Wyssane z... cz.4

Wyssane z... cz.4

Część 4 Królowa Białych Kitli

Strasznie pokaleczone i ledwo żywe Horse i Komediantka objęły się w oczekiwaniu na ostatni cios. Akcja nie poszła tak jak się spodziewały... Kraków okazał się pułapką - a teraz ich więzieniem.
Wampiry nie miały dla nich litości - stały się ciekawą rozrywką dla tych wypaczonych istot. Krwiopijcy zdzierali z nich skórę, łamali je kołem, rozrywali szczypcami piersi i łona, przypalali, wyrywali powieki. Ale zostawili żywe... ledwo żywe.
Co miało je czekać na koniec?
Nagle rozległy się strzały, strażnik upadł przeszyty osikowym kołkiem, a inne strzegące je wampiry uciekły. W drzwiach celi pojawił się młody człowiek, chyba medyk, za nim pojawił się przywódca wilkołaków.
— Jestem Thorr-Odyn — powiedział — pomogę... Kim jesteście?
To nie przypadek, że wilkołak, nosił imiona aż dwóch nordyckich bogów - ojca i syna. Miał się nie tylko za przywódcę lykan, ale też za ich boga i zbawiciela. Chory kult wspierała słynna Wilcza Wiedźma (której zabawny pseudonim - FikuMikari666 - kontrastował
swym idiotycznym brzmieniem z grozą jaką budziła), oraz jego matka a zarazem żona - wilczyca Lus, której imię często przekręcano z angielska na Lust (Żądza).
-Kim jesteście? - powtórzył Thorr-Odyn - władca, prorok i żywy bóg-opiekun Sfory.
—Ja jestem Horse, a to jest...
—Arlekin — dokończyła Komediantka gromiąc Horse strasznym wzrokiem swych teraz skrwawionych, pozbawionych powiek oczu — zwykła, zbuntowana wampirzyca jakich wiele...
Thorr pokiwał głową.
—Dacie radę iść?
Spróbowały... ale nie były w stanie... Ostatnim aktem świadomości Komediantka stworzyła dla nich lipne papiery, i zmieniła rozkaz egzekucji przy strażniku i z niezwykłą delikatnością skłoniła umysł Thorra-Odyna by tam zajrzał.
Pradawny wilkołak, zmęczony walką, nie spostrzegł tej manipulacji.
—Oddajcie je pod opiekę Nemo... ja muszę wreszcie iść się trochę przespać... wygrana nasza... niech Zimour zajmie się resztą... Komediantka osunęła się w otchłań nieświadomości, mimo braku powiek szczęśliwa, że unicestwiła znienawidzoną Ronię, a jednocześnie - jakimś cudem przeżyła... w ostatniej chwili tylko pewien cień przeszył jej myśli... rysunek dla Łba... jednak będzie musiała go zrobić...

* * *


-Czy taśmy dobrze go krępują? -spytała Wilka
-Tak – powiedziała White Queen – utrzymałyby nosorożca.
-Co z tymi jego jądrami?
-To jest dziwne – powiedziała doktor Zpez – tak jakby wszystko działało prawidłowo… ale brak odpowiedzi hormonalnej…
sonda wykazała też brak plemników w części sterczowej cewki moczowej…
-A jak tam odczyty? Elektrostymulacja?
-Nie... - odpowiedziała doktor Rover po raz setny znad elektrod - ani ciała jamiste, ani ciało gąbczaste nie napełniają
się krwią...
-Podałaś tlenek azotu?
-Podałam...
-Kantarydynę?
-Tak…
-Musimy dziś pobrać próbkę jego nasienia, bez względu na to czy mu stanie, czy mu nie stanie i w jaki sposób to zrobimy,  
nawet jakbyśmy miały go na nowo rozpłatać…
-ughhhhhhhmhm…
-Proszę mu poprawić ten knebel… - powiedziała doktor Zpez do pielęgniarki, po czym w stronę White Queen dodała - To
będzie trudne…
-Zwiększcie napięcie na elektrodach i dawkę kantarydyny.
-Gotowe.
-I co?
-I nic…
-On chce coś powiedzieć… Może zdjąć mu na chwilę knebel?
-Pewnie go po prostu boli… ma mnóstwo elektrod powbijanych w ciało i zwiększyliśmy napięcie… Czy ciała jamiste napełniają się krwią?
-Przepływ krwi nie zmieniony…
-Leży mu jak zdechły ślimak – westchnęła doktor White Queen.
"Trafne określenie” – pomyślała doktor Wilka – "rzeczywiście zdechły ślimak”.
-Trudno, trzeba będzie pobrać nasienie bezpośrednio z jąder…
-Ależ droga pani doktor… - wtrąciła Zpez – jeśli chcemy cokolwiek ustalić, o tych ponoć mitycznych właściwościach
nasienia wampirów, powinniśmy pobrać pełny ejakulat, na który jak wiadomo składają się wydzieliny nie tylko jąder ale
również najądrzy, gruczołów opuszkowo-cewkowych, prostaty itp.
-Wiem… ma pani inny pomysł?
-Nie. Ale myślę, żeby pozwolić mu mówić, może on ma…
-Dobra… zdejmijcie mu ten knebel na chwilę…
-...uff …nareszcie – westchnął wampir – elektrostymulacja nie pomoże, doktor Łeb to już sprawdzał… My wampiry mamy
zupełnie inną fizjologię niż Wasza, więc Wasze sposoby nie zadziałają…
-A jakie sposoby zadziałają?
-A co dostanę w zamian, jeśli Wam powiem?
Wilka żachnęła się:
-Patrzcie go, leży związany, rozkraczony na łasce naszych skalpelów, ze zdechłym ślimakiem zamiast penisa – ciągnęła doktor Wilka – a jeszcze warunki stawia!
-Stawiam warunki… bo to Wam zależy na moim nasieniu, a nie mnie…
-Nie wiesz, że jeśli elektrody nie pomogą, to będziemy Cię nakłuwać, kroić, odsysać, aż odciągniemy każdą kroplę każdej wydzieliny na której nam zależy? I same sobie je potem zmieszamy… – spytała jadowicie doktor Wilka.  

