Słowo cz 3

Robi się nieco cieplej mimo, że u nich prawie grudzień...

Zaatakowała go lawina myśli. Dawno nie miał kobiety, ale... Tak, Morgan nie była typem do zaliczenia. I z pewnością nie kokietowała go w tej chwili. Czuła się dobrze w jego domu. Ale to co teraz mieli nie nazwałby randką. A ten pocałunek należał raczej do kategorii przyjacielskiej. Tak, z pewnością. Bo cóż innego to być mogło?
  Nad tym wszystkim górowała jedna myśl. Coś było nie tak. Tylko co? I kiedy sądził, że wszystko wraca do normy, podeszła blisko, wzięła go za ramiona i popatrzyła prosto w oczy. Dostrzegł jej źrenice. Najpiękniejsze oczy jakie widział.
- Kiedy powiesz mi w jakim celu się urodziłam, natychmiast rzucę śpiewanie.
  Stał zaskoczony, a nigdy mu się to jeszcze nie zdarzyło.
- Nie rób tego, idzie ci całkiem nieźle.
- Nigdy się tak nie zachowywałam wobec nikogo. Raczej jestem skromna. Nie wiem co myślisz o mnie...
- Naprawdę nie wiesz?
- Może masz rację, wiem. Albo chciałabym, żeby tak było. A co do ciebie...Robisz wrażenie faceta co zawsze wiedział co chce. I zawsze dostawał to. Ale teraz jesteś nieco zakłopotany. Wiesz, że coś jest nie tak, tylko nie wiesz co. Moje zachowanie powinno cię szokować, ale przyjmujesz to wszystko co robię i mówię, za zupełnie naturalne.  
  Don odczuł, że powinien coś powiedzieć. I wiedział, że powinien. I zrobił to. Lecz z jego ust wyszło pytanie, którego z całą pewnością nie powinien zadać. Dlaczego? Bo w jakiś sposób znał odpowiedź.
- Nie masz nikogo, prawda?
- Nie mam i nigdy nie miałam - odrzekła tak szybko, jakby znała pytanie, które zada.
- Ja miałem kilkanaście znajomości, ale tak na prawdę nie miałem nikogo.
  Przybliżyła się znowu. Niebezpiecznie blisko.
- Jak dawno sobie to uświadomiłeś?
- Przed chwilą.
- Tak czułam. Czy ty...
  Popatrzył na jej śliczną buzię. Nie tylko oczy miała piękne.
- Morgan, ja... Wiem, że o tym nie myślisz. Pierwszy raz wszystko jest inaczej. Właściwie od czasu kiedy widziałem cię pierwszy raz, tak jest. To dla mnie nowe. Nie wiem jak to nazwać. Wiem tylko,  że nie mogę iść z tobą do łóżka.
  Uśmiechnęła się do swoich myśli. Skąd mógł wiedzieć, że się myli. Owszem myślała o tym. Od kiedy? To stało się gdy wiózł ją swoim Mercedesem. Wiedziała precyzyjnie jak to się wówczas stało. Och! Nigdy nie sądziła, że jest taka. Ona, Morgan Dearcat, grzeczna, zawsze lekko wystraszona i speszona dziewczynka. O nie! tego nie mogła powiedzieć, teraz. Chociaż wiedziała, że kiedyś mu to powie. Ale nie dzisiaj...  
Mogła powiedzieć coś innego, albo milczeć, ale nie. Zapytała. Oczywiście wcześniej poczuła rumieniec na twarzy.
- Nie możesz czy nie chcesz?
- Nie rozumiem. Wiem, że jest inaczej.  
  Patrzyła na niego długo.
- Zachowuję się źle. Nie rozumiem dlaczego. Z drugiej strony, ufam ci całkowicie. I też nie wiem dlaczego. Mam jutro nagranie. Czuję się śpiąca i jednocześnie taka obudzona. Powinnam jechać do domu, ale chcę być tutaj, blisko ciebie.  
  Don zupełnie nic nie rozumiał. Wszystko co mówił nie pasowało do tego kim był. A może nigdy wcześniej nie był sobą?
- Skoro tak, to zostań, a rano cię odwiozę.
- Nie, wezmę taksówkę. Musisz się wyspać. Tylko nie mam niczego do spania.
- Dam ci coś... Ja... bardzo chcę. Tylko, że wszystko jest inaczej i muszę mieć pewność.
- I ja też.
  Wtuliła się w jego ramiona. Stał chwilę i w końcu również ją przytulił. Obydwoje znali odpowiedź i oboje ją odrzucali ze wszystkich sił. Łagodne tony symfonii Telemana koiły ich dusze i serca. Stali tak bez ruchu kilkanaście minut. W końcu jakby się umówili, on zdjął swoje mocne ramiona z jej pleców, a ona delikatnie się odsunęła  i skierowała do łazienki. Po chwili usłyszał szum wody. Bezzwłocznie odszukał swoją bawełnianą piżamę, w której jeszcze nigdy nie spał i ułożył ją na krześle, obok łóżka. Z dużą wprawą szybko zrzucił kołdrę i prześcieradło. Po chwili naciągnął czyste. Zmienił powłokę kołdry i poduszki. Zdołał używaną pościel zwinąć i zanieść do pomieszczenia gdzie stała pralka i suszarka i wrócił do salonu. W chwilę potem Morgan wyszła z łazienki, otulona jego ciemnobordowym, miękkim bawełnianym szlafrokiem. Uśmiechnęła się na widok piżamy. Wzięła ją i poszła z powrotem do łazienki. Wyszła po chwili już przebrana. Rękawy i nogawki były trochę za długie.  
- Śpij dobrze - powiedział cicho.
  Rzuciła okiem na kanapę.  
- Wyśpisz się? Jeżeli chcesz...
- Nie raz już tam spałem. Tak będzie dobrze.  
  Kiedy wrócił z łazienki spała już jak dziecko. Podszedł do niej i pocałował ją delikatnie w czoło. Miał całkowitą pewność, że śpi i dlatego uśmiechnął się do siebie kiedy zobaczył jak wyciągnęła dłoń i chciała coś chwycić. Po chwili cicho westchnęła.
- Cholera - szepnął.
  Wiedział, ale nadal próbował w to nie wierzyć.  
   Kiedy wstał rano, łóżko było puste. Poczuł dziwną tęsknotę w sercu... Na stole zobaczył kartkę z numerem komórki. Poza cyframi zapisała swoje imię i nazwisko, narysowała uśmiechnięte słonko i chciała coś jeszcze, ale widocznie zaniechała...
  
