Perły rzucone przed damy, Moje pierwsze zlecenie, część szósta: Dom pensjonatem, czyli co zabiera ze sobą podopieczna, wybierając się w podróż „do domu”

Gdy zabrakło Pchełki, powoli zaczynałam zdawać sobie sprawę z powagi mojej pracy i odpowiedzialności, jaka na mnie ciąży. Problemem nie było przygotowanie posiłku, posprzątanie domu. Problemem była podopieczna i jej choroba. Moja prawdziwa praca zaczynała się tuż po śniadaniu. Bywały nawet dni, gdy szaleństwo zaczynało się już przed pierwszym posiłkiem.  

Czasami seniorka schodziła i pytała, gdzie jest jej mąż. Jej mąż nie żył już od dziesięciu lat. Krótka odpowiedź: "Nie wiem” i prośba, by pomogła mi nakryć do stołu, najczęściej załatwiały sprawę. Chwilę panował spokój. Starsza pani wyciągała trzy talerzyki. Tłumaczyłam więc, że jemy śniadanie we dwie. Mąż najwyraźniej wyszedł wcześniej do pracy. Widziałam zawiedziony wzrok podopiecznej. Przynajmniej siadała do stołu. Jadłyśmy. Po śniadaniu przynosiłam gazetę. Czytałyśmy, co nowego w świecie. Widząc, jak wypija ostatni łyk kawy, czekałam, co będzie dalej, od tego bowiem zależał mój plan dnia.  

Rzadko było normalnie. Najczęściej podopieczna dziękowała za śniadanie. Mówiła, że było milo, ale musi już iść do domu. Wtedy wyciągałam chińczyka i grałam do znudzenia. Lepsza okazała się gra halma. Budziła w niej uśpione ambicje zwycięzcy. Niestety zainteresowanie i tą grą miało kiedyś swój koniec. Helga wstawała kilka razy od stołu, mówiąc, że musi iść już do domu. Wychodziłyśmy wtedy na spacer.  

Czasami chciała zapłacić za pobyt. Raz bardzo nalegała. Palnęłam więc cenę, dobrze wiedząc, że nie ma przy sobie żadnych pieniędzy. Poszła po torebkę. Wyciągnęła portfel i wygrzebała z niego parę drobniaków. Załamana powiedziała, że nie rozumie, jak mąż mógł opuścić pensjonat bez niej. Ona nie ma jak zapłacić. Popatrzyłam na nią i odpowiedziałam, że nie ma sprawy. Należą do naszych stałych gości i tym razem ich pobyt pójdzie na koszt domu. Podziękowała, wyściskała mnie. Pomogłam jej włożyć kurtkę. Tymczasem chyba już zapomniała, że chciała iść do domu, i szłyśmy na spacer.

Po spacerze była chwila spokoju. Czasami udało mi się ugotować obiad bez żadnych atrakcji, czasami było to nieco trudniejsze. Seniorka próbowała królować w kuchni. Wyłączała mi kuchenkę, chowała produkty spożywcze, które wyjęłam, by przygotować obiad. Potrafiła nagle wyciągać brudne naczynia ze zmywarki i rozkładać je do szaf. Było trudno. Najgorzej było, gdy obiad się gotował lub zaczęłam piec ciasto, a ona koniecznie chciała iść "do domu”. Zostawiałam wtedy wszystko. W biegu wyłączałam kuchenkę, piekarnik i trzeba było iść za nią. Czasami wcześniej spakowała siatki. Raz pozbierała wszystkie jaśki z salonu, upchała w reklamówkach, mówiąc, że to jej poduszeczki i bierze je ze sobą. Innym razem przerzuciła sobie kilkanaście torebek przez ramię i przyszła ze mną się pożegnać.  

Temat pensjonatu, płacenia za śniadanie, "powroty do domu” wracał, jak bumerang przez cały pobyt u Helgi. Nauczyłam sobie z tym radzić. Raz lepiej raz gorzej. Niekiedy trzeba było wybrać się z nią na spacer. Gdy tych wędrówek było za dużo, Katarzyna pozwoliła na zamykanie drzwi. Czasami pomogło, innym razem budziło jej agresję. Dlatego pewnego dnia, gdy po kilku minutach ciszy zobaczyłam, jak Helga schodzi z pierwszego piętra z torebką pod pachą i workiem po papierze toaletowym, wypchanym po brzegi, nawet nie protestowałam. Postanowiłam pozwolić jej "pójść do domu”.  

Helga wyszła, ja za nią. W samo południe. Słońce grzało. Popatrzyłam na Helgę pełną determinacji. Na worek, z którego wystawały peruka, pantofel, szczoteczka do zębów. Na kurtki przerzucone przez ramię, które zdołała jeszcze złapać na progu, i pomyślałam, że to dla mnie za dużo. Popatrzyłam, w którym kierunku poszła Helga. Wróciłam szybko do domu po kluczyki do auta. Gdy wyszłam z budynku, była już na końcu ulicy. Włączyłam silnik samochodu i potoczyłam się ulicą w jej kierunku. Dojechałam do skrzyżowania, zatrzymałam się i obserwowałam podopieczną. Skręciła w lewo. Jechałam za nią na pierwszym biegu. Znowu się zatrzymała. Słońce prażyło. Siedząc w aucie, patrzyłam na Helgę z workiem w dłoni. Człapiącą w słońcu. Było mi jej szkoda. Widziałam jednak jej wielką determinację i wiedziałam, że w tym momencie do niczego jej nie przekonam.
Helga szła w prawo, w lewo, w lewo, przed siebie… Nie obchodziło mnie, czy ktoś na nas patrzy. Podążałam jej śladami, dziękując za auto. Ona miała siłę, ale zdawałam sobie sprawę, że w końcu ją opuści. Wtedy to ja miałabym problem − ją na karku, wypchany worek po papierze toaletowym i dłuuuuugą drogę do domu.  

