Krew cz 1

                                            Krew

Niebo zakrywały ciężkie chmury. Ale w mediach nie zapowiadano deszczu. Ona lubiła słońce. Nie była w tym odosobniona. Większość normalnych ludzi wolała słoneczny dzień niż pochmurny.    Teraz nie widziała nieba. Siedziała w mrocznym barze i piła trzecią whiskey z lodem. Z jedną kostką. Typowo męski napój. A ona była bardzo kobieca. Nie znosiła tego świata. Już dawno. Może od urodzenia...  
Dlaczego? Bo wszystko co zaczynała, robiła i będzie robiła nie wyjdzie. Nie chodziło o to, że jest negatywna. Teoretycznie mogło się coś w końcu udać. Ale do tej pory się jeszcze nigdy nie udało. Nawet teraz. Nie jadła śniadania, ani obiadu. Nie dlatego, że nie miała pieniędzy. Chciała się upić.
Pomyślała, że na pusty żołądek, uda się. Nie przyszła tu w żadnym innym celu. To już przerabiała.
     Kiedyś przyszła by kogoś poznać. Kogokolwiek. Nic z tego nie wyszło. Miała dwadzieścia lat. Miała kilku znajomych. Nigdy przyjaciela, nigdy chłopaka, nigdy dziewczyny.  
Wyglądała przeciętnie. Brązowe oczy. Brązowe włosy. 160 centymetrów wzrostu, ważyła 48 kilogramów. Miała dwie nogi, dwie ręce. Wszystko na miejscu. Nie określała się jako brzydka. Nie uważała się za piękną.  
      Tamtego dnia nikt nie podszedł. Nikt. Ona podeszła do baru, żeby zamówić kobiecy drink. Wódkę z sokiem pomarańczowym. Sączyła napój siedząc i wpatrując się w butelki ustawione na półkach. Liczyła, że ktoś podejdzie. Ubrała się nawet lepiej. Założyła spódnicę i obcisłą bluzkę, żeby podkreślić dużą kulistą trójkę, albo kubki C. Podmalowała się nieco mocniej. Nic.  
     Bywała już w kilku innych barach. Wszystkie wyglądały podobnie. Nie żeby nigdy, nikt nie podszedł. Były takie przypadki. Ale nie pasowały do oczekiwań. Dzisiaj chciala się upić. Gdyby ktoś podszedł... Po co? Chciała się upić. Ale zgodnie z przewidywaniem, nie zdoła. Czemu?
To było trudne pytanie. Coś pewnie przeszkodzi. Jak zawsze.  
Wypiła trzecią szklankę. Powinna być już pijana, ale czuła jedynie, że jest lekko wstawiona. Wstała, żeby zamówić czwartą kolejkę, bo barman się jakoś nie kwapił by podejść. Miała cztery metry do baru kiedy zgasły światła. Po kilku sekundach zapaliły się alarmowe.
— Zamykamy, awaria prądu — rzekł barman, kiedy podeszła.
— Chcę jeszcze jedną whiskey. Znasz mnie. Często tu bywam.
— Nic z tego. Kasa nie działa.
— Zapłacę gotówką.
     Uśmiechnął się.
— Dawn, naprawdę nie mogę. To nie mój bar. Poza tym, masz już dość. Wypiłaś już trzy szklanki czystej whiskey...
     Szatynka zwlokła się z krzesła.
— Zawsze tak będzie? — zapytała w pustkę.
     Wróciła do domu taksówką. Usiadła na łóżku i patrzyła na lekko przybrudzoną ścianę...

