tylko jeden błąd - 48

Kolejna leniwa niedziela. Obudziłam się przed Liamem i Dylanem i postanowiłam wziąć szybki prysznic, ponieważ moje włosy wyglądały katastrofalnie. Po umyciu wysuszyłam je dokładnie, po czym owinęłam się szlafrokiem i poczłapałam z powrotem do sypialni. Moi chłopcy dalej spali, więc i ja z powrotem się położyłam, bo nagle zmorzył mnie sen. Po jakichś dwudziestu minutach usłyszałam, że Dylan zaczyna się wiercić. Przewrócił się na drugą stronę, przysunął do mnie i wymruczał:
- Ładnie pachniesz. – Przysunął się jeszcze bliżej, jakby chciał mnie powąchać. I chyba nawet to robił.
- Dzięki. To oznacza, że mój żel pod prysznic dobrze się sprawuje. – Objęłam go ramionami, a on wtulił się we mnie jak dziecko. Musiało wyglądać to zabawnie – ja, malutka, ledwo dająca radę go objąć, a on, taki wielki, ledwo mieszczący się na łóżku. Ponownie zaczęłam przysypiać.
- Głodny jestem… - usłyszałam mamrotanie Dylana.
- To idź zrobić sobie śniadanie.
- Nie chce mi się – jęknął.
- Ach… - Otworzyłam oczy i wbiłam w niego wzrok. – Czyli pewnie oczekujesz, że ja wstanę i zrobię ci to śniadanie? I jeszcze do łóżka podam?
- Byłoby cudownie. – Oderwał się ode mnie i rozłożył na łóżku, rozkładając szeroko ramiona. Wyglądał, jakby naprawdę czekał, aż zjawię się tu z tacą pełną smakołyków. – Mogłabyś mnie jeszcze nakarmić – dodał, zamykając oczy. – I trochę przy tym poruszać moją szczęką. Przeżuwanie jest takie męczące…
Przerwał, kiedy trzepnęłam go lekko w ramię.
- Nie jestem twoją służącą. Wystarczy mi, że muszę karmić Liama.
- A może ja też jestem małym dzieckiem, które wymaga karmienia? – Zrobił szczenięce oczy.
- Ty jesteś bardzo dużym i bardzo leniwym dzieckiem – prychnęłam. – Do czego to doszło. Masz dwie nogi, dwie ręce, nawet pokusiłabym się o dwie półkule, ale dziwnym trafem zrobienie śniadania przekracza twoje możliwości. I jeszcze bezczelnie mnie wykorzystujesz. – Przekręciłam się gwałtownie i usiadłam na nim okrakiem, pochylając się nad jego twarzą. – Co to, to nie, mój drogi, może jak zgłodniejesz, to jakimś cudem sobie coś wyczarujesz.
Uświadomiłam sobie, że do Dylana najprawdopodobniej nie dotarło żadne moje słowo, bo wzrok miał utkwiony poniżej mojej twarzy. Poły szlafroka rozsunęły się nieco, ukazując moje piersi. Natychmiast się zakryłam, co najmniej jakby miało to jakiś sens – w końcu tyle razy widział mnie nagą.
- Proszę, proszę, co my tu mamy… - wyszeptał z pożądaniem w oczach, ale znowu trzepnęłam go w rękę, która zmierzała w okolice mojego biustu.
- Hej, testosteronie, zwolnij. Twoje dziecko śpi obok i chyba nie powinno póki co wiedzieć, jak zostało zrobione.
- No może i tak… - westchnął z żalem, a ja szczelnie zacisnęłam poły szlafroka.
- Pójdziemy dziś do kościoła? – spytałam, nieoczekiwanie zmieniając temat. Zeszłam z Dylana i usiadłam na brzegu łóżka.
- Możemy pójść. A co cię tak naszło na kościół? Nigdy nie odniosłem wrażenia, że jesteś zagorzałą katoliczką.
- Sama nie wiem. Bardzo dawno już nie chodziłam, a może powinnam. No wiesz, podziękować Bogu za Liama. I za sam fakt, że żyję.
- Nie ma sprawy. Pójdziemy. Z Liamem?
- A co, zostawię go tu?
- No nie, ale jemu może się nie spodobać atmosfera kościoła – zauważył rozsądnie Dylan.
- Może się uda. Nie jest szczególnie płaczliwym dzieckiem – powiedziałam powoli, zastanawiając się nad tym. – Najwyżej wyjdziemy, jeśli będzie się bardzo darł, ale trzeba go też powoli przyzwyczajać do tłumów i hałasów.
- Jak uważasz. – Dylan przeciągnął się, ziewnął i wstał. – To kto robi to śniadanie?

