W owodni zamknięta nadzieja

W owodni zamknięta nadzieja

Wróć do mnie we śnie, tam odpowiem ci tętnem na tętno  
i oddechem na oddech: nachyloną, szeptem ogrzeję.
Jak kiedyś, najdroższa, choć to dawne dzieje
~ Christyna Rossetti ~


W ciągu minionego roku zacząłem postrzegać żal jako falę pływową. Wznosił się niespodziewanie w głębi mojego jestestwa. Zbierał i dźwigał ze sobą wszystkie zagarnięte po drodze odpadki. Czasem budziłem się zły, że nie byłaś bardziej ostrożna. Sięgałem ramieniem, żeby cię objąć, wciąż odpierałem myśl, że odeszłaś na zawsze. Błagałem Boga, żeby pozwolił mi się obudzić z tego koszmaru.
Nasz syn kwitnie i z dnia na dzień staje się coraz bardziej podobny do ciebie. Ważył niewiele ponad kilogram. Do dzisiaj zdążył czterokrotnie powiększyć tę wartość.

***
Urzeczeni po raz kolejny Perseidami, leżeliśmy obok siebie na dachu naszego domu. Przepełnieni ich zachwytem i przeistoczeniem pyłu kosmicznego we wstęgi światła. Ty zwinięta w kłębek jak kot, usnęłaś z głową spoczywającą w zgięciu mojej ręki. Przeniosłem cię do sypialni i jak śpiącą królewnę położyłem w satynowej pościeli. Uśmiechałaś się przez sen, a kiedy wychodziłem do pracy... uśmiech tam był.