Obudziła się przed siódmą. Pracę zaczynała o ósmej trzydzieści. Zrobila sobie tost z żółtym serem i drugi z jajkiem. Wypiła gorzką kawę. Wrzuciła statki do zlewu. Miała na sobie ciągle bieliznę do spania. Krótkie szorty w czerwono-czarną kratkę i białą koszulkę. Weszła do łazienki i po zdjęciu bielizny, wskoczyła pod prysznic. Specjalnie nie myślała, że chce się umyć. Kiedyś tak zrobiła i zabrakło wody. Musiała wyjść, w połowie pokryta pianą.  
     Spłukała ciało i wytarła je ręcznikiem. Specjalnie nie dbała o ciało, ale nie wygladało źle. Zupełnie przeciętnie, tak sądziła.  
Pracowała w Mc Donaldzie. Jadła fast-food, ale nie zauważyła żadnych negatywnych zmian na zdrowiu.  
Ubrała się w błękitne, lekko wypłowiałe ze starości jeansy i żółtą bluzkę z bawełny.
Wyszła na dwór. Zapaliła papierosa. Paliła paczkę na dwa dni.  Zaczęło się to kiedy miała dwanaście lat. Rówieśnicy palili, więc ona także zaczęła. Chciała być jak wszyscy. I była. Zasadniczo nie różniła się niczym, poza tym, że nigdy nie wychodziły jej żadne plany lub to co wiedziała, że chce zrobić.
Dotarła do restauracji dwadzieścia po ósmej. Przebrała się w obowiązujące ubranie robocze.  
— Hej, Dawn — zawołał brygadzista zmiany, 250 funtowy Joe.  
— Hej. Co jest?
     Zwykle bez powodu się nie odzywał.  
— Biuro przysłało, że musisz iść na badania krwi. Zalegasz z tym już trzy miesiące.
— Och, te przepisy. Będę miała zapłacone?
— Nie wiem. Wyślę do nich wiadomość. Tu niedaleko jest przychodnia. Masz aktualną kartę zdrowia i ubezpieczenie?
— Tak, mam.
     Musiała z powrotem się przebrać. Po kwadransie siedziała już w przychodni. Miała numer cztery.
Po dziesięciu minutach pani w średnim wieku już przygotowywała igłę.
— To nie będzie bolało, kochanie.
     Dawn spojrzała na nią inaczej.
— Kochanie? Przecież mnie nie znasz?
     Filipinka zmróżyła oczy.
— Chyba cię nie uraziłam? Mówię do pacjętów: słonko, droga, kochana. Taka jestem, przeważnie nikt nic nie mówi.
— Aha, rozumiem. To chyba fajnie być kochanym.
     Kobieta zatrzymała strzykawkę w górze.
— Jesteś młoda i nic ci nie brakuje... Nie masz nikogo?
— Nie. Ani wrogów, ani przyjaciół. To nie wychodzi. Tak już mam.
— Będzie lepiej — powiedziała kobieta i delikatnie wbiła igłę.
     Już po wszystkim. Wyniki dostaną za dwa dni.  
— Dzięki, jesteś miła. Marie-ann — przeczytała imię pielęgniarki.
     Wróciła do pracy po czterdziestu pięciu minutach. Przebrała się i zaczęła wydawać big mac- ki i frytki.  

