Dramione - niechciany obrońca rozdział 27

- Dzisiejsza misja ma za zadane odbicie Hermiony i Chalie’go z rąk Sami – Wiecie – Kogo! Misja jest niebezpieczna, aczkolwiek nieniewykonalna. Nasz informator podał nam właśnie ten czas, jako najlepszy do wykonania, twierdząc, że Śmierciożercy będą zmęczeni jeszcze wczorajszym przyjęciem. Czeka nas walka na śmierć i życie, tym razem nikt z nas nie może zawieść – powiedziała twardo profesor McGonagall, patrząc po poważnych twarzach zebranych przed nią członków Zakonu Feniksa. Wszystkim było niesamowicie zimno, bo oprócz nieprzyjemnego śniegu, który cały czas sypał im w oczy, ich ubraniami szarpał również lodowaty wiatr, gdy stali na wzgórzu nieopodal Nory, z którego mieli przenieść się na Wyspę Rozpaczy. – Teraz rozdam wam pergaminy, na których wypisane są koordynaty dotyczące lokalizacji miejsca przetrzymywania naszych przyjaciół. Teleportujecie się tam w odstępach półminutowych. Na miejscu tuż po wylądowaniu, robicie natychmiast miejsce dla kolejnej osoby. Różdżki cały czas trzymać w pogotowiu!
W ogólnym zamieszaniu, jakie powstało przy tak dużej teleportacji, nikt nie zauważył, że jedna postać odłączyła się od grupy i na miejsce przybyła leciutko spóźniona.
- Słuchajcie teraz uważnie. Nie wiemy dokładnie, jakie siły do walki z nami rzuci Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, dlatego musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Idziemy zwartą grupą, gotową na odparcie każdego ataku, wszyscy ubezpieczają wszystkich, nie chcę tu widzieć żadnego wyłamywania się od przyjętych reguł. Czy to jasne? – powiedziała surowo nauczycielka transmutacji, trochę dłużej przyglądając się Ronaldowi i posępnemu Bułgarowi.

