Perły rzucone przed damy, Moje pierwsze zlecenie, część trzynasta - ostatnia: Rozczarowanie

To było moje pierwsze zlecenie. Najwięcej na nim przeżyłam. Najwięcej się nauczyłam. Moje relacje z rodziną podopiecznej były najlepsze. Niestety wyjeżdżając, byłam już świadomą opiekunką. Wiedziałam, że mam prawo do przespanych nocy. Do wolnych godzin w ciągu dnia, gdy nie muszę się martwić, co się dzieje z podopieczną. Wiedziałam, że seniorka powinna być pod stałą opieką lekarza. Nie chciałam jednak robić zamieszania i kłócić się niepotrzebnie. W noc poprzedzającą mój wyjazd siedziałam przy komputerze i drukowałam informacje dotyczące pracy opiekunów osób starszych. Pozakreślałam najważniejsze fragmenty. Wszystko włożyłam do koperty A4 i zostawiłam przy wyjściu zaadresowane do Katarzyny. W domu znalazłam jej brata na Facebooku i napisałam mu wiadomość, żeby zainteresował się matką, bo tak, jak jest, nie może być dalej.  

Kilka tygodni później Helga znalazła się w domu starców. Myślę, że to, co zostawiłam jej córce w kopercie, bardzo ją zabolało. Znałyśmy się pół roku. Nigdy się nie skarżyłam, myśląc, że moja praca tak powinna wyglądać. Dopiero, gdy było bardzo ciężko, zaczęłam szukać informacji o prawach i obowiązkach opiekunek i pomocy domowych, pracujących w systemie dwudziestoczterogodzinnym. Nie miałam serca mówić jej w oczy, że czułam się wykorzystana i oszukana. Chciałam uniknąć przed wyjazdem niepotrzebnego stresu. Zawiodłam się na niej. Zrezygnowałam ze współpracy z "aniołkami”, a ona miała mnie zatrudnić bezpośrednio. Z pracy na cały etat najpierw zrobił się Midijob, potem Minijob. Koniec końców Katarzyna powiedziała, że będę pracowała na czarno, a ona zwróci mi pieniądze za ubezpieczenie. Niemiecka kasa chorych odmówiła mi ubezpieczenia, widząc, że chodzi o pracę na czarno. W Polsce nie miałam możliwości, by ubezpieczyć się (tak jak moja zmienniczka) w KRUS-ie. Zresztą nie chciałam. Przecież chciałam pracować legalnie.  

Skończyło się na tym, że gdy podopieczna rozbiła sobie głowę, jej córka zabroniła mi dzwonić na pogotowie. Pół dnia czekałam, aż Kaśka się zjawi i sama zawiezie ją do lekarza. Przyjechała niezadowolona i oświadczyła, że potrzebuje czasu dla siebie. Jeździła właśnie konno, gdy do niej wydzwaniałam. W duchu pomyślałam o czasie dla siebie. Gdy byłam zatrudniona u "aniołków” i podopieczna straciła przytomność, bez problemu zadzwoniłam po pomoc. Przyjechali, wypytali o wszystko. Zanim zjawili się sanitariusze, staruszka odzyskała przytomność. Mimo wszystko pojechała bez oporu do szpitala na obserwację. Nie było jej kilka dni. Od Katarzy dostałam gotówkę na zakupy, by odreagować. Wyprawa na miasto pomogła mi poradzić sobie z traumą, jaką przeżyłam, gdy myślałam, że podopieczna umarła na moich oczach. Później w domu, który bez podopiecznej wydawał się nieprzyjemny i trochę nawiedzony, czekałam na jej powrót. Czułam, że pomogłam podopiecznej. Gdy Helga rozbiła głowę, a ja musiałam czekać kilka godzin na jej córkę, czułam, że z jednej strony ponoszę odpowiedzialność za tego człowieka, z drugiej − tak niewiele mogę zrobić. Głowy w szpitalu nie zszyto, bo było już za późno. Za dużo czasu minęło od wypadku, tym bardziej że nie wiedziałam, czy wydarzyło się to w nocy, czy chwilę przed budzeniem. Podopieczna wróciła z opatrunkiem na głowie.  

Nie chciałam pracować bez poszanowania moich praw i bez ubezpieczenia. Jak człowiek widmo, który niewiele może, jest zamknięty razem ze starą kobietą w czterech ścianach, bez kontaktów socjalnych i opieki medycznej. Ja i Helga. Ona narażona na postępującą chorobę i śmierć. Ja narażona na kary ze strony urzędu skarbowego, urzędu meldunkowego, bez ubezpieczenia i jakiejkolwiek pomocy.  

Wracałam do domu rodzinnego mądrzejsza, uzbrojona w wiedzę na przyszłość. Czy jednak ta wiedza mi pomogła? Z jednej strony owszem. Przesypiam noce, obecnie mam dwa wolne dni w tygodniu, pieniądze na zakupy dostaję z góry. Jestem ubezpieczona. Nie muszę zjeżdżać do Polski. Mam dostęp do lekarzy. Zlecenie nie jest tak meczące, gdy zachowane są moje prawa, dzięki temu mogę zarabiać i odkładać. Cieszy mnie ta sytuacja. Jednocześnie jednak zauważyłam, że od chwili, gdy jestem świadomą opiekunką, z żadną rodziną nie powstały tak dobre więzi, jak na pierwszym zleceniu. To cena tego, że człowiek wywalczył swoje prawa. Jest wtedy tolerowany, ale nie ma sympatii. Przecież fakt, że chcę mieć wolny dzień, nie czyni ze mnie innego człowieka. Nadal jestem tą samą sympatyczną Baśką, z którą można pogadać i się pośmiać, która czasami chciałaby pomocy ze strony rodziny podopiecznych. Chciałaby móc powiedzieć, co się dzieje w domu seniorki. Usłyszeć, że postępuje dobrze, lub otrzymać wskazówki, jak z czymś sobie poradzić. Tymczasem funkcjonuję, ale nikogo nie obchodzi jak. Jestem pracownikiem. Tego chciałam. Ale czy nie można być pracownikiem, a jednocześnie być traktowanym, jak człowiek? Bardzo mnie to zastanawia i smuci. Powtarzam sobie, że to nie moje życie, tylko praca. Na razie jest to jednak moje życie. Życie, które ogranicza się do tak niewdzięcznej pracy. Liczę dni. Liczę pieniądze i czekam na czas, gdy wrócę do normalności.

225 czyt.
92%225
BarbaraBerezanska

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i obyczajowe, użyła 943 słów i 5398 znaków, zaktualizowała 22 cze o 11:28

Dodaj komentarz