Tylko ty cz 4

                                    Śmierć vs Życie, 2:1

Przyszedł piątek. Lekcje przeszy bez specjalnego stresu. Pogadałam chwilkę z Chloe i Zoe.  
Zoe miała cimnobrązowe włosy i takież oczy, natomiast Chloe była blondynką. Miała złote brwi i rzęsy i oczywiście błękitne oczy. Zgrabną figurę, nawet bardzo. Miałam nieco większe piersi niż ona, ale między kobietami to nie jest problem. My oceniamy swoją urodę zgoła inaczej niż męski ród. Szkoda, że większość samców nie ma o tym bladego pojęcia kim właściwie jest kobieta.  
     Wyczułam, że Chloe też ma kłopoty ze swoim chłopakiem. Oczywiście nie powiedziałam nikomu, że zerwałam z Dawidem.  
Chloe była inna niż przeciętna dziewczyna. Nie potrafiłam tego określić, ale czułam, że to prawda.  
— Idziemy, Jenny. Do zobaczenia w poniedziałek. Jak będzie jakieś party, to damy znać. Ucałowałyśmy sobie policzki i dałyśmy po lekkim przytulaku.  
    Robiło się cieplej każdego dnia. Miałam na sobie jeansy, żółtą bluzkę i kurtkę ze skóry.  
Nasza szkoła miała tę zaletę, że nie musieliśmy dźwigać książek i zeszytów, a wyjątkowo w piątek mogliśmy nosić normalne ubrania. Od poniedziałku do czwartku obowiazywały kraciaste spódnice do kolan. Zielone żakiety lub bluzki. Czarne rajstopy. Dla dziewcząt. Chłopcy obowiazkowo musieli nosić czarne sodnie i ciemne, zielone koszule.
     Dostrzegłam jak przyjaciółki wsiadają do samochodu Jerrego, chłopaka Zoe. Też mogłam mieć prawo jazdy, gdybym chciała. Ale nie ciągnęło mnie do tego.  

Wzięłam taksówkę.
Postanowiłam zatrzymać się w połowie drogi do domu i zobaczyć kilka sklepów. Znajdowały się tam niezłe butique z odzieżą damską o bardziej przystępnych cenach. Nie byłam pustą blondynką, ale też nie lubiłam cały rok chodzić w jednej bluzce. I tak bardzo mało kupowałam. W sumie ta sukienka i ten komplecik, był jedynym moim marzeniem.  
     Wysiadłam z taksówki i wstąpiłam od do kilku sklepów. Nawet się nie obejrzałam jak zrobiła się piąta. Zapamiętałam kilka kreacji. W cenie, powiedziałbym, darmowej. Wyszłam z ostatniego sklepiku. Rzuciłam okiem na kawiarnię, znajdującą się bardzo blisko. Dawno nie piłam kawy. Przeważnie zamawiałam latte, ale tym razem wzięłam cappuccino. Do tego mus z czarnej porzeczki na czekoladowym biszkopcie. Byłam tu rok temu. Ta kawiarnia sprzedawała produkty z oryginalnej, francuskiej cukierni.  
     Usiadłam na zewnątrz. Wiatr lekko poruszał moje czarne włosy. Znalazłam na półce z gazetami książkę, Danielle Steel ,,Mistress”.  
     Słyszałam coś o tej pozycji. Natasza Leonowa żyła w Rosji pod protekcją miliardera.  
Zaczęłam czytać. Treść książki mnie wciągnęła. Rzuciłam okiem na komórkę, leżąca na blacie stolika. Zbliżała się szósta. Powinnam wracać. Dopiłam zimną kawę i odłożyłam książkę na półeczkę. Zgarnęłam wszystko do torebki i wyszłam na zewnątrz. Mijałam pojedynczych ludzi i pary...
Miałam właśnie wyjąć komórkę, żeby zamówić taksówkę, gdy mój wzrok padł na samochód, zaparkowany prawie po przeciwnej stronie ulicy. Czyż to nie jest Lexus Jamesa? Zatrzymałam się i dostrzegłam go jak wychodzi z banku. Oczywiście, bardzo się ucieszyłam. Miałam chwilkę na decyzję.    

