Przemyślenia - III

- Uważaj jak będziesz jechał, jest już ciemno i może być ślisko. - ostrzegła mnie jej mama wręczając pudełko z zapakowanym ciastem i przytuliła mocno. Chwilę potem uściskiem ręki pożegnałem się z jej ojcem i już miałem wychodzić z mieszkania, gdy nagle napadły mnie dzieciaki. Zawołałem z udawanym przerażeniem, że zostałem zaatakowany i stuknąłem lekko palcem w nos jej małego braciszka, który wraz ze swoją niewiele starszą siostrzyczką nie chciał mnie wypuścić ze swojego uścisku. Jednocześnie zawołali, że nie pozwolą mi wyjść, póki nie przysięgnę, że spędzę z nimi wigilię. Z wyraźnym zakłopotaniem spojrzałem na całą rodzinę. Ojciec śmiał się z tego jak jego pociechy załatwiły mnie na amen, a mama wraz z nią uśmiechała się do mnie.
- Tak, zapraszamy. Wiemy, że pewnie chciałbyś spędzić ten czas z rodziną, ale jeśli twoja siostra nie zdoła przyjechać, to jesteś tu mile widziany. - dopowiedziała jej mama.  
Przyjrzałem się jej dokładnie i po paru sekundach na moich ustach pojawił się lekki uśmiech. Wiedziałem, że mówiła szczerze.
- Dziękuję za zaproszenie, jeśli to naprawdę nie kłopot, to chętnie spędzę z państwem wigilię. - odrzekłem uśmiechnięty.  
Myślę, że nic, ale to nic nie opisze szczęścia dzieciaków w chwili gdy to usłyszały. Korzystając z chwili, w której mnie puściły szybko pomachałem wszystkim na pożegnanie i wyszedłem. Nie zdążyłem nawet dojść do końca korytarza, a ona złapała mnie za rękaw i sprawiła bym się odwrócił.
- A spróbowałbyś odmówić. - powiedziała cwaniacko uderzając pięśćmi w moją klatkę piersiową.
- Nawet o tym nie pomyślałem. Komu jak komu, ale tobie wolę się nie narażać. - wyszczerzyłem zęby w odpowiedzi.  
Staliśmy tak w cichym i chłodnym korytarzu wpatrzeni w siebie. Była ode mnie o głowę niższa i wyglądała słodko w swoich lekko kręconych blond włosach, zadzierając delikatnie swoją główkę do góry.
- Uważaj tam, nie żartuję. - rzuciła nagle zamykając oczy, ściskając moją kurtkę w dłoniach i przytulając się lekko. Objąłem ją i spokojnie pogładziłem po włosach. Pochylając głowę sprawiłem, że nasze czoła przytuliły się do siebie. Doskonale wiedziałem o co jej chodzi.  
- Spokojnie, dojadę cały i zdrowy. - powiedziałem delektując się jej zapachem i w jednej chwili zmuszając do rozerwania naszych ciał.  
Wychodząc z budynku rzuciłem jej jeszcze przelotny uśmiech i już szedłem w stronę samochodu. Wsiadłem i po chwili już byłem na drodze. Przejeżdżałem tak kolejne kilometry w samotności, aż automatycznie zerknąłem na zegar wbudowany w deskę rozdzielczą. 20:46. Przed rokiem i paroma minutami od teraz wyruszyłem z rodziną w podróż, która doprowadziła mnie w to miejsce. Starałem się o tym nie myśleć. Włączyłem radio i usłyszałem "Knockin' On Heaven's Door" w wykonaniu Antony and the Johnsons.  
- Wy to wiecie co puścić. - rzuciłem machinalnie i skupiłem się na drodze.  
Parę piosenek później byłem na miejscu. Wyszedłem z samochodu, zamknąłem go i ruszyłem w stronę klatki schodowej. Chwilę później stałem na drugim piętrze przed drzwiami swojego mieszkania mocując się z zamkiem. Wszedłem do środka, zamknąłem drzwi i rzuciłem klucze na stół. Skierowałem się w jeden z kątów tej klitki, gdzie znajdowało się moje łóżko otoczone dwiema gołymi ceglanymi ścianami. Opadłem na nie bezwładnie i ogarnęła mnie ciemność.

