Siedem dni burzy (III)

Siedem dni burzy (III)Dzień 4

  

Tej nocy niebo rozjaśniał okrągły, pyzaty księżyc. O poranku zastąpiła go złocista kula ognia.

Karolina wróciła znad jeziora i orzeźwiona poranną kąpielą w lodowatej jeszcze wodzie, przygotowała sobie kawę i ogromną kanapkę. Potem zasiadła w fotelu i z apetytem zabrała się do jedzenia.

Nie miała planów na dziś. Ani na jutro czy pojutrze. Tylko jedna myśl kołatała w jej głowie – pragnienie zagłuszające głos rozsądku i pokonujące wszystkie bariery.

Chciała znów go zobaczyć.

– Cześć słonko – Wiktoria wyszła z namiotu i przeraźliwie ziewnęła. – O, dzisiejszy dzień także zapowiada się słonecznie. Co za popieprzona pogoda!

Karolina przytaknęła jej z pełnymi ustami.

– Wiesz, że jutro przyjeżdża reszta towarzystwa?

– Wraca Iza z Maćkiem?

– Nie tylko. Jeszcze paru fajnych chłopaków, jego kumpli z uczelni, oraz dwie dziewczyny. Nie znam wszystkich, ale im nas będzie więcej tym lepiej? Prawda? Przestaniesz się w końcu nudzić.

Żeby ona tylko wiedziała… Karolina uśmiechnęła się promiennie. Nudzić? Chociaż mimo wszystko wieczory przy ognisku w licznym towarzystwie były kuszącą perspektywą.

– Nieźle się zapowiada.

– No właśnie. I nie trzeba będzie chodzić do sklepu piechotą.

– Dlaczego? Lubię spacery.

– W samo południe gdy z nieba leje się żar? Lub odwrotnie, gdy leje jak cholera? – Wiki prychnęła z niedowierzaniem. – Daj spokój.

– A właśnie. Ubiorę się i idę do sklepu. Coś wam kupić?

– Hm – jej kuzynka zamyśliła się. – Może jakieś kruche z cukrem. A skoro bierzesz plecak, to kilka jabłek. Dasz radę?

– Nie ma sprawy.

Godzinę później przyjacielsko gawędziła z pulchną ekspedientką. Ponieważ poza nią nikogo akurat nie było, popijała colę i z ciekawością słuchała rwącego niczym wezbrana rzeka, potoku słów. A to o tych nowobogackich, co wrócili z miasta i wybudowali willę na samym skraju. Albo o nowym ośrodku agroturystycznym. Czy o jarmarku, hucznej imprezie sezonowej, odbywającej się zawsze pod koniec lipca w pobliskiej miejscowości.

Kiedy rozgadana kobieta, na moment umilkła, by odetchnąć, Karolina bez chwili wahania zadała jej nurtujące ją pytanie.

– Wczoraj trafiłam na samotną chatę, prawie pośrodku lasu. Nie wie pani czyj to dom?

– Oj, przypuszczam że jeżeli myślimy o tym samym dziecinko, to trzymaj się lepiej z daleka od tego miejsca.

– Dlaczego? – zdumiona nagłą zmianą serdecznego tonu, spojrzała na wystraszoną kobietę.

– Chodzi o tego, który tam mieszka. To zły, niebezpieczny mężczyzna.

– Morderca?

– Ależ skąd! Były żołnierz. Zresztą zawsze był z niego odludek. A kiedy wrócił po kilku latach służby w armii, nie tylko nic się nie zmienił, ale stał się jeszcze gorszy.

Żołnierz? Tak jak podejrzewała nieśmiertelniki były jego.

– Zaciekawiła mnie pani – powiedziała po prostu i oparła się o ladę. –W jakim sensie stał się gorszy?