Dwa następne dni minęły jak wszystkie pozostałe z jej poprzednich dwadziestu lat. Szare i zwykle. W połowie zmiany zawołał ją Wielki Joe do swojego małego biura.
— Co jest, Joe?
     Chłopak miał niewyraźną minę, co nie zdarzało mu się często.
— Dzwonili z biura. Coś nie tak z twoimi wynikami.
— Pracy — zdziwiła się Dawn.
— Nie, pracy. Z wynikami badania krwi.  
— Kiedy mam tam jechać? Znowu obetną mi dniówkę?
— Jak najszybciej. Dzisiaj ci zapłacą, tak napisali.
     Dawn niechętnie przebrała się w normalne ubranie. Coś nowego, pomyśłała.
Dotarła do głównego biura Mc Donalda w mieście po godzinie. Szybko skierowano ją do odpowiedniego pokoju. Na drzwiach wisiała plakietka z nazwiskiem Jeff Thompson. Generalny menager.  
Ciekawe ile zarabia, pomyślała szatynka. W takim wielkim mieście jak Miami.
     Jeff miał koło pięćdziesiątki.
— Proszę siadać panno, Fox. Mogę mówić do pani, Dawn?
— Proszę. Czy mogę wiedzieć co się stało?
— Tak, oczywiście.
     Kręcił się nerwowo i co jakiś czas spoglądał to na nią, to na wyniki.
— Przykro mi...
— Zwalniacie mnie? Przecież nie musiałam się tu fatygować. Tylko nie wiem co zrobiłam?
— Jest pani chora. Według wyników badania krwi, ma pani raka.  
     Dawn przełknęła ślinę.
— Raka? Czego?
— To właśnie jest dziwne. Za kilka minut przyjedzie po panią samochód. Chcielibyśmy zrobić z tego sprawę publiczną. Ludzie sądzą, że Mc Donald jest bogatą firmą, truje ludzi złym jedzeniem i nie dba o pracowników. Chcemy pokazać, że jest inaczej.
— To znaczy? Czuję się normalnie. Nic mnie nie boli.
— Właśnie to chcemy zbadać. Pani wyniki krwi mówią, że nie powinna pani już żyć. Wszystko jest nie tak. Czerwone krwinki, białe. Hemoglobina. Leukocyty, wszystko. Dziwne, że krew jest czerwona.
Takie badania są bardzo kosztowne, ale my zapłacimy. Zgadza się pani?
— A czy to można wyleczyć?
— O tym porozmawia pani, panno Dawn, z lekarzem w ośrodku.
     Dziewczyna poczuła się dziwnie. Głównie z powodu ich zaangażowania. Istotnie sądziła, że firma jest taka jak ją określił Thompson. Po kwadransie przyjechał Lincoln Town Car. Limuzyna. Kierowca zrobił jej zdjęcie, kiedy  wsiadała. W środku siedział mężczyzna około trzydziestoletni. Ubrany nienagannie. W drogie, wełniane spodnie, buty ze skóry krokodyla i białą koszulę z dużymi złotymi spinkami.
— Proszę usiąść, panienko Fox. Mogę mówić Dawn?  
— Proszę.
— Jestem George Haxley. Genaralny menager Mc Donalda na Amerykę Północną.
     Dziewczyna poczuła się nieco oszołomiona.
— Nie rozumiem dlaczego? Przecież wkrótce umrą.  
     Spojrzała na młodego mężczyznę i zaczęła się śmiać. George miał zakłopotanie na twarzy.
— Co cię rozśmieszyło, Dawn?
— Do tej pory nic mi nie wychodziło. Ale teraz mi wyjdzie. Jestem chora i umrę.  
— Większość ludzi nie cieszy się słysząc, że ma raka.
— To prawdopodobnie racja. Ma pan tu barek, George?
— W zasadzie nie powinienem. Muszę zadzwonić. Mają ci przeprowadzić kompleksowe badania.  
     Wyjął komórkę i zadzwonił.
— Tu George. Jestem z Dawn Fox. Chce się czegoś napić...
     George spojrzał na dziewczynę i oddał jej komórkę.
— To główny lekarz ośrodka, doktor Carol Kruger.
— Halo — powiedziała Dawn.
— Hej, Panienko Fox. Przykro mi, ale nie powinna pani pić alkoholu. Dopiero po badaniach.
— Rozumiem.
— Mogę jeszcze rozmawiać z panem Haxleyem?
     Dziewczyna oddała mu słuchawkę. Nic nie powiedział, tylko słuchał i obserwował dziewczynę.
W końcu zakończył rozmowę.
— Długo pracujesz u nas, Dawn?
— Dwa lata.  
— Jesteś zadowolona z pracy?
— Nie jest najgorzej. Nie bywam zadowolona z niczego. Niezadowolona również. Ciężko mi to wytłumaczyć.  
     Wtuliła się w skórzane siedzenie. Umrę, pomyślała. Mimo, że nie chciała, uśmiechnęła się.
     Dojechali po kwadransie. Zobaczyła duży oszklony budynek. Nigdzie nie widziała znaku firmy. Wysiedli w podziemnym garażu.
— Czy potem ktoś mnie odwiezie do domu? Nie wiem gdzie jestem.
— Oczywiście. Ale z tego co wiem, będzie tu pani trzy dni.
     Uniosła brwi.
— Trzy dni? A gdzie będę spać?
— Tutaj. Mamy tu ładne pokoje. Porozmawiasz o tym z doktor Kruger. Carol jest miła. Zobaczysz.
     Dziewczyna pomyślała, że prawdopodobnie Haxley jest z nią zaprzyjaźniony.  