Poprzednio zrezygnowałam z telefonów do pracy, pytania o ciasto, które lubi. Czy miałam teraz po prostu zrezygnować nawet z zamienienia kilku słów?  
    Bank znajdował się może dwadzieścia metrów w prawo. Dostrzegłam przejście dla pieszych. Ulica nie specjalnie uczęszczana. Ze względu na ilość sklepów, samochody jeździły tutaj nieco wolniej niż mówiły przepisy.  
    On mnie chyba nie dostrzegł. Co za niespodzianka! Włączyło się pomarańczowe, migające światło. Zaczęłam iść...

                                          James

Skończyłem dzień nieco wcześniej. Oliwia chciała zobaczyć jakieś ubrania dla siebie, wobec tego zabrałem ją gdzie chciała. Na tej ulicy mieściło się kilka sklepików, w których kupowała w przeszłości.  
Moja żona należała do kobiet, które nie zmieniały sklepów, jeżeli czuły się usatysfakcjonowane poprzednimi zakupami.  
Wiedziałem, że to potrwa. Popatrzyć na to i tamto. Kobieta potrzebuje zwykle komfortu i przestrzeni podczas zakupów...
Nie marudziłem kiedy byliśmy razem w mallu. Ale teraz miała swój czas, ja skorzystałem z tego i poszedłem załatwić coś w banku. Dostrzegłem ją po przeciwnej stronie ulicy. Zapaliło się zielone światło. Zaczęła iść...
    
To wszystko przypominało zły sen. Usłyszałm ryk silnika. Nie ferrari czy lamborghini, ale zwykłego starego Forda Mustang. Moje zmysły mówiły mi, że jedzie dziewięćdziesiąt. Idiota czy pijany! A może i jedno i drugie. W ułamku sekundy zobaczyłem cały horror tej sytuacji. Tuż przede mną na przejściu dla pieszych szła dziewczyna. Pomarańczowe światła migały, a ona musiała się zagapić. Kątem oka widziałem Oliwię, znajdowała się może dwanaście metrów z lewej strony i już przekroczyła środek jezdni. I dziewczyna i moja żona znajdowały się prawie na linni pędzącego wozu.  
W takiej chwili nie ma czasu na kalkulację.  
To trwało mniej, niż ułamek sekundy. Czy kierowca zaczął hamować? Nie miałem pojęcia. Samochód znajdował się trzy metry przed dziewczyną. Mój mózg zarejestrował. Jennifer Mckezie.  
    Teraz odbywał się wyścig ze śmiercią. Mogła wygrać trzy zero. Wiedziałem, że przy odrobinie szczęścia Oliwia dozna skomplikowanych złamań.  
Czy ja na jej miejscu zdołałbym coś zrobić? Próbowałbym skoczyć do góry.  
    Dwadzieścia lat temu, prawdopodobnie bym zdołał. Ale tam szła moja żona. Sprężyłem się jak tygrys gotowy do skoku. Przy odrobinie uśmiechu losu, mogłem uratować jedno życie. Ona mnie widziała. Na jej młodej twarzy trwał jeszcze uśmiech zadowolenia, że spotkała kogoś, kto uchronił ją przed stratą dwunastu setek.  
    Dostrzegła wóz o wiele za późno. Zaufała pomarańczowemu światłu, podobnie jak Olivia, zaufała zielonemu.  
Pół metra... Miałem ją. Wiedziałem, że mogę ją skrzywdzić tak mocnym szarpnięciem. Kierowca chyba dostrzgł co się dzieję. Delikatnie skontrował i te centymetry pomogły Jennifer. Prawa strona czerwonego Mustanga dosłownie otarła się o jej lewą nogę. Miałem ją. To pewnie zabolało, bo musiałem ją szarpnąć bardzo szybko, a jej nerwy jeszcze nie uruchomiły reakcji mięśni i uśmiech jeszcze trwał na jej buzi.  
Wiedziałem, że jest bezpieczna i całą moją uwagę skierowałem na twarz Oliwi. Nasze spojrzenia się spotkały. Czyżby się uśmiechała... Gdyby skoczyła, jak ja bym próbował, może skończyłoby się na złamaniu nóg... Niestety, strach nieuchronnego, sparaliżował jej ruchy na ułamek sekundy.  
    Pisk opon zlał się z odgłosem uderzenia. Nie dostrzegłem bólu na jej twarzy. Jeszcze nerwy nie zadziałały. Jej ciało odskoczyło jak wyrzucene z katapulty. Zostało uniesione dwa metry do góry i spadło. Mustang przejechał skrzyżowanie i uderzył z łoskotem w bok ciężarowego samochodu. Stosunek masy zaważył. Dwudziesto tonowy wóz nieznacznie zmienił tor drogi. Reszta energi uderzenia zaczęła wgniatać bok ciężarówki. Ciało kierowcy wyleciało z hukiem przez przednia szybę.  