– Bo widzisz kochaniutka, dawno temu, tuż po wojnie, do miejscowej szkoły przyjechała bardzo sympatyczna kobietka, nauczycielka. Przywiozła ze sobą córeczkę i już u nas została. Męża straciła ponoć na froncie, ale nie zdecydowała się na powtórny związek. Ta jej córcia był słodkim dzieciakiem, a potem piękną kobietą. Wyszła za mąż za miastowego i wyjechała. Po kilku latach zginęli oboje w wypadku, a ich syn, chłopiec, zamieszkał z babcią, choć dziwne to było dziecko. Milczące, ciche, ale o żelaznych nerwach. Brał udział w każdej bójce w szkole i gdyby nie odrywali go siłą od ofiary, pewnie potrafiłby i zabić. Nic dziwnego, że zdecydował się pójść do wojska.

– Ale wrócił?

– Całkiem niedawno, siedem czy osiem miesięcy temu. Sprzedał dom rodzinny i kupił tę zaniedbaną chatę na odludziu. Prawie z nikim nie rozmawia, nawet jak przyjeżdża do sklepu – tu kobieta nerwowo poprawiła natapirowane włosy – mówi zaledwie kilka słów. I na dodatek – tym razem w jej głosie pobrzmiewała prawdziwa groza – jak ksiądz proboszcz zapraszał go na niedzielną mszę, to bardzo niegrzecznie odpowiedział, że ma w…, no wiesz kochaniutka gdzie, ten nasz cały kościół i nie wierzy w nic, i nikogo. Prawdziwy bezbożnik!

Karolina zagryzła wargi. Biedna kobieta wyglądała na tak przejętą, jakby fakt nie chodzenia do kościoła równał się wielokrotnemu morderstwu.

– Chyba go widziałam – odezwała się w końcu, pokonując nagłą wesołość.

– Och! Naprawdę, omijaj go szerokim łukiem. Ostatnio córka Malkiewicza jechała rowerem przez las, gdy dopadł ją i próbował zgwałcić. Niestety, policja twierdzi, że jest bezsilna bo brak dowodów czy czegoś tam. Jakby potrzebne były dowody! – unosiła się ekspedientka, a jej piskliwy głos rozchodził się nie tylko po wnętrzu malutkiego sklepiku, ale i po najbliższej okolicy.

Zgwałcić? Z pewnością dziewczyna chciała poderwać nieznajomego, a on wyrzucił ją na zbity pysk. Ciekawe, dlaczego z nią nie zrobił podobnie?

– Wie pani, gdzie służył?

– Tułał się po całym świecie ponoć. Kiedy żyła jego babka, czasami z dumą opowiadała nam o tych misjach. Ostatnia była chyba w jakimś egzotycznym kraju. Afga… Afgastanie czy coś w tym rodzaju.

– Afganistanie – poprawiła ją zamyślona Karolina.

– Chyba tak. To też bezbożny kraj. Może się od nich zaraził czy coś?

Biedny facet. Wystarczył fakt, że nie klepał co niedziela zdrowasiek, by zakwalifikować go jako niebezpiecznego typa, potencjalnego gwałciciela, a kto wie, kogo jeszcze.

Chociaż… Zastanowiła się. Tak, miejscowi mieli rację. Był niebezpieczny. Widać to było w intensywnie niebieskich oczach, pełnych ukrytego żaru i tłumionej złości. W rysach twarzy, w surowo zaciśniętych ustach.

Miała szczęście, że nie potraktował jej jak tamtej dziewczyny. Tym bardziej, że i ona na to zasłużyła.

Pożegnała się z ekspedientką, na której twarzy zagościło wyraźne zadowolenie. Nic dziwnego, mogła się wygadać jak nigdy dotąd.

Zjadła po drodze kupione lody, a kiedy doszła do namiotu, cała opływała potem. Bez namysłu przebrała się w strój kąpielowy i z ręcznikiem przerzuconym przez ramię, pomaszerowała nad wodę. Kwadrans później poczuła, że wraca jej życie. Rozłożyła się na drewnianym pomoście, korzystając z względnej ciszy, słońca i przynoszącego odrobinę orzeźwienia, wiatru. Zamknęła oczy i od razu powróciła myślami do nieznajomego.

