To ja już sam zacznę płakać cz. 55

Cz. 55
Marzena
Minęło już piętnaście lat, odkąd Adam odjechał z życia nas wszystkich. Nie szukałyśmy go, bo po cóż szukać kogoś, kto nas porzucił?
Najbardziej żal mi było Alicji, którą zostawił wiedząc, że spodziewa się trojaczków. Nie sądziłam, że kiedykolwiek tak powiem, ale Adam nie był nigdy wart żadnej z nas. Ala przecież kochała go nad życie, a on zwyczajnie ją porzucił. Gdyby, choć wiedział, jakie zesłał na nią nieszczęście, to może by się opamiętał. Jednak na wszystko jest już za późno.
Nigdy nie zapomnę dnia, w którym Ala oświadczyła mi, że zaczyna rodzić. Był to już prawie siódmy miesiąc ciąży, kiedy wystraszona zadzwoniła do mnie o wpół do drugiej w nocy i oświadczyła mi, że zaczął się poród. Przybiegłam jak najszybciej będąc tylko w piżamie i zapytałam, czy wezwała już karetkę.
- Nie chcę karetki, ty mnie zawieź, błagam!
Zrozpaczona biegała jak szalona nie wiedząc, co ma za sobą zabrać.
- Weź tylko łapcie, szlafrok i wkładki- mówiłam jej.- Resztę dowiozę ci potem.
Przytuliła mnie wtedy i pocałowała w policzek.
- Dzięki, że ty mnie nie opuściłaś- powiedziała i zaczęła szukać szlafroka. Ja pobiegłam do pokoju Angel i w pół śpiąca owinęłam w kocyk i zaniosłam do samochodu.
- Trzymaj się- powiedziałam zapinając Angel w foteliku.
- Mama?- Zapytała Angel, kiedy szerzej otworzyła oczy.
- Tak kochanie. Mama jedzie urodzić ci rodzeństwo- odparła, a mnie oczy zaszły łzami.
Dojechałyśmy w samą porę, ponieważ Ala miała już bardzo duże rozwarcie, a z jakiegoś powodu zaczęła też krwawić.  
- Wszystko będzie dobrze- zapewniłam ją, choć sama trzęsłam się jak galareta. Dobrze, że Angel była ze mną, bo sama nie wiem, co bym zrobiła.
Po pewnym czasie, kiedy pielęgniarki latały jak szalone, niczym pszczoły, którym ktoś zabiera miód, w końcu usłyszałam płacz dziecka. Wycałowałam Angel tak, jak nigdy dotąd, a ona zdziwiona patrzyła na mnie, bo nie słyszała jeszcze płaczu małego dziecka na żywo. Gdy i kolejny płacz zalał salę niemal odróżniałam płeć dziecka. Pierwszy należał do dziewczynki, a drugi, nieco grubszy z pewnością był chłopcem.
Chciałam coś zobaczyć, zapytać kogoś o dzieci, ale nikt nie wychodził z Sali. Słyszałam jakąś tam krzątaninę dziwnych słów, ale nie zdawałam sobie z nich sprawy. Byłam pewna, że to, co się dzieje tam w środku jest rzeczą normalną.
Nie było.
Po kilkunastu minutach zasmucona pielęgniarka wyszła z sali i nie pytając mnie, czy Ala jest moją znajomą twardo powiedziała, że jest jej bardzo przykro. Wtem przypomniałam sobie, że nie usłyszałam trzeciego płaczu, więc  z góry założyłam, że chodzi o trzecie maleństwo.
- Naprawdę robiliśmy, co w naszej mocy, ale…
- Coś z trzecim dzieckiem, tak?- Spytałam ze łzami w oczach.
- Na prawdę bardzo mi przykro. Pani Alicja odeszła. Nie udało nam się jej uratować. Zabrała ze sobą najmniejsze dziecko, którego również nie udało się uratować, bo już nie żyło. Zmarło w jej wnętrzu. Naprawdę bardzo mi przykro.
W pierwszej chwili nie wiedziałam, co począć.
- Mama- powiedziała Angel, a mnie zrobiło się tak słabo, że z wrażenia usiadłam na podłodze.
- Nic pani nie jest? Proszę pani?- Pytała zaniepokojona pielęgniarka.
Adamie! Co ty najlepszego zrobiłeś!