                                       Dwa tygodnie później.
  
Do końca roku brakowało dziesięciu dni. Za dwa dni jego firma, w której pracował, miła być zamknięta, aż do czwartego stycznia.                                                                                                             Wielokrotnie brał kartkę i wystukiwał delikatnie numery na ekranie swojej komórki. Ale nigdy nie nacisnął zielonej słuchawki.  
  Czy coś się zmieniło w jego życiu? Upewniał się, że nie. Tylko pragnął ją zobaczyć. Chciałby aby tu była. Tylko to...

Kilka mil dalej Morgan każdego dnia walczyła z sobą by nie zadzwonić po taksówkę i pojechać do niego. Miała pewność, że w ciągu kilku dni on zadzwoni. Wiedział, że to się stanie. Tak bardzo chciała by się to zdarzyło przed gwiazdką. To było jej jedyne marzenie.  
  Jej kariera szła na całego. Miała wolne od 23 do drugiego stycznia. Proponowano jej dwa koncerty noworoczne, ale odrzuciła.  
  Dwudziestego drugiego grudnia zaczęła tracić wiarę. Łapała się na tym, że spogląda co kilka minut na ekran swojej komórki. W końcu przyszło przesilenie.
- Jesteś głupia i naiwna - powiedział do siebie.
  W chwilę potem usłyszała sygnał. Numer nie należał do nikogo znanego.
- Tak, słucham. Kto mówi?
- To ja - usłyszała głos Donalda Harda.  
- Och, ty... Jak się cieszę, że dzwonisz.
- Posłuchaj, Morgan. Może miałabyś ochotę...
- Tak, oczywiście.
  Don trochę się zdziwił. Przecież jeszcze jej nie powiedział co chce jej zaproponować.
- Myślałem, że może byś chciała się spotkać. Ale pewnie jesteś rozrywana, bo przecież idą święta. Masz czas?
- Tak, odmówiłam dwa koncerty.  
- Chyba nie z mojego powodu - roześmiał się, może trochę za głośno.
   Co za dureń ze mnie, pomyślał.
- Właściwie to tak.  
- Nie bardzo rozumiem... - odrzekł.
- No właśnie z twojego. Wiem, że to brzmi głupio. Widziałam cię dopiero dwa razy.
- Och! - nie potrafił się powstrzymać.
  Poczuł gorąco na całym ciele.  
- Byłaś u mnie, może spotkamy się na mieście, albo...
- Albo co? - usłyszał jej ściszony głos.
- To zabrzmi bardzo odważnie, ale chciałbym zobaczyć jak mieszkasz.
- Kłamczuch. Masz ochotę na obiad i pomyślałeś, że właśnie coś dobrego ugotowałam.
  Don poprawił się na fotelu. Nie rozumiał jak to możliwe, że znała jego myśl.
- Jesteś wróżką, czy co? Tak naprawdę pomyślałem. Ale jeszcze głębiej mam inną myśl, a raczej pragnienie. Chciałem cię zobaczyć. To dziwne, przynajmniej jak dla mnie.
- Zapamiętasz czy wolisz żebym wysłała ci tekst z adresem?
- Zapamiętam.
  Morgan podała powoli swój adres.
- To nie tak bardzo daleko. Powinienem być za czterdzieści minut.
  