-Być może… ale nie będziecie wiedziały, czy mieszacie w dobrych proporcjach…
-Dobra… możemy Ci obiecać jedną rzecz, jeśli nam powiesz jak uzyskać wampirze nasienie, przeniesiemy Cię do naszej akademii, gdzie będziesz miał lepsze warunki, lepsze wyżywienie i nieco więcej swobody.
-Przysięga Pani, że przeniesiecie mnie do akademii i zapewnicie te lepsze warunki, jeśli powiem Wam jak wampira doprowadzić do erekcji? - spytał wampir z naciskiem na słowo "Przysięga”.
-Przysięgam. – powiedziała Wilka po chwili namysłu.
-Ok. To powiem Wam… Ale musicie wszystko spełnić dokładnie tak jak powiem inaczej nie zadziała…
-Tak?
-Dla wampirów jest kilka siedlisk ich mocy… jednym z nich są zęby… Erekcję u nas wywołuje kontakt z zębami partnerki...
-Gryziecie się po jajach? – zaśmiała się White Queen.
-Nie. Ale pieścimy się również zębami… wtedy następuje przepływ mocy i erekcja…
-Ta informacja jest dla nas bezużyteczna, bo nie ma tu żadnej wampirzej samicy…
-Myślę, że wystarczyłaby ludzka samica… choć efekt oczywiście będzie mniejszy…
Zapadła niezręczna cisza.
-To … spróbuje któraś z Pań? – spytał wampir delikatnie.
-A co mi tam – powiedziała White Queen – ja spróbuję, ale jeśli to nie pomoże osobiście Ci urwę tą fujarkę… albo odgryzę... niech się regeneruje od nowa…
White Queen przygryzła lekko penis Pawła po czym wyprostowała się i zapytała:
-Doktor Rover… czy są jakieś zmiany?
-Brak.
-Dajcie mi jakiś najbardziej tępy skalpel…
-Poczekaj… przepływ krwi się zwiększa…
Po chwili na oczach zafascynowanych kobiet przyczajony "zdechły ślimak” przeszedł cudowną metamorfozę w rozdygotany,  
twardy drąg.
-Super… - ucieszyła się Wilka – czy w części lędźwiowej rdzenia są już gotowe elektrody?
-Tak.
-Proszę przyłożyć minimalne napięcie do ośrodka ejakulacji…
-Jest minimalne napięcie…
-Proszę zwiększyć dawkę kantarydyny… Jak odczyty?
-Brak reakcji.
-Proszę zwiększyć napięcie.
-Zwiększone…
Choć wydawało się to nieprawdopodobne, penis wampira jeszcze bardziej się powiększył, szczególnie w swej końcowej
części, żołądź przybrała kształt lśniącej, napęczniałej kuli, wielkości ludzkiej pięści…
-Jak to się może zmieścić... – szepnęła doktor Rover. Zakryła szybko usta ręką. Po chwili dodała niepewnie –
powiedziałam to na głos?
-Tak, kochanie – powiedziała White Queen – ale nie martw się, każda z nas chyba myśli o tym samym.
-Dość tych pogaduszek… Jak odczyty?
-Erekcja rośnie… ale brak oznak nadchodzącej ejakulacji…
-O co chodzi? Powinien już dawno wytrysnąć…
-Wampirze – spytała nerwowo doktor Wilka – co trzeba zrobić, by doprowadzić Cię do ejakulacji…
-A tego to ja już zupełnie nie wiem – odpowiedział wampir chytrze się uśmiechając – naprawdę, w domysłach się gubię…