Śmierć wygrała 2:1. Mogło być 3:0!
    
Zostawiłem wystraszoną Jennifer i pobiegłem do Oliwi. Jeszcze żyła, ale to nie miało potrwać długo.
— Kochnie — szepnąłem.
    Spojrzała na mnie swoimi gasnącymi oczami.
— Kochanie... Uratowałeś ją. Żyj szczę.....
    To wszystko. Delikatnie dotykałem ustami jej usta. Nie patrzyłem na zdeformowane uda i biodra. Nie wiedziałem, co ją zabiło. Uderzenie samochodu, czy uderzenie o asfalt. Nie żyła. Moja ukochana Oliwia. Moja jedyna...
    Nie myślałem teraz o sprawcy wypadku. Nie miał najmniejszych szans. Prawdopodobnie już umarł, zaraz potem, kiedy jego ciało wyleciało przez przednią szybę. A jeżeli nie, z pewnością zginął uderzając z prędkością nieco mniejszą niż dwadzieścia metrów na sekundę, w bok ciężarówki.  
     Patrzyłem za twarz Oliwi, ale kątem oka dostrzegłem, że Jennifer podchodzi do mnie. Usłyszałem jej płacz.
— James, to przeze mnie.  
     Odwróciłem oczy. Podniosłem się z klęczek i powiedziałem.
— Nie, Jenny. To nie twoja wina. Nie mów tak.
— Czy to twoja żona?
— Tak.  
— Czy ona...?  
— Tak. Umarła przed chwilą. Moja kochana Oliwia  
     Ludzi przybywało, słyszałem syreny wozów policyjnych, straży i karetki.  
Stałem obok zdeformoanego ciała Oliwi. Jennifer, wtulona w mój tors, cicho płakała.  
  
                                           Jennifer

Stałam przytulona do jego atletycznego ciała. Płakałam. Dopiero po kilku chwilach dotarło do mnie, że uratował mi życie. Nie mógł uratować żony. Nie musiał dokonywać wyboru. Tylko ja dostałam szansę. Czy gdybym nie znalazła się tu i teraz, czy wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy można tak myśleć? Podobno ruch skrzydeł motyla może zmienić wszystko... A jeżeli to wszystko jest gdzieś zaplanowane? I nic i nikt nie jest w stanie zmienić losu? Gdybym zauważyła go chwilkę później, albo chwilkę wcześniej? A może wówczas, ten kierowca rozpocząłby jazdę trochę później lub trochę wcześniej? Gdyby Oliwia zaczłęła przechodzić ulicę chwilę wcześniej lub nieco później? Gdyby, gdyby, gdyby. Żyłam. Oliwia nie. Kierowca i sprawca tego wszystkiego, umarł również. I nic nie mogło tego zmienić. Chyba, że Bóg cofnąłby czas... Ale Bóg nigdy tak nie czyni. Nigdy.
Nie mówiłam nic. Bo ta chwila zasługiwała na milczenie. Cisza jest ogromnym darem, największym klejnotem.  

