To ja już sam zacznę płakać cz. 23

cz. 23
         Narodziny …



Marzena
I stało się. Adam został ojcem. Alicja urodziła mu prześliczną córeczkę, której nadali imię Angel. To imię w stu procentach do niej pasuje, gdyż malutka ma niebieściutkie oczka i tak jasne włosy, że niemal anielskie. I śmieje się jak Aniołek, który trafił do wspaniałych rodziców. Choć nie ukrywam, że to ja chciałabym być jego matką.
W miesiąc po porodzie, który przebiegł bez najmniejszych komplikacji, ochrzcili ją i to mnie wypadło zostać jego chrzestną. Za chrzestnego wzięli Adama, kolegę z pracy Wojtka Kracha, z którym Adam ma bardzo dobre kontakty. Chcieli mnie nawet z nim zeswatać, ale im się nie udało. Nie to, że nie jest miły, bo jest i nie przeszkadza mu moja nadwaga, ale dlatego, że ja wciąż i wciąż kocham tylko Adama. Nie potrafiłabym przyjąć do siebie żadnego innego mężczyzny. Głupia jestem, wiem, ale nic na to nie poradzę.
Są ludzie, którzy zakochują się kilkakrotnie i za każdym razem może to być ich wielka miłość, ale są i tacy, co gdy raz pokochają, ta miłość zostaje z nimi na zawsze.
Kochać Adama, to tak jakby kochać zdradliwie i żyć w ciągłym grzechu, bo pożądam męża innej, ale dla mnie nie jest to grzechem. Nie wyrządzam przecież im żadnej krzywdy, ani żadnego na siebie nie napuszczam. Cieszę się ich miłością, tym, że Adam jest w końcu szczęśliwy i zapomniał o traumie z Karoliną i Kubusiem. Teraz mają wielki cud i dopiero teraz mogę przyznać, że ktoś na niego zasłużył.
Przyznaję, z początku nienawidziłam Alicji, bo zabrała mi Adama. Potem jednak tylko jej nie lubiłam, bo nie mogłam konkurować z takim kimś, kto ma figurę modelki i jest dobrym człowiekiem. Teraz, jednak nie to, że ją lubię, ale cenię za to, że dała Adamowi prawdziwe szczęście. Dała mu rodzinę, której on zawsze pragnął.
A ja wciąż żyję sobie z boku…





Adam  
Życie na prawdę potrafi zaskakiwać. Ledwie Angel skończyła trzy miesiące moja żona znów zaszła w ciążę. Było to dla nas nie lada zaskoczenie, bo nie planowaliśmy tak szybko drugiego dziecka, ale ja tam nie narzekałem, bo zaczynało się spełniać moje marzenie. Na dodatek Ala też się cieszyła, choć co jakiś czas wspominała mi o swoich, wciąż ciążących na niej, pięciu kilogramach nadwagi, których nie zdążyła zrzucić po naszym Aniołku.  
- A co, jeśli nie zgubię tych dodatkowych kilogramów po porodzie?- Pytała, gdy głaskałem ją po pleckach, leżącą na moich kolanach, podczas gdy bujałem nogą wózek z Aniołkiem w środku.  
- Och Skarbie- wzdychałem i przenosiłem swoją rękę na jej brzuch, gdzie rosło kolejne maleństwo.- I tak cię będę kochać, przecież wiesz.
- No tak, ale ja nie chcę wyglądać jak Marzena. Wiem, że jej pomagamy, ale to nie znaczy, że chce być taka jak ona- upierała się.
- Nie będziesz kotku, mówię ci. Ona odkąd pamiętam zawsze taka była, to znaczy nie aż tak, jak się dopuściła wtedy, ale miała sobie te dwadzieścia kilo nadwagi i wcale mi to u niej nie przeszkadzało. Była tym, kim była, bo ludzi nie kocha się za wygląd.
To ją troszkę uspakajało, choć musiałem powtarzać jej to bardzo wiele razy i coraz częściej.  