✰✰✰

Założyłam czarną sukienkę, choć dzień był nawet ciepły, ale materiał był cienki, więc miałam nadzieję, że nie zmarznę. Chyba nie miałam innego stroju, który by się nadawał do kościoła. Sama nie wiem, czemu akurat dziś na to wpadłam. Nagle po prostu pomyślałam, że powinnam być wdzięczna za to, co mam, mimo okropnej przeszłości. Wypadałoby za to podziękować.
Poszliśmy na mszę popołudniową, bo Liam był już po drzemce i liczyłam, że będzie miał dobry humor. Nijak nie mogłam mu wytłumaczyć, że ma być cicho, więc po prostu dałam mu smoczka i co jakiś czas przykładałam palec do ust. Niby to rozumiał, co nie znaczyło, że się słuchał, ale na razie był grzeczny. Usiedliśmy na jednej z tylnych ławeczek, blisko wyjścia, w razie gdyby Liamowi popsuł się nastrój.  
Jako nastolatka zawsze nudziłam się potwornie, gdy rodzice ciągnęli mnie do kościoła. Nie widziałam w tym sensu, wolałam ten czas spożytkować na sen albo na oglądanie serialu. Teraz jednak z uwagą słuchałam każdego słowa i myślałam, że Bóg patrzy na mnie dosłownie w tej chwili i widzi, że naprawdę jestem wdzięczna po tym wszystkim, co przeszłam. Nie zadawałam Mu pytania, dlaczego zostałam zgwałcona. Może tak miało być. Może dzięki temu stałam się osobą, którą jestem dzisiaj. Może dzięki temu wszystko wyszło na dobre, a ja miałam teraz synka i Dylana obok. To wszystko mogło się skończyć naprawdę dużo gorzej.
Liam zaczął trochę płakać, kiedy nagle buchnęła muzyka i głośne dzwony, więc Dylan wyszedł na zewnątrz, by go uspokoić. Ja zostałam aż do końca. Oni nie wrócili, więc szybko uklękłam, przeżegnałam się i wyszłam ich poszukać. Była już osiemnasta, słońce powoli zachodziło. Nigdzie nie widziałam Dylana, więc przystanęłam i rozglądałam się dookoła. Gdzie on mógł pójść?
Nagle czyjaś dłoń owinęła się wokół mojego nadgarstka. Wzdrygnęłam się i już miałam krzyknąć, kiedy zobaczyłam, że dłoń była pomarszczona, z widocznymi żyłami i plamami wątrobowymi. Obróciłam się i uspokoiłam. Obok mnie stała staruszka, niziutka i zgarbiona.
- Przepraszam panią… - zaczęła, podnosząc na mnie wzrok.  
- Pomóc pani w czymś? – zapytałam, lekko zmartwiona. Nie widziałam innego powodu, dla którego ta starsza pani miałaby mnie o coś pytać.
- Nie, nie trzeba. – Zabrała rękę z mojego nadgarstka i oparła ją na lasce, przenosząc ciężar ciała na drugą stronę. – Chciałam tylko powiedzieć… szuka pani mężczyzny? Z dzieckiem?
- Tak, to mój synek – potwierdziłam.
- Tak myślałam… widziałam, jak państwo przyszliście na mszę… poszli w tamtą stronę. – Wskazała gdzieś trzęsącą się ręką. – Tam są chyba toalety.
- Och. Dziękuję bardzo.
- Ale chciałam jeszcze powiedzieć… - Jej głos był cieniutki, słaby, miałam wrażenie, że zaraz się załamie. – Obserwowałam was w kościele. Stanowicie piękną parę. Macie ślicznego synka. Nie zaprzepaśćcie tego.
Słuchałam jej z powagą, czując, jak wzbiera we mnie litość dla jej kruchej postawy i słabego głosu. Ale ona mówiła dalej:
- Nie pozwólcie, by ktokolwiek wszedł między was. Powinniście się kochać tak, jak teraz, już do końca życia. Mam nadzieję, że spotka was w życiu samo dobro. Niech was Bóg błogosławi.
- Dziękuję – szepnęłam, a ona skinęła mi głową i zaczęła odchodzić. Chciałam pójść za nią, może zapytać o jej imię i czy niczego jej nie trzeba, ale zobaczyłam, że zaraz podchodzi do niej młodsza kobieta, zapewne córka i pomaga jej dotrzeć do samochodu. Obserwowałam ją, aż zniknęła za ciemną szybą i odjechała. Jej słowa mocno mnie poruszyły, na tyle, że nie byłam w stanie się ruszyć. Powiedziała, że powinniśmy się kochać do końca życia tak, jak teraz… ale czy naprawdę się kochaliśmy?
- Hej.
Drgnęłam, kiedy usłyszałam obok siebie głos Dylana. Nawet nie zauważyłam, kiedy podszedł.
- Wszystko w porządku? Wracamy? – spytał, obserwując mnie badawczo.
Pokiwałam głową.
- Wracamy.