Oglądałem skany MRI* mojego pacjenta, na których widniało coś, co prawdopodobnie było glejakiem. Ciekawe ile czasu może zyskać pacjent po wycięciu guza? Myślałem.
— Szpital na drugiej linii. Mówią, że pilne.
— Dzięki. — Podniosłem słuchawkę, wciąż wpatrując się w przekroje płata skroniowego. — Kizner przy telefonie — słucham.
— Cześć Zyga, tu Czesław z Oddziału Ratunkowego — odchrząknął. — Musisz tu przyjść.
— Ja dzisiaj jestem w przychodni, zapomniałeś?
— Nie. Ty musisz tu przyjść. Chodzi o twoją żonę. — Jego napięty głos był jak pisk opon. Miała wypadek. Spadła z drabiny.
Tembr jego głosu, bardziej niż słowa dudnił w mojej głowie. Biegłem co sił. Proszę, pomyślałem, niech ona nie umiera.
Czesław stał przy wózku reanimacyjnym. Na rękach miał sterylne rękawiczki, a na twarzy maskę chirurgiczną. Stojak przy łóżku obwieszony był workami i pompami. Z kończyn Łucji wystawały najróżniejsze przewody. Respirator sapał miarowo, wtłaczając tlen do podłączonego z ciałem cewnika. Twarz jej była biała jak płótno, z zaschniętą krwią w pszenicznych włosach. Zapis na kardiomonitorze informował, że jeszcze żyje.
Wyprężone i sztywne ciało oraz ręce przykurczone z palcami wyprostowanymi, objawy sztywności odmóżdżeniowej, świadczyły, o poważnym uszkodzeniu ośrodkowego układu nerwowego. Coś lub ktoś zniszczyły jej mózg. Byłem jak na planie niemego filmu. Ludzie poruszali ustami i wykonywali różne ruchy. Ja robiłem to samo: ubierałem się w chałat i podążałem za tym zielonym karawanem, kadr po kadrze moja Łucja podążała w nieznane mi obszary. Dotykałem jej zimnej nienaturalnie dłoni. Oczy nie były już turkusowe, lecz czarne, przez ogromne źrenice spoglądała nieruchomo. Na twarzy poranny uśmiech gdzieś się zagubił.
— Zygi, musisz tu zostać — oznajmił Czet. — Zrobię, co w mojej mocy. Sala już czeka.
Przez ułamek sekundy przeszła myśl, że ja chcę operować. Pocałowałem ją w policzek, bo w ustach tkwiła niczym trąba słonia rurka intubacyjna. Kiedy zniknęła za drzwiami bloku operacyjnego, oparłem się o ścianę i zacząłem krzyczeć.
— Krzycz, krzyk trawi gniew — usłyszałem głos Łucji — to nie może się dziać, to tylko sen — krzyczałem.
Muszę się obudzić... odrzuciłem rzeczywistość na rzecz wiary, iż to tylko koszmar senny.
Moja dziewczyna umiera. Wiedziałem i znałem rokowania, a jednak nie umiałem znaleźć ukojenia w ślepej nadziei: nie mogłem ocalić Łucji.
— Ale potrzebuje cię — krzyczałem. — Gdzie jest ten twój Bóg? Wróć do mnie.
Krążyłem po korytarzu niczym Pac-Man**, wędrowałem po planszy, liczyłem płytki i zakręcałem, kiedy zderzałem się ze ścianą.
— Panie Zygmuncie — usłyszałem głos naszej sąsiadki. — Co z Łucją? — zapytała.
— Pani Heleno, co się stało? — pytałem. — Co, u diabła robiła na drabinie?
Przez chwilę stała z otwartymi ustami.
— Mój Feluś wdrapał się na drzewo — przełknęła ślinę. — On tak biedny miauczał, a Łucja próbowała go stamtąd ściągnąć. Nagle zachwiała się jakby zemdlała i upadła. Uderzyła głową o ten kamień pod gruszą. — zaszlochała. — Była taka blada, jak ją zabierali. Wszystko z nią dobrze?
— Nie. Nie będzie dobrze! — krzyczałem.
Odeszła łkając głośno. A ja byłem niewzruszony, żeby ją rozgrzeszyć.
Gdy przywieźli Łucję po operacji, wyczytałem z twarzy Czeta, niepokój.
— Zyga — powiedział i złożył dłonie tak, jakby prosił o wybaczenie. — Niewiele mogłem. Krwotok pod pajęczynowy i rozdarcie opony — zamilkł, łapiąc oddech. — Jest bardzo źle. Doszło do zaklinowania pnia i wszystko od płatów czołowych po ciemieniowe jest trafione.
Milczałem, byłem nadzwyczaj spokojny.
— Kiedy narkoza przestanie działać, trzeba będzie podjąć decyzję o śmierci mózgowej — zająknął się i dodał. — Czy ty... cóż, czy Łucja chciała być dawcą?
Przytaknąłem.
— Porozumiem się z bankiem narządów — zakończył.
Zapadałem się do wewnątrz, jak te czarne dziury, którym Łucja poświęcała tyle czasu. To ona nauczyła mnie czytać z gwiazd i spoglądać w niebo. Teraz jej istnienie, w najbardziej pragmatycznym sensie, dobiegło końca. Za chwilę zamkną się przede mną wszystkie obrazy i nie zobaczę jej już nigdy. Stałem w drzwiach i patrzyłem w nieznane dla mnie obszary, gdzie nie będę mógł iść razem z nią. A może... zawahałem się.
Chodziłem w kółko po pokoju. Gniew zaczął ustępować, a w jego miejsce wdzierała się głęboka pustka. Rozmyślałem o swojej śmierci po jej pochówku.
— Mogę wejść, Zyga? — W drzwiach pojawiła się ginekolożka Dana.
Podniosłem wzrok. Wolałbym tortury niż pogawędkę. Mimo to skinąłem głową.
Przysunęła do łóżka przenośny ultrasonograf.
Zastanawiałem się, o co, u diabła, chodzi.
— Wiesz, że każdej kobiecie po urazach robimy testy ciążowe — powiedziała.
— Ona nie jest w ciąży, dajcie jej spokojnie odejść — mówiłem podniesionym głosem.
— Test dał wynik dodatni, a poziom beta hCG*** wskazuje na dziewiąty tydzień ciąży — oznajmiła Dana. — Nie wiem jakim cudem przeoczyliśmy to.
Przeczesałem dłonią włosy i patrzyłem oszołomiony w monitor.
— Jest — szepnęła. — Bicie serca, drobne migotanie. Wygląda na dziewiąty tydzień. Będziemy razem prowadzić ciążę doktorze — zwróciła się do mnie.
Przypomniałem sobie, że trzeba oddychać... na skraju pola widzenia tańczyły gwiazdy.
— Dana, myślisz, że to możliwe? — zapytałem.
— Czesław mówił, że przysadka i podwzgórze wyglądały nieuszkodzone, a to sugeruje, że ciało przysadki jest w stanie regulować poziom hormonów. — popatrzyła na mnie zaszklonymi oczami. — Będziemy próbować. Łucja by tego chciała.