Moja Ala rosła wraz z Aniołkiem. Co prawda nie nosiła jej już tak często, a to ja musiałem wstawać w nocy i dawać jej ciepłe mleko, bo to z piersi niestety się skończyło i to ja wstawałem, gdy nasza córcia nie miała ochoty spać. Cóż, trudy rodzicielstwa, ale czy przecież nie tego właśnie chciałem? Pytałem sam siebie i znałem odpowiedź. Tak. Za nic w świecie nie zamieniłbym się na samotny i pusty dom. Dom pełen hałasu lotu muchy, czy bicia zegara, lub brzdęku telewizora w samotne wieczory. Nie wytrzymałbym tak długo, dlatego szybko odganiałem od siebie myśli samoluba.
Czasami wpadała do mnie Marzena, aby pochwalić się swoją wagą. Ważyła teraz osiemdziesiąt pięć kilogramów i zaczynała być naprawdę seksowna. Do tego teraz zdawała się tryskać humorem, co zaczęło mnie zastanawiać.
- Czyżbyś kogoś miała?- Pytałem, gdy uśmiechała się do mnie, gdy karmiłem Aniołka butelką, a moja żona brała kąpiele relaksacyjne. Niby lekarz jej ich zabronił, ale ona uparta nie potrafiła bez nich wytrzymać.
- A dlaczego pytasz? Czyżbym nagle wyglądała jakoś inaczej?- Pytała odrzucając swoje włosy do tyłu.
- No pewnie. Widzę, że schudłaś. To znaczy wyładniałaś i bardziej o siebie dbasz. Musi pewnie kręcić się koło ciebie jakiś przystojniaczek.
Marzenkę bawiły takie moje sugestie, lecz nie zamierzałem jej ich darować. Cieszyłem się, kiedy i ona była zadowolona, choć perspektywa kogoś obcego, kogoś, kto by ją przytulał, pocieszał i wspierał, wydawała mi się trochę nie na miejscu. Nie, dlatego, że ona na to nie zasługiwała, ale z powodu czegoś więcej, czego nie potrafiłem wytłumaczyć.
Z Marzeną przeżyłem wiele wspólnych lat mieszkania obok siebie. Żyła gdzieś niedaleko, lecz zawsze jakoś była w moim życiu obecna. Cieszyłem się, gdy do nas przychodziła i zabawiała małą Angel, podczas, gdy moja żona mogła spokojnie wypoczywać. Co jakiś czas przychodziło mi do głowy zapytanie jej o to dziecko, które niby poroniła, ale nie mogłem zdobyć się na odwagę. Nie chciałem, aby obecna radość zniknęła, a znów nadeszły czasy smutku i rozpaczy. Te czasy kojarzyły mi się z okrutną kobietę, którą poślubiłem, a która wciąż straszyła mnie we śnie. Czasami też śnił mi się Kubuś, ale nigdy nic do mnie nie mówił. Pamiętałem z poprzednich snów, że gdy się do niego zbliżałem, to on się oddalał i w końcu znikał, więc przestałem do niego podchodzić, tylko wciąż mówiłem. Mówiłem, jak bardzo go kocham i jak bardzo mi go brakuje. Mówiłem mu, że ma siostrzyczkę o wyglądzie Aniołka i kolejne rodzeństwo jest w drodze. Cieszył się z tego. Posyłał mi wtedy uśmiech mówiący, że o wszystkim wie i jest ze mnie zadowolony. Potem niespodziewanie znikał i machał mi na do widzenia.
To były cudne sny. I nawet, kiedy nieraz moja słodka córcia mi je przerywała, nie byłem na nią zły. Wręcz przeciwnie, opowiadałem jej, co mi się śniło i czasami zdawało mi się, że mnie rozumiała. Kochałem ją za to, tak jak jej matkę.
Pewnego dnia nie widząc innego wyjścia, bo Marzena wciąż pożyczała od nas drobne sumy, zaproponowałem jej u siebie pracę na stanowisku sekretarki. Był to oczywiście cel zamierzony, choć bardzo trudny, gdyż i Wojtek Krach, mój pracownik obejmował to stanowisko. Niby nie mogłem utrzymać obu pracowników, ale mogłem zmniejszyć etat jednego, aby zatrudnić drugiego. Wytłumaczyłem się Wojtkowi trudną sytuacją, jaką mieliśmy z Marzeną i o dziwo, zrozumiał.  