- Hermiono, wstawaj natychmiast! – przejęty Draco potrząsnął mocno ramieniem śpiącej koło niego dziewczyny. Gdy ta tylko otwarła oczy, powiedział – Czarny Pan nas wszystkich wzywa. Lepiej się przyszykuj!... Kocham cię!
Spojrzała na niego i jak na swój stan dość szybko wyskoczyła z łóżka. Z niewielkim trudem naciągnęła magicznie poszerzone spodnie, koszulkę i dwie bluzy, bo nagle zrobiło jej się strasznie zimno. Z przejęciem wsłuchiwała się w nerwowe nawoływania Śmierciożerców płynące z korytarza i pospieszne kroki. Domyśliła się, ze Zakon jest już pewnie w pobliżu zamku.
Tymczasem Dracon niemal biegł w stronę Sali Tronowej, do której wezwał wszystkich swoich popleczników Voldemort. Gdy przybył zdyszany na miejsce, jeszcze chyba nigdy w swoim życiu nie widział czarnoksiężnika aż tak wściekłego!
- Banda nieudaczników! Pozwoliliście, aby szpieg Pottera przez cały czas przebywał w naszych szeregach, przez co aktualnie jesteśmy atakowani przez Zakon! – wrzasnął wężolicy mag do swoich ludzi, a jego oczy miotały błyskawice. – Rozprawię się z wami, kretyni, gdy tylko tamci zginą! Potter jest mój, ale z resztą róbcie, co chcecie! Dracon! Przyprowadź mi tu tę szlamę! McNair! Sprowadź Weasleya! Ta banda nieudaczników popatrzy sobie na ich śmierć!
Młody arystokrata obrócił się na pięcie i wypadł na korytarz. Z parteru dobiegł go huk wyważonych drzwi. Zahamował przy balustradzie schodów i zerknął w dół. Członkowie bandy Pottera wdarli się już do środka. Wiedział, że do głównej walki zostało mu już niewiele czasu! Puścił się pędem w stronę swoich komnat i nie zważając już na nic, kopniakiem otworzył drzwi. Przestraszona Gryfonka podskoczyła na sofie.
- Idziemy! – zażądał zimno, chociaż jego wzrok doskonale wyrażał jego strach i troskę. – Obiecuję ci, że nic ci się nie stanie! – chwycił ją mocno za rękę i pociągnął w stronę komnaty tronowej. Dobiegając do niej, usłyszał krzyki i kroki na schodach prowadzących na piętro. Pchnął brunetkę do środka i złapał za jedno skrzydło drzwi, ciągnąc je ku sobie. Wkrótce sala została zapieczętowana zaklęciami, a wszyscy Śmierciożercy skupili się przy Voldemorcie. Draco zauważył mimochodem, ze w komnacie zgromadzili się sami najznamienitsi czarodzieje służący u boku Czarnego Pana.
- Cwany chwyt – pomyślał, zdając sobie sprawę, że członkom Zakonu z trudem przyjdzie przedostać się do Głównego Śmierciożercy. Ciągnąc przerażoną Hermionę za sobą, stanął u boku Zabiniego. Położył jej rękę na ramieniu. Dla innych gest ten mógł oznaczać jedno: „Siedź na miejscu, szmato!”, dla nich obojga był czułym poświadczeniem oddania.
Wszyscy drgnęli nerwowo, gdy na korytarzu za drzwiami rozległ się potężny huk, od którego zatrzęsły się kryształowe kandelabry w komnacie.
- Jeśli któryś z was choćby pomyśli o ucieczce, własnoręcznie go zabiję! – syknął Voldemort, a wszystkich przeszły ciarki strachu, gdy zrozumieli, że nie są to żarty! Kolejny huk sprawił, że potężne odrzwia zatrzęsły się w zawiasach, a ze ściany posypał się tynk. Zamigotały roztańczone płomienie świec, rzucając dziwne rozedrgane cienie na zebranych w pomieszczeniu ludzi. Uwidoczniły brzydotę rysów Czarnego Pana, oświetliły rany Charlie’go, rozjaśniły platynowe włosy Dracona i jego ojca, wreszcie nadały włosom Hermiony lekko złotego poblasku.
- Różdżki w górę! – zakomenderował Czarny Pan, samemu wyciągając zza pazuchy długi srebrny patyk. W chwilę później drzwi z łoskotem wyleciały z zawiasów, wpuszczając do środka zimne powietrze, od którego pogasło połowę świec, kurz i pył oraz lekko umorusany Zakon Feniksa. Niewiele myśląc, Draco pchnął dziewczynę w stronę najbliższej ściany i mamrocząc po cichu zaklęcie, schował ją przed wzrokiem innych i otulił magiczną barierą.
- Zostań tam, gdzie jesteś! – polecił jej, używając do tego legilimencji.
Ludzie wsypali się do środka. Niektórzy natychmiast zauważyli skrępowanego Charlie’go, inni po prostu uważnie oceniali swe szanse w starciu ze znienawidzonym przeciwnikiem. Na ich czoło wysunął się Harry wraz z Ronem, McGonagall, Slughornem i Krumem. Na jego widok u skrytej Gryfonki żołądek wykonał nagły skręt, lecz gdy spojrzała na dzielnego Ślizgona, to serce się w niej odezwało mocniejszym uderzeniem. To dało jej ostateczne przeświadczenie o tym, którego z nich prawdziwie kocha.
- Wreszcie się spotykamy, Harry Potterze – powiedział cicho Voldemort, patrząc swymi wężowymi oczami na czarnowłosego młodzieńca z blizną w kształcie błyskawicy na czole. – Jak to się stało, że tyle razy uniknąłeś śmierci z mych rąk?
- Nie wiem – odparł Potter, lekko wzruszając ramionami. – Ale tym razem już jeden z nas zginie i bynajmniej nie będę to ja!
- Bezczelnyś! – rzekł spokojnie czarnoksiężnik. – Lecz ciekaw jestem, jak się zachowasz, gdy twa najbliższa przyjaciółka stanie oko w oko ze śmiercią.
- Nie ma jej tu! – odezwał się lekko piskliwie Ron.
Śmierciożercy rozejrzeli się niepewnie dokoła. Przecież wszyscy na własne oczy widzieli, jak syn jednego z nich sprowadził ją tu na rozkaz ich pana.
- Co żeś z nią uczynił, chłopcze? – zapytał cicho mag, postępując groźnie ku blondynowi. Ten wycelował w niego różdżką i zaczął cofać się ku Zakonowi.
- Ukryłem ją, byś nie uczynił jej krzywdy. Przez cały czas byłeś ślepy i nie dostrzegałeś tego, że to ja byłem szpiegiem Zakonu! – powiedział Draco, stając obok Potter’a. Widział, jak oczy Voldemorta rozszerzają się ze zdumienia, a przez płaską twarz mężczyzny przebiega grymas wściekłości. Nagle został ugodzony zaklęciem w plecy i upadł na twarz. Ktoś przekroczył jego obezwładnione ciało, stając u boku Czarnego Pana. Wtedy też w komnacie rozległ się wrzask Weasley’ów:
- Nie! Percy!
Powalony Dracon uniósł lekko głowę, dostrzegając rogowe okulary i pyszałkowaty uśmiech pompatycznego Weasley’a, którego zawsze najmocniej nienawidził. Wściekłość na młodego chłopaka była tak wielka, że blondyn przezwyciężył jego zaklęcie i płynnym ruchem podniósł się na równe nogi. Czyn ten sprawił, że zaklęcie Weasley’a zostało lekko odbite do tyłu, atakując tego, który je rzucił.
Rozzłoszczony Draco machnął swoją różdżką, przypuszczając gwałtowny atak na najbliższego Śmierciożercę. Inni natychmiast poszli za jego przykładem. Walka rozgorzała w ciągu kilku sekund.

532 czyt.
23338100% 2
elenawest

elenawest opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1418 słów i 8439 znaków. ·

Komentarze (1)

 
  • Juliaaajl

    Juliaaajl 8 stycznia

    Ojej! Nareszcie ! Cudownie. Koooocham. Czekam na next !!