                                          ***

Profesor Łeb wyraźnie nudził się. Do pełnej realizacji jego planu brakowało mu paru elementów, przede wszystkim
natchnionych, magicznych rysunków Komediantki, a ta się ociągała z wykonaniem obietnicy. Nudę jak zwykle wypełniał
eksperymentami i… rozmyśleniami o Doktor Wilce.
-Coś mi zadała ta kobieta… - warknął zły na siebie. Przypomniał sobie Wilkę, unieruchomioną w jego pułapce i potrząsnął nerwowo głową, aby odgonić od siebie te myśli: -Mogłem ją wtedy… Zresztą to nie miałoby sensu… Zły na siebie zepsuł kolejny eksperyment, niemal podpalając swój fartuch (przy okazji spopielił jakiegoś przetrzymywanego przez siebie wampira, ale tym się zbytnio nie przejmował).
-Cóż robić… trzeba działać… Racjonalne myślenie przytłumiają mi atawistyczne emocje, więc trzeba z nimi zrobić porządek… zwalczyć je, albo im ulec… Dobra. Rzucę monetą, jeśli wypadnie orzeł zwalczę emocje rozumowaniem, jeśli wypadnie reszka, zwalczę je alkoholem, jeśli stanie na sztorc albo zawiśnie w powietrzu ulegnę tym emocjom… Łeb zawsze miał przy sobie specjalną monetę do takich rzutów. Przy rzutach nią zawsze wypadała reszka, więc Łeb już cieszył się na alkoholową libację. Podrzucił monetę w górę, obróciła się parę razy w powietrzu po czym szybko upadła… prosto w szparę
w podłodze i stanęła na sztorc.
-Cholera… chyba muszę powtórzyć rzut… warunki terenowe… zresztą co ja udaję… trzeba ulec tym emocjom by pokazać ich bezsens… pójdę do tej Doktor Wilki z bukietem, buahahaha… Bukiet w zimie? Po atomowej zagładzie?
Profesor Łeb był geniuszem, ale nie cudotwórcą. Mimo to poszukał w swoich szpargałach (i znalazł!) czasopismo o florystyce.
-O… to będzie dobre… bukiet z białego i czarnego bzu i kwiatów egzotycznych… Dobra… muszę wezwać pomocników… - powiedział i przeszedł do konsoli sterującej. Tam wybrał trzy obiekty eksperymentalne, do których miał podłączone zdalne sterowanie. W mechaniczny sposób trzy istoty podeszły do niego, widać było że każdy z nich walczy o wolność, by wyrwać się spod kontroli. Obiekty bez wyjątku były płci męskiej - dwóch z nich było wampirami, jeden o białej, drugi o żółtej cerze, trzeci był dhampirem o ciemnej jak heban skórze.
Wszyscy bez wyjątku byli nadzy, jak wszystkie sługi Łba.
-Ok. Jak to było? Hmm… - powiedział Łeb przyglądając się uważnie obrazkowi w czasopiśmie – biały bez, czarny bez i kwiaty egzotyczne… Taki bukiet powinien spodobać się każdej kobiecie… No dobra… to zaczynajmy…  
Łeb wziął nożyczki i podszedł do ciemnoskórego. Chwycił mocno za jego penis naciągnął go i uciął u samej nasady… Mimo potężnego mechanizmu kontroli, czarnoskóremu udało się wrzasnąć…
-No to jest już czarny bez… Teraz biały… trochę tępe te nożyczki cholera… o wreszcie jest biały bez… No a ten kwiat egzotyczny… hmmm… niech ja się przyjrzę jak on wygląda… o już wiem…
Łeb uśmiechnął się w stronę żółtoskórego – Twój żółty odcień skóry coś mi nasunął… Twój maluszek zostanie obdarty jak banan i zaszyty na końcach u odstawy żeby wyglądał jak ten kwiatek z ilustracji… poczekajcie tutaj muszę pójść po nici…
Łeb wrócił po chwili, rozciął skalpelem skórę prącia żółtoskórego, wywinął ją na drugą stronę i przyszył u nasady penisa, następnie wziął się za obdartą ze skóry część penisa, na początek odciął od reszty cewkę moczową z żołędzią, tworząc odpowiednik pręcika kwiatu, natomiast z ciał jamistych, wprawnym pociągnięciem nici stworzył odpowiednik słupka.
-Taaak… - popatrzył jeszcze raz na zdjęcie w czasopiśmie – idealnie.
W tym momencie do sali wszedł garbaty sługa Łba, Dave.
-Otrzymaliśmy wiadomość od Niej, Panie.
-Zajmij się tym bukietem… podlewaj, żeby nie usechł – wskazał na kanister ze spirytusem – ja wychodzę.
Ofiarowanie kwiatów Wilce... a raczej imitujących je okaleczonych "interesów" musiał odłożyć... teraz czekały go inne "interesy". Podlewane spirytusem przez Dave'a rany niewolników spowodowały, że profesora jeszcze długo gonił ich rozdzierający wrzask.

                                     ***

-Słucham, Wilka…
-Wampir uciekł…
-Jak to?
-Paweł Groźny otumanił jedną ze stażystek, niecnie wykorzystał inną i uciekł z akademii…
-Macie go w tej chwili znaleźć…

