Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Epizod w ferie


Ferie zimowe były zawsze czasem leniwego marazmu, przerywanego jedynie wizytami Kacpra. Mój kuzyn, o rok młodszy, przychodził codziennie, żeby pograć na moim komputerze. Wciągał się w rozgrywkę, a ja obserwowałem, jak siada na kanapie z nogami podwiniętymi pod siebie – w tym samym, specyficznie zwinnym geście, co moja mama. Pewnego popołudnia, gdy tak siedział w rozciągniętym, beżowym swetrze i zwykłych dżinsach, coś we mnie kliknęło. Wyobraziłem go sobie nagle w czerwonej, satynowej spódniczce mojej mamy i w jej czarnych, stylonowych pończochach. Obraz był tak wyrazisty, tak niespodziewanie oczywisty, że aż się zaparłem. Pomysł nie dawał mi spokoju.

Kilka dni później, gdy graliśmy w ciszy przerywanej jedynie dźwiękami z ekranu, odważyłem się. Szeptem, jakby wypowiadając zaklęcie, powiedziałem:
„A wyobrażałeś sobie kiedyś, jak by to było… ubrać się zupełnie inaczej? Na przykład w spódnicę?”.
Kacper odwrócił głowę, jego postać na ekranie zginęła. Spojrzał na mnie zdziwiony, ale bez śladu oburzenia.
„Co ty pleciesz?” – zapytał, ale w jego głosie nie było złości, tylko stłumiona, drżąca ciekawość.
„Mam taką myśl… – ciągnąłem, czując, jak serce wali mi jak młot. – Gdybyś… no wiesz. Przymierzył. Tę czerwoną spódniczkę mamy. I te jej pończochy. Tylko tak, żeby zobaczyć”.
Zapadła długa cisza, wypełniona tylko elektroniczną muzyką z gry. Myślałem, że zaraz wstanie i wyjdzie, może już nigdy nie wróci. Ale on się zamyślił. Jego wzrok powędrował w stronę zamkniętych drzwi sypialni moich rodziców.
„A… a pas do pończoch też jest?” – zapytał w końcu cicho, prawie niezauważalnie, jakby sam siebie zaskakując.
„Jest. Z długimi, regulowanymi podwiązkami” – odparłem, nie wierząc własnym uszom.

Jego „tak” było ledwie skinieniem głowy, szybkim i pełnym determinacji. Działaliśmy jak złodzieje w biały dzień. Wsunęliśmy się do cichej, pachnącej perfumami mamy sypialni. Ostrożnie wyjąłem z szafy ciasno złożoną, szeleszczącą, wiśniową spódniczkę oraz pudełko z pończochami. Na samym dnie, owinięty w jedwabny papier, leżał czarny, szeroki, elastyczny pas z podwiązkami.
Kacper wziął to wszystko do rąk, jakby trzymał nieznany artefakt z innej planety. Jego palce delikatnie pogładziły gładką tkaninę spódnicy.
„Zaczekaj na korytarzu” – powiedział głosem, który nie znosił sprzeciwu.
Stanąłem za drzwiami, opierając się o zimną ścianę, z łomotem serca, który zagłuszał wszystko. Nasłuchiwałem najlżejszego szelestu, skrzypnięcia zawiasów, cichego westchnienia.