✰✰✰

Trzy dni później ktoś do mnie zadzwonił. Spodziewałam się, że to jak zwykle moja mama, ale o dziwo na ekranie wyświetlał mi się nieznajomy numer. W pierwszej chwili chciałam odrzucić. Nie lubiłam telefonów od nieznajomych, jeśli nie spodziewałam się, że ktoś ma do mnie dzwonić. W pierwszej chwili pomyślałam o Jacku, że jakimś cudem wyszedł z więzienia, zdobył mój numer i dzwonił, by… sama nie wiem co. Postraszyć mnie? Powiedzieć, że wyszedł na wolność? Żeby się nie zastanawiać, odruchowo wcisnęłam zieloną słuchawkę i przystawiłam komórkę do ucha.
- Halo?
Dziesięć minut później siedziałam na kanapie z rozdziawioną buzią. Wstałam dopiero wtedy, kiedy Liam znikł mi z oczu, by poraczkować z salonu do sypialni w tempie odrzutowca. Poszłam za nim i wysłałam smsa do Dylana, sama nie wierząc w to, co właśnie usłyszałam.
CAMILLA: Chyba musimy zacząć świętowanie.
DYLAN: Dostałaś pracę?
CAMILLA: Tak, a już zdążyłam zapomnieć, że w ogóle byłam tam na rozmowie. Nie spodziewałam się, że oddzwonią.
DYLAN: Mówiłem Ci   
Ucieszyłam się jak głupia, kiedy w końcu to do mnie dotarło. Nie była to praca moich marzeń, nie wymagała nie wiadomo jakich kwalifikacji, w dodatku chyba nie można było jej nazwać ambitną, ale i tak się cieszyłam. Cieszyłam się, że nie muszę już pracować online, robić rzeczy, których nie lubię i nie rozumiem: w końcu wyjdę do ludzi, zacznę sama zarabiać, a nie tylko korzystać wiecznie z pomocy finansowej rodziców oraz Dylana. No i na pewno czekały na mnie jakieś bonusy tej pracy: może jakieś zniżki na kosmetyki? To by było chyba równie przydatne, co pensja. No i na pewno będzie tam pięknie pachniało. Właściwie nie było to najwyższe wymaganie odnośnie miejsca pracy, ale chyba każdy wybrałby pracę w otoczeniu pięknych zapachów, a nie wysypiska śmieci?
Dylan wrócił wieczorem, dźwigając jakiś pakunek. Nieco się zdziwiłam, gdy okazało się, że to plastikowe pudełko z ciastem.
- Czy to aby nie przesada? To tylko praca. W sklepie kosmetycznym, a nie w NASA – powiedziałam z rozbawieniem, choć miałam wielką ochotę na to ciasto.
- Nie chodzi o samą pracę. Przetrwałaś rok w mieszkaniu, praktycznie sama z dzieckiem. Teraz w końcu wyjdziesz między ludzi. – Otworzył hałaśliwie pudełko i zaczął kroić ciasto.
- Mówisz, jakbym była dzikim wilkiem.
- Może jesteś. – Posłał mi złośliwy uśmiech, jednocześnie podając mi talerzyk z kawałkiem ciasta.
- Powinnam chyba zacząć szukać jakiejś opiekunki dla Liama. – Zaczęłam myśleć na głos, siadając przy stole i nadziewając ciasto na widelczyk. – Nie wiem, czy chcę, żeby codziennie zostawał z moją mamą.
- A co, boisz się, że będzie miała na niego zły wpływ? – zapytał ironicznie Dylan, siadając naprzeciwko mnie.
- Co za dużo, to niezdrowo. W końcu i Liam zacznie do mnie mówić: „Dziecko, ale to przecież dla twojego dobra” – powiedziałam, przedrzeźniając głos mamy.