Szkoda, że nie spytała jak ma na imię.

W ogóle szkoda, że tak kategorycznie zabronił jej kolejnej wizyty.

Co zrobi, gdy nie posłucha?

Wcale nie chciała być natrętna. Była po prostu spragniona – widoku jego twarzy, a nawet czegoś więcej. Dotyku, zapachu, dźwięku szorstkiego głosu. A gdyby ją pocałował? Najpierw delikatnie, potem coraz bardziej namiętnie…

Aż usiadła, tak bardzo wzburzył ją ten pomysł. Nie powinna. Nie powinna zawracać sobie głowy tym człowiekiem. Ciekawość nie stanowiła dla niej wytłumaczenia.

A jednak z całej siły musiała zacisnąć uda, czując narastający pomiędzy nim żar i wilgoć moczącą materiał majtek od stroju kąpielowego.

Zerknęła na brzeg. Wiki drzemała w cieniu rozłożystego drzewa, Marcin siedział tuż obok z nosem w książce. Z pewnością szybko nie wrócą do namiotu.

Zerwała się i sięgnęła po rozłożony ręcznik. Uspokajająco pomachała chłopakowi, który na chwilę oderwał się od lektury i szybkim marszem ruszyła w kierunku namiotu. Zaschło jej w ustach, sutki bezwstydnie sterczały pokazując, jak bardzo była podniecona, a podbrzusze znów pulsowało tęsknotą za spełnieniem.

Karolina pomyślała z rozpaczą, że kompletnie jej odbija. Wystarczy, że pomyśli o tym facecie, a już jest mokra i spragniona. Przecież to wariactwo! Nie może spędzić całych wakacji albo go podglądając, albo onanizując się i wtulając twarz w poduszkę, aby nikt nie słyszał jej cichych jęków.

Ostatni raz, a potem z tym kończy!

Wpadła do namiotu, drżącymi rękoma zasunęła zamek od wejścia i od razu wepchnęła palce pomiędzy rozchylone nogi. Zamknęła oczy i dysząc, błyskawicznie, bo zaledwie kilkoma ruchami doprowadziła się do orgazmu. Nie tak wspaniałego jak ten wczorajszy, ale po wszystkim poczuła niewysłowioną ulgę.

Leżała na materacu, usiłując uspokoić oddech. Dopiero teraz dotarło do niej, jak duszno jest w środku i jak bardzo chce się jej pić. Poprawiła kostium i wyszła z namiotu. Chwyciła butelkę mineralnej i przystawiła do ust.

Po czym zamarła, bo tuż naprzeciwko, stała przyczyna jej szaleństwa.

Oparty o drzewo, ze skrzyżowanymi ramionami, ubrany w ten sam biały podkoszulek i w te same spodnie moro i ciężkie buty, co dwa dni temu.

Stał, przypatrując się jej z namysłem. Powoli przesuwał wzorkiem po smukłej sylwetce, rozpoczynając od bosych stóp, poprzez łono zakryte białym trójkątem majtek, małe, ale zgrabne piersi, a kończąc na nabrzmiałych wargach i ogromnych, pełnych zdumienia, oczach.

– Odpłaciłem ci pięknym za nadobne – odezwał się w końcu drwiącym tonem. – Ty widziałaś mnie, ja słyszałem ciebie.

Co powinna odpowiedzieć?

– Sądziłam, że nie chcesz mnie więcej widzieć?

– Ja także – oderwał się od drzewa i podszedł bliżej.

Patrzyła na niego, zastanawiając się jak to możliwe, by serce biło tak mocno, a powietrze wokół zrobiło się nagle tak gęste.

Głośno przełknęła ślinę. Dłonie niemal bez udziału świadomości powędrowały na ramiona i Karolina skuliła się niczym dziecko oczekujące na lanie.

– Dopiero teraz zaczęłaś się mnie bać?