                                     ***

Wysoka, szczupła, o ciemnych brązowych włosach aż do pasa wampirzyca, zwana przez niektórych "Zdradziecką wampirzycą”,  
a przez swoją panią po prostu klaczą albo z angielska horse nie brała tym razem udziału w zabawie. Jej udział ograniczał
się do filmowania tej małej orgii, za co z rzadka była wynagradzana przez komediantkę za pomocą pilota, który włączał któryś z zanurzonych w ciele klaczy wibratorów.
Teraz Pani włączyła na pełną moc wibrator analny i dziewczyna z trudem utrzymywała kamerę, a jej dwie okrągłe półkule, które Komediantka tak lubiła męczyć i torturować falowały przy każdym dreszczu, który wstrząsał ciałem, a dreszcze, których źródłem była jędrna pupcia były tak silne, że z pewnością z filmu znowu będą nici… a było co filmować…
Rudowłosa Brunhilda zaczęła właśnie masować smukle plecy manny... z początku delikatnie… lecz powoli zwiększając siłę.
Ich Pani, Komediantka, w samej tylko masce arlekina, pozwalając pieścić swój srom językowi Luni, jednocześnie przyglądała się ze znudzeniem jak Brunhilda 88 zjeżdża dłońmi w dół, w okolice kości ogonowej, wylewa kolejną porcję olejku na dłonie i przechodzi na pośladki, zaczynając je miętosić. Manna 19 lekko rozszerzyła uda i przymknęła oczy.
-Luni… jesteś sthrasznie niewprawna… - powiedziała Komediantka i Unita Ari skuliła się pod ciężarem bólu spowodowanego przez niezadowolenie Pani. – nie wiesz zupełhnie jak pierścić kobiece ciało… Popatrz na nie…
Brunhilda po wymiętoszeniu jędrnych pośladków Manny przeszła dalej na uda i łydki, Manna westchnęła cicho.
-Luni nudzisz mhnie… W samym języku są podhpowiedzi jak kobiece ciało pierścić…. Trzeba tylko umieć język czythać...
Wiesz dlaczego to mhiejsce nazywa się Zamyk?
-Nie wiem, Pani, wybacz mi proszę moją ignorancję...
-Miłościwie wybaczam... Thym razem... Inni mówią zamek, ale ja wolę przywodzić phrawdziwe znaczenie... Zamyk, czyli coś co się zamyka, co jest zamknięte, co przechowuje coś cennego... Wiele słów zapomniano, ale pozostało jeszcze parę dhrogowskazów... Wiesz jak zwano kiedyś męski czhłonek?
-Nie wiem Pani...
-Naprawdę głupiutka z Ciebie dziewczynka... Zhwano go kuś... moja mała kusicielko - zaśmiała się Komediantka – czy teraz słowo kusicielka nie nabiera dla Ciebie nowego zhnaczenia?
-Tak, Pani...
-A pieścić... khiedyś mówiono jak ja... pierścić... ale to thrudno wymówić, więc o r zapomniano... zostało pieścić... nasi praojcowie zawarli w języku całą mapę drogową do khobiecego i męskiego ciała... bo piersi trzeba pierśćić... a coś innego z kolei trzeba delikatnie łechtać... Manna 19, Brunhildo 88, zabierzcie luni do lochu, na naukę naszego językha... A Ty klaczko zostaw tą kamerę i chodź tu do mnie... połechtaj mnie gdzie potrzeba i jak trzeba horse...
Muszę być w dobrym nastroju, bo wkrótce przybędą tu goście…

                                     ***

Zwycięstwo nad wampirami było zupełne. Wszystko szło zgodnie z planem. Doktor Wilka radosna i dumna z siebie i swych podwładnych z AMBU szła na spotkanie z przywódcą sprzymierzonych z ludźmi wilkołaków.
Po gorących powitaniach i winszowaniu sobie nawzajem zwycięstwa, Odyn przeszedł do rzeczy.
-Musicie zamknąć i zburzyć akademię...
-Jak to? - zdziwiła się Wilka.
-Ktoś przeniknął w szeregi studentów... Mówiąc ktoś mam na myśli wampira... mając na myśli jednego wampira widzę całe mnóstwo wampirów... musicie zburzyć akademię... - powtórzył Thorr-Odyn swym nawiedzonym proroczo-religijnym tonem.
-To niemożliwe... - oponowała Wilka - gdzie będą szkolić się młodzi lekarze?
-Jeśli Wy tego nie zrobicie... my to zrobimy... ale wtedy nie obejdzie się bez ofiar...
-Ale traktat...
-Właśnie traktat... Traktat zobowiązuje Was do pomagania nam a nie ukrywania wampirów w akademii... Jakoś sobie bez niej poradzicie... najważniejsze jest wybicie wampirów i nasz traktat o współpracy, prawda?
-Prawda...
-To mogę na Panią liczyć?
-Chyba nie mam wyboru...
-Wolałbym, żeby Pani to inaczej ujęła, zniszczenie Waszej akademii jest konieczne dla pełnego zwycięstwa... Prawda?
-Tak...
-To może Pani teraz wybrać... czy jesteście po stronie wampirów i ukrywacie ich w swojej akademii, czy staje Pani po stronie Przymierza, niszczycie akademię i pomagacie tropić wampiry. To co Pani wybiera - Przymierze czy Wampiry...
-Przymierze...
-To proszę zniszczyć tą akademię pełną wampirów...
-Dobrze...