Adam
Sam nie wiem, czego od siebie oczekuję. Pałętam się po okolicy, w której rozpoznaję tylko swój hotel i numer pokoju. Ludzie nie mówią w moim języku, ale czego mogłem się spodziewać przybywając do Barcelony?
Ludzie tutaj są jak wszędzie. Jedni siedzą pod sklepem i piją jakieś trunki, a inni zaczepiają panienki, które same proszą się o gwałty.
Któregoś razu podbiegłem do kobiety, którą ktoś namolnie całował i wkładał jej rękę tam, gdzie z pewnością sobie tego nie życzyła, lecz zanim zdążyłem go odepchnąć zbiegło się kilku innych i tak skopali mi tyłek, że ledwo doszedłem do siebie. A dziewczynę i tak zgwałcili. Ja natomiast leżałem w pół przytomny na chodniku i nikt nie podszedł do mnie, aby mi pomóc. Nikt nawet nie podał mi ręki, tylko wręcz widząc mnie leżącego, omijali mnie, nawet nie okazując cienia współczucia.
I to ma być ta cudowna Barcelona? Miejsce, gdzie zaczynali najwięksi pisarze? Jak oni tutaj przeżyli, skoro panuje taka znieczulica?
- Ty Polak?- Zapytała zgwałcona dziewczyna, która ledwo zakrywała swoje ciało skrawkami ubrania, którego nie zdołali rozszarpać. Pierś miała na wierzchu, a z ust leciała jej stróżka krwi. Nie zakrywała się przede mną, tylko skwapliwie naciągała poszarpaną sukienkę starając się okryć swoją nagość, kiedy kilku przechodniów zerknęło w naszą stronę.
- Tak- wysapałem i zaraz wyplułem krew zastygłą w ustach.
- Choć, ja tobie pomagaju. Ty mnie pomagaju, to ja tobie pomagaju- powiedziała i pociągnęła mnie za ramię.
Bolało jak jasna cholera.
Trochę trwało, zanim zdołałem się podnieść. Kręciło mi się w głowie i strasznie bolał mnie brzuch, bo przeważnie tam mnie kopali. Dwa razy dostałem z buta w szczękę, ale póki, co prócz krwi i tępego bólu nie byłem w stanie odczuć, czy mam wszystkie zęby.
Dziewczyna zabrała mnie dwie przecznice dalej, gdzie koślawe schody prowadziły do jeszcze gorszych drzwi zbrukanych brakiem pieniędzy.
- Mieszkasz tutaj?- Zapytałem, kiedy popchnęła drzwi i kazała mi się rozgościć.
- Tylko troszku. Ja przyjechała tutaj za praca, ale praca nie była- odparła z dziwnym akcentem.
- Rosjanka?
- Troszku Rosjanka, troszku Polka. Moja mama Rosjanka, a ojciec Polak.
- Rozumiem.  
Gestem wskazała mi obdartą kanapę, gdzie walały się ubrania.
- Położysz się, a ja zaraz będę- powiedziała i zniknęła gdzieś za rogiem.
I oto miałem nowe życie na własne życzenie. Przecież tego chciałem, prawda?
Jednak, jeśli tego chciałem, to, dlaczego coraz bardziej tęskniłem za domem? I co ja tu w ogóle robiłem? Po co wdałem się w tą bójkę, a nie ominąłem ich, tak jak inni ludzie to robili?
No i gdzie było to moje szczęście, które uważałem, że znajdę wszędzie, tylko nie w domu?





Czym jest szczęście? Pytam siebie, kiedy leżę w szpitalu i czuję, że mojego maleństwa nie ma już przy mnie?
Czym jest radość? Kiedy nie ma przy tobie nikogo, na kim mógłbyś polegać?
Czym jest miłość? Kiedy twój ukochany zwala cię ze schodów, a ty tracisz swoje dziecko?
Czym jest dom? Kiedy wracasz do miejsca, gdzie ostatnio przebywałaś, a okazuje się, że mieszka w nim już ktoś inny?
Na wszystkie pytania ja odpowiadam zwykłym ,,nie wiem”. Bo miałam to wszystko, a teraz nie mam nic. Byłam w ciąży, a zabito mi dziecko. Miałam dom, a ktoś mi go odebrał. Miałam ukochanego, a on mnie zniszczył. I w końcu nadano mi imię, którego nigdy wcześniej nie miałam i co?
Odebrano mi je.
Znów byłam nikim. Nikim bez imienia i nazwiska. Byłam zupełnie taka, jaką chciała mnie zrobić moja matka. Znów byłam zwykłą szmatą, ścierwem, które właśnie się zużyło i ktoś postanowił je wyrzucić.
Cierpiałam bardzo długo, zanim dotarło do mnie, że chęć przeżycia jest dla mnie silniejsza, niż chęć poddania. I oto znowu przywdziałam imię, lecz tym razem sama je sobie nadałam. Z pieniędzy oszczędzonych, które skwapliwie odkładałam pod nieobecność Antoniego, sama załatwiłam sobie nową tożsamość. Pomogli mi ludzie, których wcześniej nie znałam, ale którzy znali podobne przypadki niewolnictwa. To oni pomogli mi i dostałam nowe życie.
Bez nich już dawno dostałabym się na skraj samozniszczenia…  



386 czyt.
100%4
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1469 słów i 7732 znaków.

Dodaj komentarz