Kiedy wreszcie drzwi się otworzyły, cicho i powoli, zaparło mi dech w piersiach.
To nie był już mój kuzyn. W progu stała jakaś nieznana, nieśmiała osoba. Czerwona, satynowa spódniczka opinała jego smukłe biodra, podkreślając ich kształt, i sięgała lekko przed kolana, odsłaniając połysk. Czarne, stylonowe pończochy lśniły gładko na jego szczupłych, ale wyraźnie męskich nogach, a cienkie, czarne paski podwiązek znaczyły drobne zagłębienia na udach, znikające pod rąbkiem materiału. Stał nieruchomo, patrząc w podłogę, z rękami niepewnie opadającymi wzdłuż ciała. Jego zwykły, obszerny sweter nabrał w tej kombinacji zupełnie nowego, intymnego znaczenia – stał się czymś miękkim, ochronnym, płaszczem dla nowo odkrytej wrażliwości.
„No i?” – szepnął, nie podnosząc wzroku. W tym jednym słowie było całe napięcie świata.
„Jesteś… zupełnie inny” – wydukałem, a w myślach dokończyłem: *piękny. Bardzo kobiecy. Prawdziwy.* Jakby ta część jego delikatności, którą zawsze podświadomie wyczuwałem w jego gestach, w sposobie, w jaki trzymał kubek czy pochylał głowę, nagle znalazła swój pełny, fizyczny wyraz. Był spójny. Cały.
Uśmiechnął się, lekko, od niechcenia, ale w kącikach jego oczu pojawiły się drobne zmarszczki ulgi. Przeszedł się po pokoju, ostrożnie, ucząc się ruchu spódnicy, która z szelestem opinała się wokół jego ud, zmieniając chód na bardziej miarowy, wahadłowy. Usiadł na kanapie, tym razem świadomie układając nogi po kobiecemu, ze złączonymi kolanami i stopami odchylonymi na bok. Dłonią odgarnął wyimaginowany kosmyk włosów z czoła. W jego szeroko otwartych, jasnych oczach malowała się mieszanina głębokiego zawstydzenia, olśniewającej fascynacji i tej dziwnej, niewypowiedzianej ulgi, jaką daje zrzucenie ciężaru, o którego istnieniu nikt inny nie wiedział.

Nie graliśmy więcej tego dnia. Komputer stał wyłączony, a my siedzieliśmy na kanapie i rozmawialiśmy – o niczym i o wszystkim jednocześnie. O marzeniach, które wydają się niemożliwe, o tym, jak to jest czasem czuć się jak obcy we własnej skórze, o drobnych rzeczach, które drażnią, a których nie można nikomu pokazać. Czerwona, szeleszcząca tkanina i chłodny jedwab pończoch stały się nie kostiumem, nie przebraniem, ale kluczem. Kluczem, który otworzył drzwi do rozmowy, jakiej nigdy wcześniej nie mieliśmy, a która wisiała między nami w powietrzu od lat.
„Moja mama nosi tylko rajstopy – powiedział w pewnym momencie cicho, wpatrując się w połysk swoich ud. – Zawsze… zawsze marzyłem, żeby poczuć właśnie to. Pończochy. I ten pas. Żeby się trzymały. Żeby były osobno”.
Gdy wieczorem zdejmował wszystko, robił to powoli, z namysłem, jakby żegnał kogoś bliskiego. Każdy element składał z pietyzmem, gładząc materiał przed odłożeniem. Gdy już wszystko leżało schowane w szafie, stanął przede mną w swoich zwykłych dżinsach i swetrze. Wyglądał jak zawsze, a jednak był zupełnie inny.
„Dzięki” – powiedział prosto, patrząc mi prosto w oczy. I wiedziałem, że nie dziękuje tylko za pożyczenie ubrań swojej ciotki. Dziękował za to, że mógł być. Choć przez chwilę. Tak, jak zawsze marzył.

Następnego dnia przyszedł jak zwykle, punktualnie o czternastej. W swoich zwykłych, znoszonych dżinsach i tym samym swetrze. Usiadł na kanapie, włączył komputer. I znów, nieświadomie, podwinął nogi pod siebie w tym charakterystycznym, zwinnym geście. Tym razem jednak, zanim pochyliliśmy się nad ekranem, wymieniliśmy spojrzenie. I uśmiech. Mały, sekretny, ledwie widoczny uśmiech, który mówił wszystko: „Widzę cię. Znam cię. I wszystko jest w porządku”.
Ferie dobiegły końca, wiosna stopiła śnieg za oknem, a nasze życie potoczyło się dalej zwykłymi torami. Ale ta nić porozumienia, utkana jednego popołudnia z czerwonego jedwabiu i milczącej tajemnicy, pozostała między nami na zawsze. Niewidzialna, ale mocniejsza niż wszystko, co kiedykolwiek powiedzieliśmy na głos.

Kerad21

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 1177 słów i 6832 znaków.

Dodaj komentarz