                                     ***

Łeb wiedział, że już niewiele dzieli go od całości układanki. Prowadził sam, jazda samochodem pozwalała mu uporządkować rozbiegane myśli. Przypomniał sobie drogę jaką przeszedł.
Już przed wojną nie określano go praktycznie innym mianem niż "medyczny geniusz”. Jego zasługi nie ograniczały się do jednej gałęzi medycyny – obszar jego badań obejmował zarówno komórki macierzyste, telomery, jak i dna pozajądrowe.
W praktycznie każdej działce, jaką się zajmował dokonał przełomowych odkryć, jego metoda leczenia progerii została okrzyknięta "cudowną”, a nanochirurgia prenatalna przyniosła mu jeszcze większą sławę i pieniądze... W artykule "Dzieci Profesora Łba” wróżono mu, że zostanie najmłodszym noblistą w XXI wieku... i pewnie by tak było gdyby pociski nuklearne nie zamieniły Sztokholmu w stertę radioaktywnego żużlu. Nazwa artykułu - "Dzieci Profesora Łba” mocno zapadła
mu w pamięć i tak właśnie nazwał pierwszy swój projekt po rozpoczęciu wojny. Projekt, który ciągnął się do dziś, choć jego nazwa była coraz bardziej prześmiewcza im dalej się w niego zagłębiał. Bo on nie czuł już się na pewno profesorem, nie czuł się lekarzem, ani nawet człowiekiem. Człowieczeństwo było mu bardziej obce, niż tym wszystkim potworom, które niczym zaraza rozpełzły się po świecie. Coraz bardziej prześmiewczy w tym tytule też był wyraz "dzieci” - im bardziej jasne dla niego było, kim, albo raczej czym, te jego "dzieci” będą... Także swoje nazwisko brzmiało mu już obco. Łeb.
W przedwojennej formie Łebski. Skrócił je do Łba, ale to nadal nie było to. Przypomniał sobie jak bezzębny Paweł Groźny je wymawiał... Uub... Tak, czuł się teraz Uubem bardziej niż kiedykolwiek.
Zwolnił widząc ruch na drodze.
Niedobitki wampirów. Jakieś siedem... nie – jednak osiem – młodych osobników. A więc spóźni się na umówione spotkanie...
te osiem młodych wampirów mogłoby być ciekawym materiałem do badań – Łeb uśmiechnął się przez chwilę – ale nie, nie ma czasu. Zatrzymał wóz.
-Wysiadaj dziadku – zaśmiał się nieco starszy wampir, pewnie przywódca.
-Pobawimy się trochę – zawtórowała mu młodziutka wampirzyca.
Łeb posłusznie wyszedł z samochodu. Przez chwilę zastanawiał się na ile może się spóźnić do Wilczej Wiedźmy, kryjącej się pod pseudonimem FikuMikari666. Wolał jej nie irytować. Nie mógł liczyć na jej wyrozumiałość. Prowadził z nią niebezpieczną grę i nie zamierzał czynić jej jeszcze bardziej niebezpieczną.
W końcu z ciężkim westchnięciem postanowił tym razem nie brać jeńców.

