Odium // Grześ 2007

Trzymałem Nathana za dłonie, jak instruktorzy na strzelnicy lub zagorzali golfiści trzymają swoich uczniów, podczas oddawania przez nich ich pierwszych strzałów.
- Teraz przekładasz jedno oczko przez drugie – powiedziałem.
   Przyjaciel postępował zgodnie z moimi instrukcjami, ale kiedy pociągnął dłońmi w przeciwne strony, sznurówki znów się rozwiązały. Szybko przemieściłem się zza jego pleców przed niego. Nathaniel nie zareagował, wtedy już mało na co zdarzało mu się reagować, wycofywał się.
- Nic się nie stało, możemy spróbować jeszcze raz – uśmiechnąłem się zachęcająco, na co ten pokręcił głową, zdjął buta i resztkami sił położył się na łóżko.
- Dlaczego nawet coś tak prostego mi nie wychodzi? – w mojej głowie brzmi to płaczliwie, ale bynajmniej wypowiedź Nathana nie miała takiego tonu. W rzeczywistości brzmiało to tak jakby naprawdę brał pod uwagę co takiego jest w nim, że nie potrafi tego przyswoić.
- Może chodzi o nastawienie? Bardzo się koncentrujesz na tym co robisz i boisz się pomyłki, a to w gruncie rzeczy dość proste – nie wiedziałem wtedy, że takich argumentów nie należy używać. To, że mi wiązanie butów nie sprawiało większych trudności, nie oznaczało, że mogłem sprowadzać do parteru problemy Nathana z tym związane. - Nauka czyni mistrza – dodałem i sam zawiązałem mu buty tak, aby mógł po prostu włożyć do nich nogę.
- Nie puszczaj mnie na spacer – szepnął. W pierwszej chwili nie wiedziałem, czy mi się nie przesłyszało, ale Nathan dodał: - Pozwolisz mi nie iść?
   Zmarszczyłem brwi.
- Przecież nigdy cię nie zmuszałem do wychodzenia na spacer, jeśli nie chcesz nie musisz na niego iść. To nie ma być dla ciebie przykry obowiązek.
- A co to ma dla mnie być? – usiadł i spojrzał na mnie wzrokiem małego dziecka, które właśnie zadało rodzicom pytanie: ,,a co to?” lub ,,a dlaczego?” i zniecierpliwione oczekuje odpowiedzi.
- No… Zacząłeś chodzić na spacery, żeby się wyciszyć, pobyć sam ze sobą, pooddychać lasem. Ale jeśli ci to nie pomaga i nie widzisz już w tym sensu to po prostu tam nie chodź. Chodź, pójdziemy pograć w kosza.
   Tamtego dnia na boisku oprócz nas i naszych przyjaciół była też spora grupa starszych chłopaków, którzy kończyli grać w piłkę nożną.
- Nathan! – usłyszeliśmy i odwróciliśmy się w tamtym kierunku, kiedy okazało się, że nie chodziło o naszego przyjaciela, Nathan przewrócił oczami.
- Co? – zaśmiał się Tomek. – Jesteś zły, bo musiałeś odwrócić głowę? – zapytał z ironią, na co ten zmrużył oczy.
- Wkurza mnie fakt, że wiele innych osób zamieszkujących tę planetę również nosi moje imię – zdradził, a potem podzieliśmy się na dwie małe drużyny i zaczęliśmy grać.
   Kiedy wieczorem wymęczeni skończyliśmy grę, nie było już, ani chłopaków po drugiej stronie boiska, ani chmur na niebie.
- Okay, zbierajmy się. Cud, że moja mama jeszcze nie posłała po mnie jednostek specjalnych – zaśmiał się cicho Piotrek.
   Pożegnaliśmy się i rozdzieliliśmy. Ja i Nathan mieszkaliśmy na ulicy zaczynającej się po lewej stronie boiska, w domkach jednorodzinnych, reszta skierowała się w prawą stronę do bloków otaczających teren naszego spotkania.
- Naprawdę cię to denerwuje? Że ktoś ma takie imię jak ty? No wiesz… to dość normalnie, nie ma na świecie aż tylu imion, żeby każdy miał inne – odezwałem się, kiedy byliśmy już prawie pod jego domem.
- To egoizm, prawda? Wiem, że tak – odpowiedział na swoje pytanie. – Przepraszam, po prostu nie umiem przyzwyczaić się do tak naturalnej rzeczy.
- Całe szczęście, że nie noszę takiego imienia, co wtedy z naszą przyjaźnią? Pewnie nawet byś na mnie nie patrzał – zaśmiałem się, gdy przekroczyliśmy furtkę, prowadzącą na jego podwórko.
- Przepraszam, nie wiem, czemu tak się dzieje – powiedział. - Nie do wiary, że nie boisz się iść sam teraz do domu, jest ciemno.
- Mieszkam tylko parę metrów stąd, spokojnie.
   Nathan spuścił wzrok i nie trzymał klamki swojego domu ani jedną ręką.
- Chciałbyś przenocować u mnie? – zaproponowałem, podejrzewając, że nie chciał on wracać do siebie. Nie bez powodu przecież tak bardzo to odwlekał. – Chodź – zdecydowałem za niego i łapiąc go za obie ręce, zaprowadziłem do pokoju po plecak i rzeczy na przebranie.

Dodaj komentarz