Chwila.( 16:37)

Opowiadanie oparte na faktach

Jest 16:35. Wiem, bo patrzyłam na zegarek. Ta cholerna Jenny się spóźnia. Dostrzegłam cię. Mam nadzieję, że nie zrobisz tego, co czuję. Czego się gapisz! Nie! Nie dość, że nie odrywasz ode mnie oczu, to siadasz na przeciw przy stoliku. I jeszcze ten bezczelny uśmiech na twojej twarzy. Gubię się i nie wiem co zrobić, a przecież powinnam wstać i usiąść gdzie indziej. Mam inny wybór. Mogę iść do kasy i złożyć skargę na ciebie. Więc czemu tego nie robię? Co ty sobie myślisz, że kim jesteś, do cholery!
Kładziesz łokcie na marmurowym blacie i wspierasz brodę na dłoniach. Nie chcę, ale patrzę na twoje szczupłe, ale umięśnione i żylaste przedramiona i dłonie.
Ale co mnie to obchodzi!? Czego chcesz! Jesteś w wieku mojego ojca! Czy to ty jesteś tym poszukiwanym zboczeńcem? Nie. Tamten jest łysawy i ma brzuch. Nadal patrzysz tak zuchwale. Czuję rumieniec na mojej jasnej buzi. Ściskam kawałek kartki w dłoniach. Gdzie jesteś, Jenny? Ratuj! Ostrożnie rozglądam się na boki. Czy ktoś dostrzegł mój płomień na policzkach. Zamiast cię zwymyślać i zrobić awanturę, mówie tylko.
— Widziałam cię kilka razy, też lubisz tu przychodzić?
Próbuje się roześmiać. Wychodzi koszmar. Ale ty nadal milczysz i świdrujesz mnie wzrokiem. Przestań! Nie wytrzymam!
Czuję twój pot. Nie mogłeś się umyć? Odrobina perfum by pomogła. Może nie, wyszłoby jeszcze gorzej.
Jesteś w wieku mojego ojca. I właśnie teraz przypomina mi się powiedzenie, , Mężczyźni jak wino, im stasi tym bardziej wykwintni". Co ja plotę?  
Mam spocone dłonie, serce wali jak oszalałe.  
Nie jesteś przystojny. Nic mi się w tobie nie podoba... Tylko oczy. Są w kolorze soczystej trawy. Jak możesz mieć taki kolor oczu? A w nich płomień. Nie gorący. Nie obawiam się, że mnie nim spalisz.
Czuję, że mogłabym iść nago wewnątrz tego ognia. Nie czułabym zimna. Ten ogień ma w sobie bezpieczeństwo i spokój...
Co jest ze mną? Dlaczego takie myśli mi przychodzą do głowy?
Wczoraj mój chłopak, Matt siedział ze mna trzy godziny na ławce w parku. Trzymał mnie za rękę i gładził moje nagie kolana... I nie czułam nic. A ty tylko patrzysz, z tym bezczelnym uśmieszkiem, a ja cała drżę.
No powiedz coś, do jasnej cholery! Tylko nie przestawaj patrzeć, proszę!
— Jesteś taka piękna.
Czytasz moje myśli? Znam na pamięć te teksty: masz ładne oczy, piękne blond włosy...
— Masz cudne piersi, twoje pośladki są małe, jędrne i doskonale wykrojone.
Ty chamie, prostaku, ignorancie... Jak śmiesz! Powinnam wstać ostentacyjnie. Odepchnąć krzesło z hałasem.
— Wierzysz w Jezusa?
Co ja plotę? Dlaczego cię o to pytam? To nie ma sensu.
— Byłem z nim na krzyżu i stałem obok, kiedy chcieli cię kamienować...
Kim jesteś, do cholery. Skąd wiesz, że czytam w kółko ten cytat z Pisma i wyobrażam sobie co czuła ta dziewczyna. Mówią, że to była Maria Magdalena... ja nie wiem. On uwolnił ją, a ona pokochała go od razu... jak ja ciebie.