                                     ***

Brunhilda i Manna już nieraz bywały w lochu, ale Luni była tam po raz pierwszy. Więzy posłuszeństwa nakazywały jej
słuchać Brunhildy i Manny, lecz nie otumaniały już tak, jak w bezpośrednim towarzystwie Pani.
-Co to za urządzenia? – spytała, gdy przebudziła się w niej ciekawość.
-Narzędzia tortur, oczywiście – odpowiedziała Brunhilda – To na przykład jest bardzo prosta acz przydatna i okropna
rzecz… Tobie Pani takich tortur oszczędza, bo mówi, że zaklęcie zadaje Ci o wiele gorszy ból w razie niebezpieczeństwa…
-Nie rozumiem za bardzo jak to ma działać… i jak to ma kogoś torturować? Zwykła deska?
-Tak… zwykła deska… Inne narzędzia są o wiele bardziej wymyślne… ale i ta zwykła deska może się dać nieźle we znaki…
-Jak działa…
-Hehehe… pokażemy jej Manna?
-Jasne… - zaśmiała się Manna – Ale najpierw małe pytanko: co wiesz o naszej małej klaczkę? Ona się przecież nie nazywa
horse, wiesz skąd wziął się jej przydomek?
-Jest prawą ręką naszej Pani, to ona trzyma tu klucze od wszystkiego, jest też jej … hmmm… przyboczną strażniczką i
chyba powierniczką… Zajmuje się też stadniną koni Komediantki… stąd być może jej przydomek, bo nie ma w jej rysach,  
postawie, figurze ani sposobie poruszania nic z klaczy…
-Hehehe… - zaśmiały się dziewczyny – nie… jej przydomek bierze się z czegoś zupełnie innego… Stań nad tą deską i daj
tutaj ręce… Manna dokręć…
-Dokręcam… już jest na odpowiedniej wysokości?
Brunhilda spojrzała fachowym okiem, po czym pokiwała głową:
-Idealnie… Luni stań na palcach ręce do góry… teraz podciągnę deskę… okej… Teraz deska jest dokładnie na wysokości
Twojego krocza... to się nazywa drewniany konik… Horse zyskała swój przydomek przez to, że z początku tak często czyniła coś co denerwowało Komediantkę, że większość czasu spędzała na tym koniku…
-Póki stoisz na palcach i ręce masz w górze, wszystko jest ok. Lecz gdy przestaniesz, deska zacznie stopniowo się wpijać w Twoją piczkę… towarzyszący temu ból wkrótce zmusi Cię do tego, by znowu stanąć na palcach… - powiedziała Manna.
-Jeśli opuścisz ręce, deska sama pójdzie w górę… Jeśli jednak nawet ich nie opuścisz ból nóg, stóp oraz łydek po pewnym czasie skłoni Cię do opadnięcia… Deska znowu wbije Ci się w krocze…
-Po chwili ból krocza zmusi Cię do ponownego wspięcia się na palce… Nie na długo jednak, bo już będziesz zmęczona, wkrótce opadniesz na deskę swoim sromem i całym ciężarem swego ciała, albo opuścisz wzniesione ręce i deska poszybuje w górę…
-W tym momencie będziesz już tam bardzo obolała… więc szybko spróbujesz się podźwignąć… i tak w kółko, coraz szybciej, miotać się będziesz między dwoma rodzajami bólu, ujeżdżając tego drewnianego konika.
-Horse była tak krnąbrna, że kiedyś przyniosła Pani herbatę bez cukru… wtedy Pani nieco tą karę zmieniła, podwieszając horse i deskę wysoko u sufitu… by uniknąć bólu sromu musiała się podciągać do góry na rękach, bo nogi nie miały oparcia…
-A teraz pobaw się trochę w jeźdźca a my się zajmiemy sobą… przyda Ci się przejść nieco prób, które przechodziłyśmy…
-Ja osiemdziesiąt osiem razy byłam karana w lochu… a Manna tylko 19… za to były to dużo gorsze kary…
-A horse? – spytała Luni przez zaciśnięte zęby patrząc jak Manna 19 delikatnie całuje piersi Brunhildy 88.
-A horse była w lochu tyle razy… że Pani straciła rachubę i nazwała ją wtedy po prostu horse… Manna Ty chcesz mi to włożyć? – spytała Brunhilda z przestrachem patrząc jak Manna sięga po olbrzymi wibrator – nie… nie rób tego…
-Dlaczego nie? Przecież lubisz takie jazdy…
-Ale nie czymś takim… Zresztą dzisiaj Pani wkładała we mnie tak dziwne rzeczy, że jeszcze całe moje ciało pamięta ich kształt, rozmiar i wagę… odpuśćmy sobie może dziś…
-Oj, nie przesadzaj… najpierw Cię odpowiednio przygotuję…
-Ja już mam dosyć wykorzystywania mnie – skłamała Brunhilda udając płacz – moje ciało tego nie wytrzyma…
-Bruni… wytrzyma jak się je popieści to się wszystko zmieści… A popatrz, Luni już zaczyna podskakiwać… Nie podnieca Cię to?
-Jak Ci dziecinko? – spytała Brunhilda szyderczo.
-Rzeczywiście – sapnęła Luni próbując się podciągnąć na palce – cholernie bolesne…
-A niby taka zwykła deska… pomyśl o tych innych rzeczach – tu Brunhilda zatoczyła dłonią krąg – które Ci jeszcze pokażemy… Manna co Ty …
-Cicho już… - powiedziała Manna całując Brunhildę od dołu w szyję. Szyja, kark, obojczyk stały się celem natarcia dla armii gorących pocałunków, Manna była o dobre dziesięć, a może i więcej centymetrów niższa od Brunhildy, ale wcale nie zamierzała być tym razem uległą. Odgarnęła swe ciemne, mocno kręcone włosy i porzuciwszy obojczyk zaczęła pieścić (pierścić?) niewielkie piersi Brunhildy, z początku dużymi, łagodnymi kręgami, potem coraz bardziej zbliżając się ku sutkom, zaczynając od delikatnego głaskania, a kończąc istną symfonią uderzeń języka, ugryzień, kąsań,  
uszczypnięć, podrapań i pociągnięć. Wreszcie przyssała się jak dziecko do prawej piersi Brunhildy, a uwolnione dłonie spłynęły na brzuch, na plecy, na pośladki, w okolice kości ogonowej, nagle Manna uklękła przed Brunhildą i zaczęła gładzić jej wnętrze ud, i dokładnie wydepilowane łono. Sama Manna miała na wzgórku rozkoszny zagajnik, wydepilowany jedynie po bokach i nie mogąc już wytrzymać posłała tam jedną rękę… Brunhilda powstrzymała ją, podniosła z kolan i
sama runęła na kolana zapuszczając swój język w ten nieodkryty gąszcz…
Wszystko to Luni widziała bardzo dokładnie, ale wkrótce skupić się mogła już tylko na coraz większym bólu w kroczu, na które raz po raz opadała ciężarem całego swego ciała. Dziewczyny rozkręcały się coraz bardziej, przestając na nią zwracać uwagę, a ona wyła z bólu.