Zaprzeczyła ruchem głowy. Cofnęła się i uderzyła plecami o drewniany słup konstrukcji dachu, który wybudowano nad stojącą w sąsiedztwie przyczepą.

Niebieskie oczy, o intensywnym blasku, hipnotyzowały, doprowadzając jednocześnie do szaleństwa.

– A mnie się wydaje, że tak – wymruczał, obejmując ją w pasie. Pochylił się nad drżącą dziewczyną i z nieukrywaną przyjemnością zanurzył twarz w jej włosach. – Śliczna jesteś, wiesz o tym mała?

– Tak – odpowiedziała nie zamierzając udawać fałszywej skromności.

– I gorąca – jego usta błądziły teraz na granicy policzka i szyi.

W głowie Karoliny eksplodowała cała feeria kolorów. Powróciło podniecenie, splatając się z niepewnością, co do całej tej sytuacji.

– Po co przyszedłeś? – wykręciła głowę i złapała zamglone spojrzenie pełne pożądania. Zrozumiała po co.

– Doskonale wiesz po co. Całą noc przez ciebie nie spałem.

Gwałtownym ruchem odwrócił ją plecami i nie bawiąc się w subtelności przycisnął do szorstkiego drewna.

– Nic ci nie zrobię – wyszeptał zmienionym głosem.Prawą ręką rozpiął spodnie, lekko ugiął kolana i wpasował się w jej ciało z taką siłą, że protestując jęknęła. Tylko że zaraz poczuła na swych pośladkach dotyk twardego, naprężonego członka. Zaczął się ocierać o jej wypiętą pupę, a ręce zacisnął na piersiach.Poczuła, że kręci się w jej głowie na samą myśl, iż oddziela ich teraz prawdopodobnie jedynie cienki materiał majtek, które miała na sobie.

– Przestań! Ktoś może nas zobaczyć?

– Tutaj? Nie żartuj. Jedni siedzą nad wodą, drudzy w cieniu domów.

Zresztą sam musiał przyznać, że było to mu w tej chwili obojętne. Mówił prawdę o nieprzespanej nocy. A teraz czuł się niczym smarkacz, nie potrafiący zapanować nad podstawowymi instynktami. Wystarczyło, że raz spojrzał w duże, błękitne oczy, a jego zmysły opanowało czyste szaleństwo.

Tym razem chciał brać, a nie dawać. Bez względu na konsekwencje.

– Nie rób mi krzywdy! – wyjąkała. – Proszę!

Ta dziwna bezbronność, słabość, którą właśnie okazała, o mało co nie sprawiły, że posunąłby się dalej niż zamierzał.

– Nie zrobię – szeptał, podczas gdy jego penis w coraz szybszym tempie ocierał się o dwie zgrabne półkule. – Chcę jedynie tego samego co ty wczoraj.

Jedną ręka powędrował w dół. Dotarł do subtelnie przystrzyżonego trójkącika, wślizgnął się pomiędzy mokre z podniecenia uda, a na sam koniec gładkim, szybkim ruchem wbił się bez żadnych przeszkód głębiej.

Konwulsyjnie szarpnęła się w jego objęciach. Powieki zatrzepotały niczym skrzydła motyla, dłonie zacisnęły się na jego udach, choć taka pozycja z pewnością nie należała do wygodnych.

Pierwszy raz w życiu miał ochotę porzucić wszelkie zasady i świadomie wpakować się w kłopoty.

Tak, bo ta dziewczyna mogła stać się dla niego nie lada problemem.

Docisnął ją do siebie jeszcze mocniej i zaczął poruszać palcem w mokrej, gorącej szparce. Jednocześnie coraz szybciej ocierał się o jej pośladki. Kąsał skórę na ramionach i szyi, masował i ugniatał piersi.

Za to Karolina zapragnęła nagle czegoś więcej.

– Wejdź we mnie! – wydyszała. – Proszę!