***
Rozpoczęła się długa droga i ciężka walka. Najgorsza była z rodziną. Jej matka nie dopuszczała tego do świadomości. Miała mocny atut w ręku... oświadczenie Łucji, o którym ja nie słyszałem. Stary dokument informował o jej woli: "nie chcę żyć, jeśli będę w stanie wegetatywnym lub śmiertelnie chora".
Skontaktowałem się z moim przyjacielem Andrzejem, prawnikiem i umówiłem na spotkanie.
Reporterzy już koczowali pod szpitalem, obrońcy życia nienarodzonych dzieci i obrońcy praw kobiety pikietowali, a media nagłośniły całą sprawę.
Wiedziałem, żeby uratować dziecko, potrzeba jeszcze minimum pięć miesięcy. Czy wytrzymamy, powtarzałem w myślach nieustająco? Mijały dnie, tygodnie, sąd, przesłuchania i moja przeprowadzka do szpitala.
Respirator, pulsometry, nieustanna kakofonia i kryzysy, rozmowy z Łucją coraz bardziej umacniały więzi z moim dzieckiem. Za oknem demonstracje, codzienna prasa donosiła wyssane z palca newsy. Analogia wojenna nabierała sensu. Toczyłem walkę w celu ocalenia tego, co pozostało po mojej żonie: jej dziecka. Byłem gotowy zawrzeć pakt z samym diabłem albo z jego nemezis, gdybym za to odzyskał Łucję.  

***
Jeszcze nie teraz...
— Załamanie tętna dziecka, bradykardia****. — zawiadomiła położna.
— Zabieramy na blok! — krzyknęła Dana. — Szybko.
— Cztery, pięć, sześć punktów w skali Apgar***** — powiedziała neonatolog. — No chłopie walcz, dalej, oddychaj.
I nagle rozległ się donośny krzyk.
Spojrzałem na Łucję, anestezjolog odłączał kardiomonitor.
— Czas zgonu: druga osiemnaście — wyszeptała Dana.

Odeszła w nieznane, a uśmiech znowu powrócił na jej twarz.


Za przypisami Wikipedii
* Rezonans magnetyczny (inaczej MRI – z ang. magnetic resonance imaging) wykorzystuje magnetyczne właściwości atomów, z których składa się wszystko, także ludzkie ciało.
** Pac-Man (w Japonii Puck-Man) – komputerowa gra zręcznościowa stworzona przez przedsiębiorstwo Namco, wydana po raz pierwszy w 1980 roku. Gracz kieruje żółtą kulką – tytułowym Pac-Manem − poprzez labirynt pełen białych kulek. Warunkiem przejścia do następnego poziomu jest zjedzenie ich wszystkich.
*** Beta hCG (gonadotropina kosmówkowa) to hormon produkowany głównie w ciąży, który kontroluje jej rozwój. Zaburzenia wydzielania beta hCG prowadzą do szeregu powikłań i świadczą o nieprawidłowościach w przebiegu ciąży. Beta hCG jest także markerem nowotworowym, tzn. świadczy o obecności niektórych guzów, zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn.
**** Bradykardia to zwolnienie akcji serca poniżej 110 na minutę w co najmniej 10-minutowym zapisie. Jeśli mieści się ona w przedziale między 100, a 110 uderzeń na minutę, to nie świadczy to jeszcze o zagrożeniu płodu. Natomiast zwolnienie poniżej 80 uderzeń na minutę stanowi już sygnał alarmowy.  
***** Skala Apgar – skala używana w medycynie w celu określenia stanu noworodka zaraz po porodzie: w 1., 3., 5. i 10. minucie życia.

627 czyt.
100%232
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii obyczajowe, użyła 1718 słów i 10246 znaków, zaktualizowała 19 cze o 10:14.

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 15 czerwca

    Bardzo dobre i dojrzałe. Jak zwykle. Pozdrawiam

  • AnonimS

    AnonimS · 14 czerwca

    Spora wiedza medyczna. Ciekawy pomysł ale trudny do opisu. Żeby zachować proporcje , dozować napięcie.  Tobie to się udało. Zestaw na tak. Pozdrawiam