Stałam wtulona w ramionach mężczyzny, który stał się dla mnie wszystkim. Odczułam to już przy pierwszym spotkani, tylko wówczas moje zmysły przysłoniły mi światło. Mimo tragizmu tej chwili, czułam szczęście. Dlatego nic nie zamącało tego spełnienia. Oczywiście nie mogłam tego wyznać. Nie teraz. Czułam go. Całkowicie, kompletnie. Jego ból. Ale też i wszystko inne.  
    Czy kochałam również jego ból? Oczywiście. Kiedy się kocha, kocha się wszystko, albo nie kocha się wcale. Groteska. Mężczyzna stał obok trupa swojej żony i jej ciało jeszcze nie ostygło, a ja czułam się najbardziej szczęśliwą istotą w całym wszechświecie.  
    Przede mną długa droga, ale nie będę zważała na przyszłe kamienie, osty, zakręty, wiatr, zimno, upał czy żmije czychające w rowie, obok mojej  ścieżki. Ja widziałam tylko Słońce na końcu drogi. Słońce jego miłości. Światło ciepła i rozkoszy.  
Zobaczyłam oczami wyobraźni jak klęczy przede mną i wyznaje mi miłość, jak prowadzi mnie do ołtarza, a ja stąpam po płatkach róż, a za mną ciągnie się biały welon. Widziałam w wizji jak kocha moje ciało, a ja odwzajemniam mu wszystko podwójnie. W końcu dostrzegłam, że idzie ze mną parkiem i spogląda na mój brzuch w którym niosłam nasze dziecko. I kiedy zrozumiałam kim jest dziecko, poczułam tak ogromne zdziwienie, że wizja znikła.  
Stałam wtulona i czułam jak łzy płyną po moich policzkach. Płakałam za niego. Bo on nie mógł. Ogrom cierpienia na to mu nie pozwolił.  
    Zobaczyłam już zwykłymi oczami ludzi, policjantów i sanitariuszy. Jeden z nich dotknął ramienia Jamesa
— Proszę pana?
    Spojrzał na niego pustym wzrokiem.
— Tak? — zapytał cicho.
— Czy to ktoś znajomy, bliski?
— To moja żona — szepnął.
— Czy możemy zabrać ciało? — zapytał sanitariusz.
— Tak. Co z tamtym?
— Zmarł na miejscu. Był pod wpływem alkoholu, może i narkotyków. Przykro mi z powodu straty.
     James nic nie odpowiedział. Sanitariusz spojrzał na mnie.
— Jest pani córką?
— Nie. James mnie uratował. Gdyby nie on, mielibyście trzy trupy.
— Rozumiem. Prawdopodobnie oficer policji będzie chciał z państwem porozmawiać.  
    Po chwili podszedł kapitan Ramsey. Dopiero w tej chwili uświadomiłam sobie, że to ten sam rejon, w którym tydzień temu próbowano zabrać mi torebkę.
— Co za tragedia — powiedział Ramsey — co tu się stało?
    Spojrzałam na kapitana.
— Przechodziłam na przejściu dla pieszych, zapaliłam pomarańczowe światło. Byłam wcześniej w kawiarni po drugiej stronie. Dostrzegłam pana Waterblacka, chciałam się przywitać. Nie widziałam tego samochodu. Zginęłabym, gdyby nie James. Szarpnął mnie, mimo to bok pojazdu otarł się o mnie. Pan James ma refleks i nadludzką szybkość. Niestety nic nie mógł zrobić by uratować żonę. Tak mi przykro.  
— Mnie też jest bardzo przykro. Zawiadomiłem pani ojca. Przyjedzie z pani matką, za kilka minut.
— Razem? Ojciec też przyjedzie?
— Tak, bardzo się przejęli. Wygląda, że pan Waterblack jest pani aniołem stróżem.
— Tak. Jest czymś więcej. To na niego czekałam całe życie.
     Kapitan tylko się uśmiechnął. Spojrzał mi prosto w oczy. Zrozumiał. Spojrzałam na Jamesa. Nadal trzymał swoje dłonie na moich plecach, ale wątpiłam czy słyszał co powiedziałam. Był nadal z Oliwią. Był z nią, a ja nie śmiałam ich rozdzielać.  

