył do drzwi, poprawiając bokserki na sobie. Popatrzył na nią buntowniczo.
     - Jak to „po co”? Muszę uratować swoich przyjaciół, czyż nie?

Dodaj komentarz