                                                                                           *

Pusty autobus w ciągu jednej chwili wypełnił się po brzegi. Większość nowych pasażerów była uczniami okolicznych szkół, ale siedząc mniej więcej w środku pojazdu udało mi się dojrzeć też młodą matkę z wózkiem i starsze małżeństwo. Siedziałem przy oknie z kapturem na głowie i rękoma w kieszeniach kurtki. Jak zwykle trzymałem plecak między nogami, jednak sąsiednie wolne miejsce nikogo nie zainteresowało. Dobrze. Bardzo dobrze. Oparłem głowę o szybę autokaru i zamknąłem oczy. Jednak wraz z każdą osobą wchodzącą do środka, otaczający mnie gwar rozmów ciągle rósł, co nie dawało mi to spokoju. W końcu poczułem, że ktoś usiadł obok mnie. Jakby od niechcenia otworzyłem oczy i spojrzałem w bok. Była to widziana przeze mnie wcześniej starsza pani. Jej mąż stał tuż przy jej boku i dzielnie przepuszczał kotłującą się w przejściu młodzież. Kiedy tylko wszystkie miejsca zostały zajęte, a kierowca zamknął drzwi, wstałem ze swojego miejsca i poprosiłem starszego pana, by zajął wolne siedzenie. Wraz z jego podziękowaniem do moich uszu dotarły gwizdy z tyłów autobusu, a zaraz po nich usłyszałem parę cierpkich komplementów „chwalących” moje zachowanie. To byli oni, byłem tego pewny. Pomimo, że nie rozpoznałem żadnego głosu, byłem pewny. Trawiłem powoli ich słowa, ale nie odwróciłem się. Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem słuchawki, to był idealny moment, żeby ich użyć. Po chwili śpiewałem w myślach „Zamki na piasku” wraz z Lady Pank, a do tego intensywnie myślałem. Jeszcze jeden przystanek. Myślałem o tym jak szybko muszę się stąd wydostać, żeby nie trafić na chodniku na tych siedzących z tyłu dupków. Dojechaliśmy. Natychmiast ruszyłem do przednich drzwi, a kiedy w myślach szedłem już w stronę szkoły, przejście zatarasował mi wózek z dzieckiem. Widać dla młodej matki też był to przystanek docelowy. Zanim zdołałem za nią wyjść, już wiedziałem co mnie czeka. Niestety nie myliłem się. Stali parę metrów za autobusem, w kierunku mojej szkoły. Było ich pięciu, wszyscy wyżsi ode mnie o przynajmniej pół głowy. Pomyślałem o tym, że bluza z logiem mojego liceum to nie był najlepszy pomysł. Wyłączyłem muzykę i z pokerową miną ruszyłem w ich kierunku. Zrobili to samo. Pierwszy wpadł na mnie uderzając swoim  barkiem w mój. Zagryzłem zęby, nie stawiałem się, ale nie pozwoliłem też się wywrócić. Zaraz po tym nadeszło drugie uderzenie. Zacisnąłem pięści i powtarzałem w myślach „Uspokój się, nie daj się sprowokować. Nie chcesz tego, nie teraz, nie po tym co się stało…”. Trzecie uderzenie. Z każdym kolejnym krokiem wzbierała we mnie złość. „Bądź od nich mądrzejszy”. Czwarte uderzenie. Zamknąłem oczy i nabrałem głęboko powietrze. Nagle poczułem to. Klakson. Pisk opon. Chrzęst deptanego szkła. Bandaż. Czarna sukienka siostry. Cisza. Ta cholerna cisza. Otworzyłem oczy i skupiłem się na jego cynicznym uśmiechu. Nim zdążył zareagować zrobiłem krok w jego kierunku i z rozpędem runąłem na niego wpadając głową wprost w jego twarz. Upadł. Poczułem krew, nie była moja. Nagle czas przyśpieszył. Biegłem. Biegłem co sił, a co najmniej dwóch z nich biegło za mną.