                                     ***

-Musimy zniszczyć naszą akademię - powiedziała doktor Wilka.
-Co? - chórem oburzyli się lekarze.
-Słuchajcie... tak będzie dla nas lepiej... wilkołaki niedwuznacznie dały do zrozumienia, że nas zaatakują, jeśli nie zniszczymy akademii, w której ponoć się ukrywają jakieś wampiry.
-To bzdura - zaoponowała swym głębokim, seksownym głosem doktor White Queen - Akademia jest nam potrzebna...
-Lepiej ją zburzyć, niż dać się zagryźć... nie mamy szans w starciu z wilkołakami - wsparła Wilkę doktor Rover.
-Wilkołaki chcą zniszczyć akademię, żeby nas osłabić, czy tego nie widzisz? - nie wytrzymała doktor Zpez. Doktor Zpez była energiczną kobietą, której twarz z pewnością mogłaby być uznana za piękną, gdyby nie nieustanne zmęczenie, które zarysowało już podwójne worki pod oczami. Figurę Pani doktor Zpez też można by z pewnością uznać za piękną, gdyby nie fakt, że czasy Rubensa się już skończyły i osoba, która w czasach baroku byłaby chodzącym, pulchnym ideałem, teraz według dzisiejszych kryteriów kobiecej urody wyznaczanych przez bezlitosny współczynnik BMI, zdecydowanie miała kilogramów na sobie za dużo.
-Odyn osobiście obiecał mi, że będą przestrzegać układu. - przypomniała Wilka - Zagroził, że jeśli nie zniszczymy akademii, to one same to zrobią. A wilki są w stanie to uczynić...
-Nie możemy się na to zgodzić! - krzyknęła White Queen gwałtownie wstając. Jej długie, kręcone, brązowe włosy zafalowały gwałtownie, tworząc na chwilę wokół niej puchatą aureolę, z wykrzywioną w złości twarzą, ze zmierzwionymi włosami przypominała raczej boginię gniewu, a nie istotę śmiertelną.
-Nie. Musimy to zrobić. Inaczej zginiemy.
-Powinniśmy walczyć! Prawda doktorze Kill? Poprzyj mnie do cholery! - Wkurzała się coraz bardziej White Queen.
-Uspokój się White Queen. - powiedział Kill - Nie mamy siły militarnej zdolnej się im oprzeć... Gdyby nie wilkołaki, Łódź podzieliłaby los Wrocławia, wszyscy stalibyśmy się karmą dla wampirów... ale ulegać wilkołakom może być jeszcze gorszym niż ulegać wampirom... Powinniśmy raczej spalić wszystko za sobą i uciec stąd gdzieś...
-Uciec? Gdzie? - spytała Zpez - Wszędzie jest tak samo...
-Nie ma co dyskutować - powiedziała ostro doktor Wilka - By przeżyć musimy zburzyć akademię. Koniec kropka.
-Koniec? - fuknęła White Queen - To nie koniec. Skończymy wszyscy robiąc laski jakimś futrzakom...
-Pani doktor! Proszę zważać na słownictwo - zwróciła jej uwagę Wilka.
-Wali mnie to... - krzyknęła White Queen ponownie zrywając się z miejsca - niedługo sama będziesz lizać dupę byle sierściuchowi... Żegnam... - warknęła trzaskając drzwiami.

                                     ***

Paweł Łagodny nie był za dobrym kierowcą… a na tej trasie stawał się kierowcą fatalnym za sprawą młodej studentki medycyny, która ułatwiła mu ucieczkę. Najpierw rozebrała się do naga mimo panującego wokół mrozu, co jeszcze jakoś udało mu się przeżyć, ale gdy rozpięła mu spodnie, wyjęła na wierzch jego przyrodzenie i zaczęła bawić się w "zmiany biegów” tym drążkiem, myślał, że zaraz zwariuje…
-Musimy uciekać – wyjąkał. dopiero po paru minutach zorientował się, że jedzie cały czas na trójce, rzężąc autem strasznie, podczas gdy jego ręka zamiast na drążku zmiany biegów spoczęła gdzieś między udami dziewczyny… Ale najgorsze dopiero miało nadejść. Dziewczyna gwałtownie ściągnęła jego napletek i zaczęła dzikie fellatio.
-Musimy uciekać – wyjąkał.
-Mhmmmmmm…
Nie chcąc wylądować w rowie zatrzymał auto. Wkrótce penetrował inny rów, na szczęście nie przydrożny. Zresztą nie tylko rów… długa przerwa od seksu zrobiła swoje…