Pojechali windą na dwunaste piętro. Po chwili dotarli do dużego, oszklonego pokoju. Takiego wyposażenia, Dawn nigdy nie widziała. Biały miękki dywan, szklany stół i krzesła zrobione z czegoś bardzo przypominającego skórę, ale fotel dopasował się po chwili, do jej ciała. Do pokoju weszła smukła, długonoga brunetka. Biały fartuch sięgał nieco przed jej kolana. Miała świetne skórzane szpilki. Mimo tego, szła jak rasowa klacz. Nie stawiała stóp całkiem do środka jak robią to modelki, ale szła naprawdę zgrabnie. Posłała Dawn czarujący uśmiech.
— Jestem Carol, doktor Carol Kruger. Wyglądasz dobrze.
     Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie.
— To pierwszy komplement jaki otrzymałam.
— Dzisiaj? — zapytała Carol.
— Nie. W życiu.
     Carol znowu się uśmiechnęła.
— Powiedziałam to z uwagi na wyniki jakie odczytałam. Poza tym, wyglądasz, dobrze  — znowu się uśmiechnęła.
— Ma pani ładny uśmiech.
— Mów mi Carol, tak będzie wygodniej.
— Będziecie mnie badać?
— Tak, bardzo dokładnie. Mamy tu dość nowoczesne laboratorium.
— Czy to będzie bolesne?
— Kiedy będzie, damy ci środki znieczulające.  
— Tak tylko pytam. Byłam raz u dentysty i nic nie czułam.
— Dostałaś pewnie znieczulenie.
— Pewnie dlatego. Podobno mam raka. Czego?
— Sprawdzimy.
— Czy spróbujecie mnie leczyć?
— Najpierw musimy postawić diagnozę. Wszystko jest indywidualne. Z wyników wnioskujemy, że to rak krwi. Ale w tym stadium prawdopodobnie wiele organów jest już zaatakowanych. Wyglądasz na pogodzoną z losem. Musimy wykluczyć pomyłkę. Był już przypadek, że pomylono wyniki. Człowiek wydał wszystkie pieniądze, kiedy dowiedział się że jest chory, a potem nadal żył. Po pół roku okazało się, że zaszła pomyłka. Ta druga osoba, dawno już zmarła. Wyglądasz na pogodzoną z losem.
— Nie. Wiem co usłyszałam, ale czuję się normalnie, to prawda.
— Pójdziesz ze mną. Damy ci ubranie. Będę przy tobie.  
     Wyszły z pokoju. Korytarz był oświetlony łagodnym światłem, o delikatnym błękitnym odcieniu. Weszły do małego pokoju.
— Tu masz ubranie.
     Carol wyszła. Dawn przeczytała instrukcję. Miała rozebrać się do naga, zdjąć biżuterię i wszystko z metalu. Zrobiła to, chociaż posiadała tylko jedną tytanową obrączkę. Na włosy założyła cienką siatkę. Weszła do sporego laboratorium. Poza Carol, dostrzegła tu dwóch mężczyzn. Jeden nieco starszy od doktor Kruger, drugi około sześćdziesiątki. Poza nimi były tu dwie młode kobiety. Doktor Kruger podeszła do niej ze starszym mężczyzną.
— To profesor Arnold Weissmaster. Tamten młodszy mężczyzna to jego asystent, doktor Robin Mayer.  
— Pan jest Niemcem, a pan Mayer, Austriakiem?
     Starszy człowiek spojrzał uważnie na Dawn.
— Tak, zgadza się. Czytała pani o nas w magazynie Lancet?
— Nie, po prostu zgadłam.  
— Znakomicie. Zrobimy badanie krwi. Potem dokładną fotografię pani wnętrza. Całkiem bezbolesną metodą. To dosyć zaawansowana technologia.  
Carol poprosiła Dawn, by usiadła. Jedna z kobiet dotknęła delikatnie jej palca. Dziewczyna nic nie poczuła. Po chwili położyła się na wskazanym łóżku. Poprawiła fartuch, bo chciała mieć pewność, że jest całkiem zakryta. Po chwili pojawiła się nad nią dziwna maszyna. Zbliżyła się do jej ciała na około pół metra. Poczuła subtelne mrowienie. Leżała bez ruchu. Miała ochotę zapalić, ale oczywiście nie mogła. Prawdopodobnie leżała tak pół godziny. Maszyna się uniosła i odjechała na szynach, umieszczonych na suficie w bok.
— Możesz ze mną iść do drugiego pomieszczenia, chce cię zbadać?
— Znaczy?
— Okolice brzuszną, intymną. Płuca, serce. Resztę badań ogólnych. Z uwagi na pierwsze, zrobię to sama. Zgadzasz się?
— Ma pani te specjalności?
— Jestem neurochirurgiem, ginekologiem i hematologiem czyli zajmuję się krwią. Robiłam z tych trzech kierunków, doktoraty — uśmiechnęła się.
— Czy coś już wiecie?...
— Sporo. Zgadzasz się, bo nie powiedziałaś?
— Tak. Nigdy jeszcze nie byłam u lekarza, od czasu szkoły.
     Weszły do mniejszego pomieszczenia. Carol poprosiła by Dawn położyła się na leżance.

117 czyt.
100%42
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 2410 słów i 14106 znaków, zaktualizował 18 kwi o 3:45

Komentarze (2)

 
  • Almach99

    Almach99 6 dni temu

    I znowu tak smutno sie zaczyna...

  • angie

    angie 17 kwi 11:45

    Zaczyna się ciekawie. Krótkie, urywane zdania wprowadzają atmosferę niepokoju. Tylko usun poczatek, bo się zdublował. ☺