                                                                                           *

Powiedzieć, że pierwszy dzień w szkole po tych wydarzeniach był okropny to nie powiedzieć nic. Każdemu mojemu ruchowi, towarzyszyły ukradkowe spojrzenia, a za swoimi plecami wciąż słyszałem szepty. Ignorowałem to i zgarbiony szedłem dalej. Nie miałem już siły o tym wszystkim myśleć. Ani o tym co się wydarzyło przed świętami, ani o tym co się wydarzyło rano. Gdy tylko wszedłem w grono znajomych z klasy, tuż przed pierwszą lekcją, poczułem na sobie grad nowych spojrzeń. Niektórzy z chłopaków poklepywali mnie po plecach starając się dodać mi otuchy i w ten sposób powiedzieć "jesteśmy tu, możesz na nas liczyć". Tą samą wiadomość przekazały mi dziewczyny przytulając mnie w ciszy. Nie chciałem tego, nie chciałem ich współczucia. A jednak wszystkim odpowiedziałem uśmiechem. Wiedziałem, że najgorsze co mogę teraz zrobić to odwrócić się od nich i odejść bez słowa. Ale nie macie nawet pojęcia jak bardzo tego pragnąłem.
- Hej, głowa do góry, nie martw się, zawsze mogło być gorzej - usłyszałem nagle zatroskany głos Daniela.  
Każdy, ale to na pewno każdy z was ma takiego kolegę, który mimo dobrych chęci zawsze mówi coś niezrozumiałego i zupełnie nie pasującego do zaistniałej sytuacji. Daniel to idealny tego przykład.  
- Zawsze mogłeś... No, wiesz, też tego.
- Proszę cię, zamknij mordę, bo inaczej sam to zrobię. - przerwałem mu i z morderczym wzrokiem ruszyłem do pustej sali.  
Korytarz ogarnęła przejściowa cisza i czułem jak odprowadzają mnie dodatkowe spojrzenie. Całą lekcję byłem jakby nie obecny. Nie myślałem o niczym, po prostu się wyłączyłem. Tak samo na następnej i następnej. Oczywiście każdy nauczyciel z początkiem lekcji musiał mnie zapewnić jak bardzo wszyscy łączą się ze mną w bólu i że każdy jest gotów mi pomóc. Pytanie tylko w czym pomóc. Nie miałem jednak wystarczająco dużo odwagi, by zadać to pytanie na głos. W trakcie przerw czułem się jak duch, musiałem być w ruchu by nie oszaleć. Chciałem stąd uciec. Musiałem. Ekspresowo pokonywałem kolejne schody w dół, w kierunku szatni. Parę chwil później miałem założoną kurtkę i wychodziłem z tego odrażającego miejsca. Po minięciu drzwi wraz z pierwszym wdechem świeżego powietrza zauważyłem ją stojącą przed bramką z przyjaciółką. Serce podskoczyło mi do gardła. Znowu widziałem ten wzrok. Wzrok pytający co u mnie. Wzrok mówiący, że jej przykro. Wzrok chcący rozmowy. Minąłem je bez słowa z zaciśniętymi dłońmi w kieszeniach i pragnąłem zapaść się pod ziemię.

                                                                                           *

- Widzisz? To on.  
- Nawet nie draśnięty.  
- Ale miał szczęście, ciekawe jak to się stało.  
- Widzieliście go na pogrzebie? Chyba uczuć nie ma.  
- Jakiś jebnięty.  
- Wyglądał jakby mu nie zależało na nich.  
- Pewnie się cieszy. - Klakson, pisk. Głęboki wdech. Ponownie coś wyrwało ze mnie duszę.  
Zerwałem się nagle z łóżka. To tylko koszmar… kolejny koszmar. Spojrzałem na zegar. 8:36. Powoli opadłem na materac, powtarzając znowu w myślach wszystkie okropności, które słyszałem, za swoimi plecami na szkolnych korytarzach. Wziąłem telefon do ręki. 5 nowych wiadomości. Ludzie z klasy, pytający co się ze mną dzieje, gdzie jestem. No tak. Martwią się, to trzeci dzień mojej nieobecności. Zamiast odpisać przewróciłem się na bok i zastanawiałem nad słowami siostry. Mam dwa wyjścia. Przeprowadzić się prawie 200 km do babci i tam dokończyć swoją edukację lub wynająć sobie jakiś pokój w okolicy. Dwie rzeczy są pewne. Siostra musi wracać do rodziny i pracy, do Austrii, a dom idzie na sprzedaż. Znalazł się już nawet potencjalny kupiec. Szybko. Zmusiłem się do wstania, potrzebowałem mocnej kawy. Na stoliku w salonie leżały porozrzucane zdjęcia, wzięło mnie wczoraj na wspominki. Przez głowę znowu przeszła mi myśl, że zaraz tu oszaleje. Jednym ruchem strąciłem wszystkie fotografie na ziemię i upadłem zaraz przy nich. Zakryłem oczy. Byłem wściekły. Myślałem że to sen. Ciągle słyszałem ten klakson. Nie płakałem. Nie potrafiłem. Oparłem się łokciami o kolana i zwiesiłem głowę między nogi. Dostrzegłem tam jedno zdjęcie, podniosłem je i przyjrzałem się mu. Wraz z bratem staliśmy na brzegu jeziora, działo się to w zeszłe wakacje. Stałem z rękoma w kieszeniach wytrzeszczając głupkowato zęby, brat robił głupią minę dorabiając mi za głową rogi. Na moich ustach pojawił się lekki uśmiech. Wpadłem na pomysł. Po chwili siedziałem na kanapie z kawą i laptopem. Szukałem i szukałem. W końcu znalazłem.
- A więc jadę do Gdańska. - szepnąłem sam do siebie po czym opadłem na oparcie.

2 komentarze

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 1 gru 15:28 ·

    Kiedy w końcu poznamy imiona bohaterów? Uważaj, bo łapki nie będzie

  • Somebody

    Somebody · 1 gru 8:56

    Czytałam poprzednie części i tę. Ogólnie całkiem nieźle napisane, ładny język, wciągająca narracja, tylko jedno mi przeszkadza. Te ciągłe przeskoki, przez które czasem nie bardzo wiem, gdzie jesteśmy... Ale może się czepiam, nie wiem. Łapka jest