W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że staruszka ma już dosyć. Ciągnęła stopy za sobą. Za stopami wlókł się worek. Ruszyłam jedynką, zmieniłam na dwójkę. Zatrzymałam się obok niej. Otworzyłam okno, wychyliłam głowę i z uśmiechem na twarzy spytałam "Helga, idziesz do domu? Ja jadę w tym samym kierunku”. Helga zerknęła na mnie. W mojej głowie mózg działał na najwyższych obrotach. Wątpliwości i niepewność. Uda się czy się nie uda? Pierwsze wrażenie było takie, że wzrok Helgi mógłby mnie zabić. Nagle rysy jej twarzy złagodniały. Uśmiechnęła się. Odpowiedziała, że super. Wyszłam z auta, wrzuciłam worek na tyły samochodu. Torebkę również. Poprosiłam, by dała mi kurtki, aby było jej wygodniej. Wszystko wylądowało na tylnym siedzeniu auta. Helga wsiadła do przodu. Zapięłyśmy pasy i pojechałyśmy przed siebie. Kawałek przed siebie. Następnie zatoczyłam kółeczko i wylądowałyśmy przed domem. Nie ma to jak w domu!  

Zabawne?  

Nie zawsze nasze wypady kończyły się tak szybko i bezboleśnie. Razu pewnego podopieczna nie chciała iść do domu, tylko odwiedzić matkę. Helga miała osiemdziesiąt lat, łatwo więc się domyśleć, że jej matka już nie żyła. Nie potrafiłam jej jednak tego wytłumaczyć. Nie umiałam też odwrócić jej uwagi od tego pomysłu. W końcu postanowiłam, że ruszymy w drogę. Wsiadłyśmy do auta i jechałam w kierunku miasta, gdzie kiedyś mieszkali jej rodzice. Przy okazji zadawałam jej pytania, czy mama jej się spodziewa, ile ma lat, że musiała ją bardzo wcześnie urodzić, bo mamy ten i ten rok, ona ma tyle i tyle lat. Głośno się zastanawiałam, ile lat może mieć teraz jej matka. Widziałam, że podopieczna traciła pewność siebie. Pytałam więc dalej. Na jakiej ulicy mieszka i czy zna drogę, bo ja znam tylko drogę do miasta. Po mieście nie potrafię się poruszać. Drogi nie znała, adresu również. Powiedziałam, że jak poda mi numer telefonu do mamy, to zadzwonimy i spytamy o dokładny adres. Ponownie spytałam o wiek. Ile lat miała jej matka, gdy ją urodziła. Po otrzymaniu odpowiedzi stwierdziłam, że musi już mieć ponad setkę. Nie namawiałam jednak podopiecznej do powrotu, wiedząc, że im bardziej będę nalegała, tym bardziej ona się uprze. Spokojnie powtarzałam te same pytania.  

W końcu Helga, nie potrafiąc na nie odpowiedzieć, poprosiła, żebym nawróciła. W drodze powrotnej panowała grobowa cisza. Nie wiem, o czym myślała seniorka, ja natomiast modliłam się, byśmy dotarły do domu i żeby na chwilkę zapanował spokój. Starsza pani milczała. Weszła do domu trochę zamyślona. Być może próbowała sobie wszystko ułożyć w głowie.  

Ta podróż nie była jednak tak dramatyczna w porównaniu z pewną wyprawą na cmentarz. Było lato. Na dworze już zmrok. Podopieczna nie chciała iść spać, twierdząc, że czeka na męża. Na nic zdały się prośby i kłamstewka, że mąż dzwonił i mówił, że wróci późno. Nie i już. Helga postanowiła czekać. Wtedy z moich ust padły słowa "Twój mąż nie żyje od dziesięciu lat”. Zawsze z trudem przechodziły mi one przez gardło. Gdy jednak nic nie pomagało, trzeba było być brutalnym. Oczywiście w salonie rozległy się wrzaski, że głupoty opowiadam i jak tak mogę. Nie mając już siły i cierpliwości, poprosiłam ją, żeby włożyła buty i poszła ze mną na spacer. Musiałam ją przy tym zapewnić, że jej mąż ma klucz do domu, w razie gdyby wrócił przed nami.  

Poszłyśmy na cmentarz. Prosto na grób jej męża. Postałyśmy chwilkę. Odchodząc, zapytałam, czy teraz mi wierzy, że jej mąż nie żyje. Popatrzyła na mnie i spytała, o czym mówię. Ręce mi opadły. Powiedziałam, że przecież właśnie stałyśmy nad grobem jej męża. Ona spokojnie odparła, że przecież to był grób jej ojca. Na chwilę zgłupiałam, szybko jednak pozbierałam myśli. Cofnęłyśmy się parę metrów do grobu jej męża. Popatrzyłam na pomnik i widoczne tam nazwisko. Stwierdziłam, że jeśli to byłby jej ojciec, to nazwisko byłoby inne. Ona przyjęła nazwisko po mężu. Nie zaprzeczyła. Przeczytałam głośno rocznik. Nagle zalała się łzami. Czułam się, jak sadystka. Helga szła, płacząc i dziękując mi za to, że pokazałam jej grób męża. Twierdziła, że nie wiedziała − dzieci z pewnością nie chciały, żeby cierpiała, i jej o tym nie powiedziały. Wróciła do domu wykończona. Położyła się do łóżka. Cel został osiągnięty, ale czułam się dziwnie.

200 czyt.
100%2
BarbaraBerezanska

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i śmieszne, użyła 1794 słów i 9424 znaków, zaktualizowała 12 cze o 23:55

Dodaj komentarz