Nie spodziewał się tak szybkiej kapitulacji. Była gorąca, ale zauważył w niej również pewną nieśmiałość, coś, co kazało mu wierzyć, że działała pod wpływem chwilowego impulsu, a nie wyrachowania pochodzącego z bogatego doświadczenia.

A jednak teraz błagała o seks!

Nie, tego nie powinien robić. Bo po wszystkim nie będzie już odwrotu. Wpadnie w pułapkę jej lubieżnego i jednocześnie czystego spojrzenia, by potem ogłosić całkowitą kapitulację.

Po cholerę w ogóle tu przylazł?

Znał odpowiedź.

Bo nie mógł się oprzeć własnemu pożądaniu.

– Nie – wydyszał. Pot spływał po jego twarzy, po plecach, mięsnie napinały się i rozluźniały, a w głębi narastało przeczucie, że ekstaza jest już tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki.

– Proszę! – desperacko usiłowała odsunąć piekielny materiał. Widziała, że gdyby nie on, mężczyzna nie miałby żadnych szans.

Tak jak ona wczoraj.

– Nie! – prawie wykrzyczał te słowa. Jeszcze kilka ruchów bioder, doskonale zsynchronizowanych z ruchami palca i głośno jęcząc wytrysnął na jej pośladki.

Kurwa! To było lepsze niż niejeden wyuzdany seks w jego popapranym życiu.

Po chwili dotarło do niego, że ona również doszła.

Niesamowite! Prawie w tym samym momencie. Dygotała teraz głośno dysząc, z szeroko otwartymi ustami jak u ryby, którą dopiero co wyciągnięto w wody. Drobne ciało zwiotczało w jego objęciach, palce spazmatycznie zacisnęły się na jego dłoniach.

– Musimy to powtórzyć – powiedziała cicho, urywanym głosem. Odchyliła głowę do tyłu i złapała spojrzenie mężczyzny. – Ale tym razem bez półśrodków.

– Nie.

Cofnął się o krok, patrząc na jej poplamione od spermy majtki.

Odwróciła się i spojrzała na niego figlarnie, jakby chciała dać do zrozumienia, że jego „nie” to jedynie puste słowo.

Być może miała rację…

– Jak masz na imię?

– Jacek – mruknął, zapinając spodnie.

– Karolina.

Nie ujął wyciągniętej ręki. Przez moment gapił się na nią w milczeniu, potem gwałtownie odwrócił się i zniknął pomiędzy drzewami.

Zdumiona dziewczyna została sama ze wspomnieniem gorącego dotyku jego dłoni i spojrzeniem intensywnie niebieskich oczu.

Uciekł? Na to wyglądało. A więc z tym, co się pomiędzy nimi działo, miał chyba jeszcze większy problem niż ona sama?

Tak mało o nim wiedziała. Kilka zdań od obcej kobiety. Imię. Mogła też być pewna, że był starszy o dobre dziesięć, a może i więcej lat.

Cała ta znajomość zaczęła się od dupy strony – rozmyślała kwaśno, szukając w torbie drugiego stroju kąpielowego. Nawet dosłownie.

Przebrała się i usiadła w cieniu, wgryzając się zębami w dorodne, czerwone jabłko.

Miała nieodparte wrażenie, że gdyby nie panujące pomiędzy nimi erotyczne napięcie, to potraktował by ją jak córkę tego tam Maliniaka, czy jak gość się nazywał.

Jedno wiedziała na pewno. To nie był koniec tej znajomości, a dopiero początek.

Szalony początek.

Roześmiała się nagle, radośnie wyciągając ramiona ku niebu.

Cudowny początek.

2 komentarze

 
  • jumi0006

    jumi0006 · 20 czerwca · 198285670

    Wspaniale piszesz, wszystkie opowiadania..!!  

  • AnonimS

    AnonimS · 18 czerwca

    Taka namiętność jest wspanialym doznaniem ale i niebezpiecznym.  Jeśli zabraknie hamulców...