— Urodziłem się dla ciebie. Czekałaś całe dwadzieścia jeden lat i trzy miesiące na mnie. Na ten dzień, na tą chwilę.
Wstajesz i podajesz mi dłoń. Jest ciepła jak ten ogień w twoich oczach. Pewna i bezbieczna. Nie boję się, że znasz dzień moich urodzin. Wierzę ci, ale...Nie zaprowadzisz mnie do taniego hotelu, gdzie skrzypią łóżka i odpada tapeta ze ściany?
— Pojedźmy do mnie. Będę zdejmował z ciebie ubranie bardzo delikatnie i powoli, a potem położę cię na łózku i będę patrzył na twoje ciało. I będzie ci ciepło, ponieważ mój oddech cię otuli. A potem dotknę czubkami palców twój kark i osiągniesz spełnienie. Wzniesiesz się na szczyt wielokrotnie. Nie będę z tobą długo, bo wszystko przemija, jest zaledwie chwilą.
Oboje urodziliśmy się na ten dzień, na ten moment.
Wstajesz i odchodzisz. Czy nie wiesz, że nie pozwolę ci odejść? Chwytam twoją dłoń.  
Zapach twojego potu, rozpuszcza mnie. Topi, jak płomień świecy wosk.
Zatrzymałeś się. Patrzę na marmurowy blat stołu. Widzę tam ciała w miłosnym splocie. Rozpoznaję swoje złote włosy, plecy, uda. Dostrzegam ciebie...
Nagle mrugam rzęsami.
Boże, to wszystko było snem, zjawą, wizją?
Jest 16:35 na ściennym zegarze. Wszystko jest realne. Siedzę przy stoliku, czekam na Jenny. Widzę jak podchodzisz do stołu z tym bezczelnym uśmiechem. Wiem co chcesz zrobić i co wkrótce powiesz, ale cię uprzedzam. Wstaję, biorę pewnie twoją dłoń i mówię.
— Jedziemy do mnie. Mamy pięć godzin. Jeżeli mnie nie rozpalisz, wezwę policję — uśmiecham się i wiem, że dostrzegłeś biel moich zębów.
Milczysz i patrzysz tymi oczami w kolorze soczystej trawy. Widzę w nich krople rosy opadajacej mgły.
— Urodziam się na ten dzień, na tą chwilę. Tylko dla ciebie.
Uśmiechasz się. Drugą dłonią odchylasz moje włosy na karku i końcami palców dotykasz delikatny złoty meszek na środku szyi. Moja intymność drga jak konwalia na wietrze i pławi się w ciepłej rosie spełnienia. Jest 16:37. Na ta chwię się urodziłam. Na ten moment czekałam całą wieczność.

5 611 czyt.
100%63
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i miłosne, użył 922 słów i 5202 znaków, zaktualizował 12 paź o 8:27 ·

Komentarze (3)

 
  • agnes1709

    agnes1709 29 października

    Kozak, raz ją tycnął i już? To chyba ADeHaDowiec jakiś, czy cuś?: A gdzie zabawa, jakieś fiku miku, hop, sip? O tak o?! Eeee... Dawno mnie u Ciebie nie było i musiałam tu namazać. Wybacz, ale znow żeś naplątał, a mogło być super opowiadanko. pzdr

  • Milady

    Milady 19 października

    Dość specyficzne, ale bardzo ciekawy pomysł

  • Rubs

    Rubs 12 października

    Obiecałam, więc jestem Powiem tak, gdyby ktoś kiedyś dał mi Twój tekst i nie wspomniał kto jest autorem, pewnie i tak bym strzeliła celnie Chaos to Twój znak rozpoznawczy, można się do niego przyzwyczaić Jak zwykle nie rozumiem tej miłości wszechstronnej i wszechogarniającej, ale to zwal na moje ograniczenie, chyba mam za małe serce, albo mózg, nie wiadomo Tak czy inaczej zostawiam łapkę w górę i dodam, że koniec był sympatyczny