- Lepiej, żeby to nie były jego pierwsze słowa.
- Spytam Lacey, może ona już testowała jakieś opiekunki. Wolimy młodsze dziewczyny czy starsze panie? Bo te drugie mogą już być trochę za stare na opiekowanie się dziećmi, ale te młodsze… - Urwałam na chwilę. – Nie, nie chcę młodszych. Zapomnij.
- Dlaczego nie?
- Bo jeszcze któraś ci się spodoba i potem będzie się rozkładać w salonie niczym Elena – palnęłam. No. W końcu. Powiedziałam to. Może nieco zawoalowałam swoje obawy, ale przekaz był jasny.
- Znowu traktujesz mnie jak dziwkarza? – Dylan zmarszczył nieco brwi.  
- Nie traktuję cię jak dziwkarza – zirytowałam się. – Ale to chyba… normalne, że się nieco niepokoję, znając twoje zapędy do dziewczyn? Przyjdzie tu jakaś, machnie włosami, a ty od razu…
- Ja naprawdę nie jestem jakiś niewyżyty – przerwał mi, wzdychając ciężko. – Nie muszę pukać dwudziestu panienek na raz, żeby się zaspokoić.
- Czyli tylko o to chodzi? – zapytałam wojowniczo. Nagle straciłam ochotę na ciasto. Gwałtownie odsunęłam od siebie talerzyk. – Chodzi tylko o to, by się zaspokoić?
- Chryste, nie.  
Patrzył na mnie z trudnym do określenia wyrazem twarzy, jakby połączenie rozbawienia ze złością. Aż straciłam pewność siebie.
- Chciałaś coś jeszcze dodać? – zapytał, a ja przyciągnęłam do siebie talerzyk i zaczęłam dziobać ciasto.
- Nie.
- Naprawdę? Jakoś ci nie wierzę.
Policzki oblał mi rumieniec, zwłaszcza kiedy Dylan odłożył widelczyk na talerz i przysunął swoje krzesło do mojego, po czym mocno złapał mnie za podbródek i zmusił, bym na niego spojrzała.
- Wiesz… - powiedział, zaglądając mi głęboko w oczy, aż poczułam ciarki na całym ciele. – Jeśli chcesz się czegoś ode mnie dowiedzieć, to nie musisz rzucać we mnie oskarżeniami. Wystarczy, że zapytasz.
- W porządku – wymamrotałam, zastanawiając się, jak konkretnie mam sformułować moje pytanie. – Czy uprawiasz seks tylko ze mną?
- Dobrze, że pytasz – odpowiedział swobodnie Dylan, puszczając moją twarz i odchylając się do tyłu na krześle. – Nie było to takie trudne, co? Moja odpowiedź brzmi: tak.
- Naprawdę? – Poczułam, jak zalewa mnie fala ulgi.
- Naprawdę. Ale widzę po twojej minie, że masz do mnie jeszcze więcej pytań, więc śmiało, pytaj.
- No dobrze… - Oblizałam językiem wargi. - Zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu. Czy… - zawahałam się, ale ciągnęłam dalej: - Czy uprawiamy seks tylko dlatego, że jesteśmy zdani tylko na siebie? Bo mieszkamy razem i to idealna okazja, żeby się zaspokoić? – Mocno zaakcentowałam ostatnie słowo. – Czy to w ogóle coś dla ciebie znaczy, czy jestem tylko… - Przełknęłam z wysiłkiem ślinę. – Czy traktujesz mnie jak kogoś, kogo posuniesz raz na jakiś czas? Jestem odskocznią od codzienności? Bo jestem blisko i akurat się nadam?