                                     ***

-Boję się - powiedziała Lets Dżem. Była to bardzo młoda, wysoka i szczupła lekarka, o jasnobrązowych włosach.
Gorące strugi wody spływały po jej nagim ciele, podczas gdy trzymana przez wprawną rękę koleżanki gąbka wykonywała szybkie i energiczne ruchy. Towarzyszki Lets Dżem, nie dało się z nikim innym pomylić. Również wysoka, ale bardziej krągła, z przyciągającym uwagę dość dużym i ponętnym tyłeczkiem, nawet teraz zupełnie naga swą dystyngowaną oszczędnością ruchów, a zarazem ukrytą w nich siłą przywodziła na myśl damę. Była to oczywiście White Queen, zwana Królową Białych Kitli. White Queen miała w odróżnieniu od koleżanki włosy łonowe wydepilowane w stylowy trójkącik, który zdawał się wskazywać drogę dłoniom ewentualnego podróżnika po jej ciele.
Jakoż palce Lets Dżem dość szybko odnalazły tą drogę, zachęcane dłonią White Queen. Królowa Białych Kitli przylgnęła do pleców koleżanki, nakierowała sobie jej rękę właśnie tam gdzie chciała być pieszczoną i władczym ruchem zagarnęła niezbyt duże piersi Lets Dżem.
Sprawne palce Królowej pieściły sutki koleżanki najpierw powoli i delikatnie, okrężnymi ruchami, potem lekko je przyszczypując, by wreszcie na koniec tarmosić je bez żadnej litości. W miarę tych zabiegów oddech Lets Dżem przyspieszał, ale ilekroć White Queen chciała zapuścić się w okolice łona dziewczyny, ta odganiała jej ręce mówiąc:
-Tam nie...  
White Queen wkurzyła się w końcu i wyszła z kabiny prysznicowej.
-Zaczekaj - Lets Dżem wybiegła za nią - gdzie idziesz?
-Dlaczego mnie tam nie dopuszczasz? - odpowiedziała pytaniem White Queen - Sama pieścisz mnie całkiem umiejętnie i nie masz zahamowań piersi, srom, łechtaczkę... A gdy ja próbuję się zbliżać w Twoje okolice łonowe, to mnie odganiasz...
-Zrozum, że po prostu nie chcę...
-Nie rozumiem. Mam wrażenie, że po prostu mnie odtrącasz...
-Nie, to nie tak...
-To więc czemu?
Lets Dżem zaczerwieniła się.
-Jestem dziewicą.
-I co z tego? - zaśmiała się White Queen - ja nie zamierzam Ci Twojej cennej błonki perforować, chciałam się nieco pobawić Twoimi wargami, Twoją łechtaczką, a nie wciskać Ci tam coś...
-Ale...
-Co za ale? Chodź do sypialni. Lets Dżem posłusznie podreptała za Królową do sypialni. Był to właściwie niewielki wszystkofunkcyjny pokój, ale ze względu na duże łóżko po środku, dziewczyny zwykły go nazywać sypialnią.
-Połóż się...
Lets Dżem posłusznie położyła się. Sama przed sobą nie potrafiła przyznać jak bardzo jest podniecona.
-Ale ja nie chcę...
-Sama nie wiesz czego chcesz... Zaraz zobaczysz jak to fajnie...
-Ale...
-Nie ma ale... Rozłóż szeroko nogi... -... -Rozłóż! White Queen ułożyła się w nogach łóżka, tak, że miała głowę
dokładnie pomiędzy nogami koleżanki i nie czekając już na nic, przystąpiła do działania. Bezceremonialnie rozchyliła wargi Lets Dżem i zaczęła z początku bardzo delikatnie jeździć po uśpionym pączku. Po chwili łechtaczka się powiększyła a White Queen delikatnie ustami odsunęła niewielką, chroniącą ją fałdkę skóry.
Wyprężony malutki guziczek, pozbawiony ochrony napletka zdany był teraz na pastwę okrutnych warg i języka White Queen.
Lets Dżem ledwo mogła złapać oddech, wiła się i prężyła jak sprężyna, wręcz skakała po całym łóżku, starając się uciec przed rozkoszą i co chwilę zaciskując uda wokół pogrążonej w natarciu na jej najintymniejsze rejony White Queen. Lets Dżem spływała sokami i odpływała, w końcu szarpnął nią spazm krótkiego, ale bardzo intensywnego orgazmu.
-To teraz, moja kochana - powiedziała z uśmiechem White Queen, patrząc jak partnerka powoli dochodzi do siebie - możesz mi się zrewanżować... - i nie tracąc czasu Królowa rozrzuciła szeroko nogi, władczym, wręcz męskim ruchem chwyciła głowę Lets Dżem i wtuliła jej twarz w swój własny srom.

                                     ***

Doktor Wilka z pewnym niepokojem szła na spotkanie z Odynem. Czego tym razem będzie chciał od niej przywódca wilkołaków? Odyn przywitał ją jednak gorąco i serdecznie po czym powiedział:
-Jestem bardzo zadowolony, że zniszczyliście tą akademię i umożliwiliście nam wytropienie tych wampirów...
-Dużo to nas kosztowało - westchnęła Wilka.
-Rozumiem... doskonale to rozumiem... dlatego... przygotowałem dla Was prezent.
-Prezent?
-Tak, prezent. Zauważyłem, że Wasza obrona w Łodzi, nawet uwzględniając oddziały AMBU jest mizerna... macie niski mur, jesteście daleko od nas, więc w razie niespodziewanego ataku możemy nie zdążyć z pomocą... Ale coś wymyśliłem... Niech Pani spojrzy na tą mapę...
Odyn rozprostował na stole mapę i wskazał pazurem na zaznaczony na niej czerwonym mazakiem prostokąt:
-Proszę... Oto mapa naszego klanu... A tu, w tym prostokącie stworzyliśmy miejsce na Waszą nową siedzibę...
-Jak to?
-Chcę Pani zaproponować przeprowadzkę do nas, pod opiekuńcze skrzydła sfory... Wiem, wiem, mogę się wydawać zbyt hojny, ale to zniszczenie akademii było dla mnie naprawdę ważne. Oczywiście moje wilki pomogą w przemieszczeniu...
-Ale my nie chcemy się nigdzie przeprowadzać... Twierdza Łódź jest naszym domem...
-Będę jednak nalegał... Tam na zewnątrz naszych umocnień, nie będę mógł Wam zagwarantować bezpieczeństwa... Jutro przyślę Timura by zorganizował przeprowadzkę...

3 694 czyt.
100%92
Hipokryta

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i horrory, użył 6045 słów i 35263 znaków, zaktualizował 13 cze o 23:23

Komentarze (2)

 
  • AnonimS

    AnonimS 13 czerwca

    Ciekawy odcinek. Niektórym z czytelników opisy seksu moga posłużyć jako samouczek. Ciekawe co te wilkołaki kombinują chcąc sprowadzić między siebie ludzi. Pozdrawiam

  • Hipokryta

    Hipokryta 12 czerwca

    Zgodnie z obietnicą daną w komentarzach - wrzucam tu kolejną część Wyssanych i zabieram się już za pisanie następnego odcinka... Miasta Uciech!