- Spoko. Wiem, że jesteś dobrym człowiekiem i dlatego od ciebie nie odejdę- powiedział mi wtedy, choć zauważyłem, że nie był to koniec jego wypowiedzi.
- Więc zamierzałeś?- Zapytałem wiedząc, że tym razem wypłata jego będzie, co najmniej licha.  
- Nie to, że zamierzałem- podrapał się po głowie.
Włączyłem swój szósty zmysł, który niedawno odkryłem i doszukałem się w nim pewnej osoby, a mianowicie Henryka Brzózki właściciela komisu samochodowego, którego zdawało mi się, że widziałem jakiś czas temu.
- Otrzymałeś jakąś propozycję, prawda?
- No otrzymałem, ale mu odmówiłem. Niby zaproponował mi dwójkę z przodu, ale się nie zgodziłem.
Henryk Brzózka był przebiegłym handlarzem samochodów. Zdobywał klientów podkupując ich ode mnie i proponując im zawsze tańszy samochód. Ci, którzy go znali, wiedzieli, że tańszy, wcale nie oznacza lepszy. W moim salonie, bo tak o swoim sklepie mówiłem, klienci mieli półroczną gwarancję, co dawało im pewność, że auto na pewno jest sprawne, a u Heńka takie rzeczy, jak słabe klocki hamulcowe, lub liche przeguby, były rzeczą drugorzędną. Jeśli jeszcze chodziły, nie wymieniał ich, ani nie dolewał płynów, no chyba, że widział, iż płyn gdzieś tam wycieka, to tuż przed klientem jeden z jego pracowników zagadywał kupca, a ten dolewał do pełna.  
Wciąż widzę, jak stoi przy swoim kliencie łapiąc się za swoje wąsy, że niby szuka dla niego najlepszej opcji zakupu, a w dłoni przypalał papierosa, który dla mnie był oznaką kpiny. Może i był wciąż szczupły, jak na swoje przeszło czterdzieści lat, lecz włosy z ciemnych zaczęły mu ujawniać jasne pasma siwizny. I jak to w handlu, podstępny, tak i w życiu wciąż zmieniał panienki i nigdy się nie ustatkował. Nie rozumiał, co to znaczy, że kobieta nie może akurat się z nim kochać, więc zostawiał ją pod pretekstem, że nie jest w stanie się dla niego poświęcić, więc nie zasługuje na niego.
Pusty i zepsuty do cna. Takie było moje o nim zdanie.
- Posłuchaj- powiedziałem do niego wiedząc już, co muszę uczynić.- Masz dziewczynę, prawda?
- No mam. Ma na imię Krysia. Nie jest może i cudem natury, ale tylko dla niej, gdy na mnie patrzy mocniej bije moje serce.
Wojtek, odkąd zaczął się spotykać z Krysią, po nieudanych próbach zeswatania go z Marzeną, zakochał się w niej do szaleństwa. Zaczął nawet dla niej pisać wiersze i coraz częściej zauważałem, jak przygląda się kobietom w ciąży, które nielicznie, ale jednak, odwiedzały nasz salon. Nie miałem pojęcia, co z tego wyniknie, ale nie mogłem pozwolić, aby cierpiał. Żal mi się go zrobiło, gdy pomyślałem, że właśnie teraz, gdy znalazł tego kogoś dla niego cennego, nie będzie go stać na prezenty dla niej. Dlatego postanowiłem, że w imię naszej dobrej znajomości lepiej będzie, jeśli przyjmie propozycję Henryka.
- Stary, wiem, co to znaczy miłość. Kwiaty, prezenty, kolacje. Nie utrzymasz się długo na powierzchni, jeśli będziesz pracował na pół etatu.
- Szef chce mnie zwolnić?- Zapytał ze strachem w oczach.
- Nie tyle zwolnić, co postanowiłem, że pozwolę ci odejść.