Kiedy się wyłączył, stała jeszcze chwilę z komórką w dłoni.
- Powinnam się ubrać najlepiej jak mogę - szepnęła do siebie.  
  Faktycznie ugotowała dobrą zupę. Miała też sałatkę i spagetti. Poszła do swojej garderoby i zaczęła wyrzucać z szafy różne ciuchy, jednocześnie zerkała co chwilę na duży, stojący zegar. Po pięciu minutach wciąż nie mogła się zdecydować. W głębi była nadal wystraszoną, małą dziewczynką.  
  W końcu wzięła w dłoń wrzosową sukienkę z wełny. W Kalifornii nigdy nie było tak zimno jak w Albercie, z której pochodziła. Mimo to z przyzwyczajenia, w zimie, nosiła cieplejsze ubrania. Nie przyszło jej nawet do głowy, że pierwszy raz widział ją w podobnym kolorze, tyle tylko, że tamtą suknię zrobiono z bawełny.
  Po dziesięciu minutach stała już przy kuchni i mieszała sos do spaghetti. W drugim garnku gotowały się kluski. Żeby się nie poplamić, założyła fartuszek. Zielony w polne kwiaty.  
  Tymczasem Don już jechał. Miał na sobie eleganckie ubranie. Właściwie zawsze ubierał się z klasą. Zabrał z barku szampana. Dostał kiedyś limitowaną edycję różowego Dom Perignon. Sam nie przepadał za musującymi winami, ale uznał, że Morgan może smakować takiego rodzaju trunek. Czuł się nieco zdenerwowany i zupełnie nie pojmował przyczyny. Może raczej nie chciał dopuścić do swojej świadomości, że zna powód.  
  Młoda kobieta mieszkała w małym domku z ogrodem. W średnio zamożnej dzielnicy. Ale to nie miało dla niego znaczenia. Wiedział, że jeszcze nigdy się tak nie czuł. Tak dziwnie i miło jednocześnie. Zapukał i dopiero sobie uświadomił, że powinien kupić kwiaty. Morgan usłyszała, lecz zanim podeszła w kierunku wejścia, poprawiła włosy, obciągnęła fartuch i dopiero otworzyła drzwi.
- Wejdź, jesteś bardzo punktualny.
- Staram się być. Nie było dużego ruchu. Ale jest to zrozumiałe w tym czasie. Przyniosłem szampan, lubisz?
- Tak, w zasadzie niczego innego nie piję. A i ten trunek piję okazjonalnie.
  Mężczyzna stał zakłopotany tuż przy drzwiach.
- Wybacz, muszę na chwilkę wrócić do samochodu.
- Dobrze, drzwi będą uchylone. Mieszam sos, jest już gotowy, a nie chciałabym aby się przypalił.
  Wróciła do kuchni. Postawiła butelkę na kontuarze, spojrzała na nazwę i włożyła do lodówki. Don usiadł za kierownicą i chwycił się za głowę. Przeczesał machinalnie włosy palcami, jego brwi uniosły się do  góry, a czoło nieco zmarszczyło. Zastanawiał się czy jechać do kwiaciarni. Zmienił zdanie. Szybko znalazł na komórce dobry sklep z kwiatami. Nie miał pojęcia jakie kwiaty lubi Morgan. Zamówił orchideę. W wybranej przez niego kwiaciarni mieli o białych i różowych płatkach. Wybrał o różowych. Podał adres i zapłacił kartą. Wysiadł i wrócił do jej domu.
- Coś się stało? - zapytała.
- Nie, nic takiego. Głupiec ze mnie, powinienem przyjechać z kwiatkami.
  Zobaczył jej miły uśmiech.  
- Cieszę się, że widzę ciebie. Naprawdę nie musiałeś.
- Ale chciałem, nie to, że powinienem.
- Dziękuję. Chcesz to umyj ręce, już wszystko jest gotowe.
- Pomogę ci. Oczywiście, że umyję. Poczekaj.
  Wrócił po minucie i znalazł ją w kuchni. Odwróciła się kiedy wszedł.
  Co się dzieje. Nigdy tak nie miałem, pomyślał krótko. Zobaczył jej uśmiechnięte oczy i wyraz twarzy wskazujący, że wie co on myśli. Wziął wazę z zupą, a Morgan niosła talerze do drugiego dnia ponieważ do zupy już stały na stole. Wrócili do kuchni i wzięli resztę.
- Pachnie wspaniale.
- Myślę, że będzie ci smakować. Gotujesz czasem?
- Prawdę mówiąc, ostatnio tak. Wszystko się zmieniło. Nie rozumiem dlaczego.
  Nie zwrócił uwagi, że powtarza się w kółko...
- Naprawdę nie rozumiesz?