Poczułam lekką ulgę, gdy w końcu wyrzuciłam z siebie wszystkie moje obawy, ale dalej czułam stres, co Dylan odpowie. Patrzył na mnie z uniesionymi brwiami. Nagle poczułam się jak nastolatka.
- Musiałaś naprawdę dużo myśleć, żeby wpaść na takie pomysły.
- Odpowiedz – zażądałam.
- Trochę mi przykro, że tak myślisz, bo tym razem odpowiedź brzmi: nie. Nie uprawiam z tobą seksu dlatego, by się zaspokoić i dlatego, że jesteś akurat pod ręką. Robię to, bo ty… to ty – powiedział powoli, a ja dostałam rumieńców na całej twarzy. Po chwili jakby się otrząsnął i dodał: - Chcę tego, więc to robię, a ty przestań się przejmować jakimiś bzdurami, bo tylko cię rozboli głowa. – Wstał od stołu, wstawił swój talerzyk po cieście do zlewu i już miał wychodzić, kiedy zdecydowałam się zadać ostatnie pytanie:
- A więc… jesteśmy znowu razem?
Mój głos był piskliwy, w ogóle całe to pytanie brzmiało dla mnie śmiesznie, czułam się jak tamtego wieczoru w walentynki, kiedy równie nieśmiało pytałam Dylana, co do mnie czuje. Teraz, pytanie o bycie razem po tym wszystkim, co przeszliśmy, wydawało się aż nieprawdopodobne.
Dylan odwrócił się w moją stronę powoli, z dziwnym uśmiechem na twarzy.
- No cóż… raczej nie mam w zwyczaju uprawiać wielokrotnego seksu z koleżankami.
Miałam ochotę zapytać „jak to nie?”, bo mogłabym się nieco przyczepić do jego odpowiedzi, ale wiedziałam, że po prostu nie chciał mówić wprost tego, co było właściwie oczywiste. Zrozumiałam przekaz. Byliśmy znowu razem. Uważał nas za parę. Siedziałam spokojnie, ale wewnątrz szalałam z radości.
- Koniec przesłuchania? – Usłyszałam jego rozbawiony głos.
- Na razie tak – wymamrotałam, dalej nieco się wstydząc się nieco mojego stylu prowadzenia rozmowy, ale udało mi się wstać na chwiejnych nogach i minąć Dylana w drzwiach. – Sprawdzę, czy Liam nie skopał z siebie kołdry.
Słyszałam za plecami jego cichy śmiech, ale nie miało to znaczenia, bo znowu był mój.

1 013 czyt.
100%203
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2917 słów i 16075 znaków.

3 komentarze

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 7 marca

    Brakuje mi trochę jej pyskatego "ja", ale to nic, i tak jest git

  • AlexAthame

    AlexAthame · 7 marca

    A tak się miło zaczęło. Kościół, i tak dalej. Myślałem, że mi kradniesz mój temat. Ale nie... Co do reszty. Hej Dylan! Powiedz jej, że ją kochasz. Każda komórka jej ciała o to prosi. Ja wiem, że ona lubi z tobą... no wiesz co. Ale to TYPOWA BABA.  O niczym innym nie marzy jak to, by to usłyszeć. To dla niej sto razy ważniejsze niż buzi-buzi, tuli-tuli. Szczególnie,  że to prawda.    Candy, jak coś źle napisałem to podam numer do mojego adwokata

  • szaramyszka

    szaramyszka · 7 marca · 284358659

    Taką luźną rozmowa na początek i to mi się podoba pisz kochana dalej🙂