Nie znałem lepszego pracownika niż Wojtek Krach. Chłopak nie tylko z krwi i kości, ale miał w sobie to coś, co faktycznie skłoniło Henryka, aby chciał mi go podkupić. Miałem kilku pracowników, ale żaden jak Wojtek nie potrafił tak nakłonić klienta do kupna samochodu, że był w stanie nawet dopłacić, aby tylko nikt mu go nie wykupił, gdy na przykład brakowało mu pieniędzy. Zdania układał tak, że nawet auto dwudziestoletnie potrafiło zawrócić komuś w głowie. Do końca nie mam pojęcia jak to robił, ale każdy komplement z jego ust wydawał się być szczery i na miejscu. Nigdy też nie przeklinał przy klientach, ani nie odbierał telefonów. Zajmował się tylko klientem, przez co kupujący czuli się doceniani i jeszcze bardziej pragnęli kupować samochody w moim salonie.
A teraz nadszedł moment, aby go zwolnić. Niech Bóg mnie ukarze, jeśli bym kiedykolwiek przesadził o jego wyjątkowości. I choć sam wciąż nie wiedziałem, dlaczego to robię, musiałem zadbać o niego samego, tak jak on dbał o mój salon od pięciu lat.
- Idź do tego Henryka i powiedz mu, że się zgadzasz. Pracuj tak uczciwie, jak to robiłeś u mnie, a zobaczysz, że za tydzień zwiększy ci się pensja.
Wojtek zamrugał oczami nie chcąc ujawniać swojej skruchy, ani łez.
- Ale ja nie chcę. Wolę pracować tu u ciebie na pół etatu, niż tam za większe pieniądze. Zrozum, ja nie potrafię kłamać.
- Wiem. I za to ceniłem cię przez te wszystkie lata i uwierz mi, że nigdy bym nie pomyślał o tym, aby ciebie się pozbyć, czy choćby na moment pozwolić ci odejść. Byłeś dla mnie najlepszym pracownikiem, ale uwierz mi, że muszę też pomóc Marzenie.
Wojtek wiedział o dniach mojej załamki i chwilach, gdy tylko Marzenę miałem na świecie. Na niej zawsze mogłem polegać i ona na mnie. Wierzyliśmy sobie bezgranicznie, może nawet bardziej niż ufam mojej żonie, ale ona wciąż była tylko dla mnie przyjaciółką. Może i na początku wydawało mi się, że coś do mnie czuje, co mi się podobało, ale nigdy nie wykonała najmniejszego ruchu, aby mi to pokazać. Czasami nawet zastanawiałem się, czy nie jest lesbijką, bo jak inaczej wytłumaczyć mam fakt, że do tej pory nie znalazła sobie żadnego mężczyzny?
Pożegnałem się z Wojtkiem, wciąż zestresowanym po naszej rozmowie. Nakazałem mu iść jeszcze dzisiaj do Henryka i podpisać papiery o prace.
- I niech nie zapomni, jaką sumę ci zaproponował- powiedziałem mu na koniec.
- Dobrze- odpowiedział i wyszedł.
Pozwoliłem Henrykowi wierzyć w to, że dzięki jego większej pensji Wojtek postanowił ode mnie odejść. Cieszył się jak małe dziecko, bo przyjmując takiego pracownika jak Wojtek, oznaczało znaczną podwyżkę sprzedaży samochodów, a tym samym większe zyski. I głupek cieszył się, że tym razem to on będzie górą. Pozwoliłem mu na to, lecz po tygodniu niby przypadkiem, niby specjalnie wybrałem się z Henrykiem do sklepu, aby doprowadzić swoje sprawy do końca. Miałem pewien dług do oddania i nie zamierzałem pozostawić go niespłaconym.
Henryk przemierzał półki sklepów wkładając do koszyka wyższej jakości piwa, cmokając raz po raz. Specjalnie podszedłem do tych tańszych i udawałem, że liczę, ile mógłbym zapłacić za kilka sztuk, nieprzypadkowym ukradkiem mierząc za smutkiem te droższe. Henryk widząc moją minę z zadowoleniem podszedł do mnie, prezentując swój koszyk, najlepszej jakości piw.
- I jak kolego? Nastały gorsze czasy, co?
Udałem zmieszanie specjalnie chowając swój koszyk za plecami.
- Być może, ale niedługo i tak mi się polepszy. Słyszałem, że mój pracownik dostał u ciebie podwyżkę.
- A jak. Stać mnie na to. Nie każdy Baca może stać się Żubrem- zażartował i zaśmiał się rubasznie.