  Ona natomiast pamiętała, że już próbowała z niego wyciągnąć odpowiedź. Przecież czekała na to jedno słowo, tylko jedno. Praktycznie dwa, ale kto w takiej chwili zajmuje się liczeniem...
  Siedział po drugiej stronie stołu, gdyby nie to, wziąłby ją w ramiona i przytulił. W tej właśnie chwili zrozumiał. Poczuł to jak uderzenie gorąca. W samo serce. I wiedział skąd te ciepło pochodzi. Chciał coś powiedzieć, ale zanim zaczął ona odezwała się pierwsza.
- Jedzmy, bo wystygnie.
  Zupa smakowała mu bardzo, a spaghetti jeszcze bardziej.  
- Smakowało ci? - zapytała kiedy skończyli.
- Tak, całkiem niezłe.
  Roześmiała się. On chciał sprostować. Że było wspaniałe, wyśmienite, że nigdy nie jadł niczego lepszego. Jednak zanim zdołał otworzyć usta, usłyszeli dzwonek.  
- Ja otworzę, to pewnie kwiaty - rzekł.
  Rzeczywiście, w drzwiach zobaczył młodego, może dwudziestodwuletniego blondyna. Wziął od niego doniczkę z rosnąca w niej prawie nagą zieloną gałązką, udekorowaną trójką różowych kwiatów. Na końcu samotnej gałązki, jeszcze dwa pączki czekały na swoją porę. Przecież z pewnością delikatne płatki chciały zobaczyć świat.
  Dał doręczycielowi dziesięć dolarów. Młody człowiek podziękował, wyszedł i skierował kroki do swojego Subaru.
- Wybacz, że w doniczce, ale tak dłużej postoją. Nie miałem pewności czy lubisz storczyki.
- Są śliczne. To dzielne kwiaty, rosną tam gdzie coś innego nie mogłoby, nie lubią zbyt dużo wody, trzeba jednak na nie uważać. Naprawdę jesteś uroczy.
- Ta kobieta w barze miała racje. Jestem dupkiem, no może byłem. Od tego czasu się wszystko zmieniło.
- Nie, ona nie miała racji. Dla mnie byłeś w porządku. I jesteś. A ona? Bardzo mi pomogła. To dzięki niej zaczęłam być popularna.  
- Masz całkiem niezły głos.  
- Tak, chyba masz rację - uśmiechnęła się, ale jej uśmiech zamienił się w grymas.
  Dotknęła głowy.
- Wszystko w porządku? - zapytał zatroskany.
- Tak, tylko czasem boli mnie głowa. To typowe u kobiet - uśmiechnęła się znowu.
- Mnie też czasem boli. Mieszkasz tak przytulnie. Dobrze się u ciebie czuję.  
  Patrzyła na niego.
- Chcesz czegoś posłuchać. Mam też trochę klasyki, tylko nieco gorszy sprzęt.
- Nie jestem snobem. Twoje głośniki są zupełnie dobre.
- Całkiem niezłe? - uśmiechnęła się znowu.
- Tak.  
  Patrzył na nią kiedy podeszła do regału i zaczęła szukać. Nie miała płyt. Wszystko zapisano w elektronicznym systemie. Włączyła Szeherezadę Korsakowa. Usiedli na kanapie. Siedziała lekko spięta, a on nie za bardzo wiedział co zrobić z dłońmi.
- Szampan już się chyba schłodził.
- Nie chciałem namawiać. Prawdopodobnie masz rację.  
  Wstali prawie jednocześnie. Weszli do kuchni. Don postawił butelkę na stole, a ona wyjęła dwa kieliszki do musujących trunków. Wrócili do salonu. Otworzył butelkę profesjonalnie i nalał różowego płynu do szkła.
- Za nasze poznanie - powiedział.
  Wypiła pół kieliszka.
- Przyjemne uczucie kiedy gaz szczypie lekko w język.
- Tak, masz rację.  
- Wolisz coś mocniejszego, prawda? - zapytała.


To na tyle, jak na teraz. Następny kawałek będzie bardzo gorący, a potem...

192 czyt.
100%32
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użył 2748 słów i 14953 znaków.

2 komentarze

 
  • Iga21

    Iga21 · 21 paź 13:30

    "Następny kawałek będzie bardzo gorący" czyli nie skończy się na szampanie
    A potem co dalej? 😶

  • Speker

    Speker · 21 paź 7:16

    Powiem Ci szczerze, że to coś zupełnie innego, niż zazwyczaj pisałeś. Naprawdę mi się to podoba, czytam z wielkim zainteresowaniem, czekam na ciąg dalszy.
    P.S. Iga, nie znalazłem nic w tekście do czepiania się.
    Pozdrawiam.