Czas się zatrzymał. Oczywiście widziałam poruszajacych się ludzi. Czas nie płynął tylko we mnie. Stałam w świetle miłości. A jej źródło zdawało się być w nim. Czy to możliwe?  

Zobaczyłam samochód rodziców. Charles szedł tak szybko, że nawet lekko ciągnął Beatrice.  
—  Jennifer, dziecko! —  powiedział głośno.
—  Ojcze —  rzekłam.
     Niechętnie wysunęłam się z ramion Jamesa. Weszłam w ramiona ojca. Przytuliłam go krótko i objęłam mamę.
—  Uratował mi życie. Jestem mu je winna.
      Nie wiedziałam czy zrozumieli.  
—  Chcę zobaczyć ciało człowiek, który zabił moją Oliwię —  powiedział głucho James.
—  Dobrze. Mogę z tobą iść? — zapytałam cicho
—  Tak.  
      Widziałam, że rodzice patrzyli na mnie i na niego. Szli za nami w odległości dwóch, trzech kroków. Staż pożarna sprzątała oleje i odpadki z ulicy. Usunięto już wrak mustanga. Ciało kierowcy leżało przykryte białym prześcieradłem.
—  Czy mogę zobaczyć zwłoki? —  zapytał James — on zabił moją żonę.
      Policjant spojrzał na bruneta.  
—  To nielegalne. Dobrze, ale proszę nie dotykać ciała. Nie jest to miły widok.  
      Odsłonił rąbek okrycia. Mężczyzna miał po trzydziestce. Podrapana i poszarpana twarz nie mówiła wiele. Nienaturalnie położenie karku świadczyło, że został złamany i choćby to mogło spowodować śmierć. Gdyby miał zapięte pasy bezpieczeństwa, też by zginął.  
—  Dziękuje —  szepnął James —  chcę jechać do domu.
—  Jest pan w stanie prowadzić? —  zapytał starszy kapral Mills.
—  Tak.
—  James, mogę pojechać z tobą?  
      Spojrzał na mnie i rzekł.
—  Tak.
      Moi rodzice się zdziwili.
—  Powinnaś jechać z nami do domu —  powiedział ojciec.
—  Tato, ja chcę być teraz z Jamesem. To nie podlega negocjacji.
     Jeszcze bardziej się zdziwili
—  Ależ, kochanie —  rzekła matka.
—  Przyjedziecie po mnie rano. To już jest postanowione...
—  Panie Waterblack, jest nam niezmiernie przykro z powodu straty, ale nich pan coś powie...
—  Ojcze! Daj mu spokój. Nic nie rozumiesz? On stracił żonę. Uratował moje życie. To jest przeznaczenie. Już wówczas, po napadzie wiedziałam, ale próbowałam sobie to tłumaczyć. Przyjedziecie po mnie rano. Dziękuję, że przyjechaliście.
—  Ależ....
—  Dość! Nie rozumiesz po angielsku, Charles! —  podniosłam głos.  
      Spasowali. Widzieli mnie taką po raz pierwszy.
—  To szok, proszę pana. Ludzie tak reagują w takich wypadkach —  odezwał się Mills —  proszę przyjechać po córke rano, jak prosi.
      Powoli odchodziliśmy z Jamesem do jego Lexusa. Trzymał mnie pod rękę. Wiedziałam, że jeżeli kogoś potrzebował w tej chwili, to właśnie mnie.  
On oczywiście tego nie wiedział, pozostawał nadal z Oliwią.  

                                                                  





494 czyt.
100%2
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użył 2777 słów i 15881 znaków

Dodaj komentarz