- Może i nie, ale wiesz, co? Zamierzam podwyższyć twoją stawkę i Wojtek do mnie wróci. Wtedy to będziesz Bacą, a ja Żubrem.
Nie spodobało mu się to.
- Możesz sobie chcieć, ale nie przebijesz mnie. Mały dostaje dwa tysiaki do łapy, więc daruj sobie te brednie. Wiesz, że brutto wychodzi jeszcze wyżej- szepnął mi do ucha.
- Wiem, ale co tam. Odrobi to, wiesz o tym. Odkąd straciłem Wojtka nie mam już takich klientów jak państwo Raszakowie, czy Drożdżaki, którzy,  kupowali u mnie auta dość często, ale jakoś sobie radzę. Wojtek, to był prawdziwy skarb- zamyśliłem się.- I tak do mnie wróci, zobaczysz. Wystarczy, że podpiszę z nim umowę na stałe, a jego suma netto wyniesie dwa osiemset i już będzie mój.
- Dwa osiemset? Przecież cię na to nie stać- zakpił.
- Nie ukrywaj, że nie wiesz, jak on pracuje. Wojtek, jako jedyny potrafił u mnie sprzedać dziesięć aut tygodniowo. A co tam. Teraz, gdy u mnie nie pracuje, zeszedłem do pięciu, ale co tam. Za długo nie dawałem mu podwyżki i nie doceniałem jego talentu. Chłopak zasłużył na awans.
- Nie ośmielisz się…- wysapał Henryk, lecz ja już podchodziłem do kasy. Celowo udałem, że szukam drobnych licząc, czy mi na to starczy wiedząc, że Henryk na mnie patrzy. Potem, zaraz po zapłaceniu wyjąłem telefon i udałem, że dzwonie do mojej żony mówiąc jej o Wojtku i jego podwyżce. Ucieszyłem się, gdy się zgodziła i powiedziałem jej, że jutro z samego rana z nim porozmawiam. Obecnie była godzina dwunasta popołudniu, więc Henryk miał czas, aby przede mną udać się do Wojtka, o co mi chodziło.
Modliłem się tylko, aby mój plan wypalił
Następnego dnia poszedłem odwiedzić mojego byłego pracownika u Henryka. Spisywał akurat jakieś dane z pojazdu, gdy nagle zauważając mnie przybiegł w podskokach.
- Boże Adam, nie uwierzysz!- Krzyknął zadowolony, co dodało mi sił.- Wczoraj coś wstąpiło w Henryka i dał mi podwyżkę! Matko, jak żyje jeszcze nie zarabiałem dwóch tysięcy dziewięćset na rękę! I do tego dał mi umowę na stałe, dasz wiarę!
Byłem taki szczęśliwy, ale musiałem zachować umiar, bo Henryk stał za firanką i podglądał, co robimy.
- To wspaniale- dodałem niezbyt zadowolony. Celowo ustawiłem się tak, aby Henryk widział moją minę.
Wojtek niestety wyczuł, że coś jest nie tak i posmutniał.
- Coś się stało?- Zapytał.
Teraz obróciłem się do okna plecami i poleciłem mu, aby za długo ze mną nie rozmawiał, ale żeby wpadł do mnie pod wieczór. Przytaknął i odszedł, po czym zaraz dumny Henryk wyszedł z zaplecza i z podniesioną klatą kroczył ku mojej osobie.
- Jeden z gorszych dni, co stary?- Zapytał zajadle.
- Być może. Ciesz się, póki możesz.
Z udawaną złością odszedłem od Henryka i nie potrafiąc wytrzymać z dumy swojego sprytu, gdy tylko znalazłem się za jego posiadłością, natychmiast wybuchnąłem śmiechem. Głupi dziad dał się nabrać na starą sztuczkę jak świat. Pozostało mi tylko udać się do domu i przytulić moją ciężarną żonę.
I wyznać jej, że od tej pory będziemy żyli skromniej.  


393 czyt.
100%31
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 3192 słów i 17060 znaków

Komentarze (1)

 
  • AnonimS

    AnonimS 9 marca

    Żyć skromnie to ni znaczy gorzej.