Krokus cz 14

Zapukałam do ich pokoju.
—  Otwarte —  usłyszałm głos Fryderyka.
—  No i co. Już wiecie jaki plan? —  zapytała Tess.
—  A co wy sądzicie?
—  Chciałbym posiedzieć na słońcu. Mówiłeś, Fryderyku, że tam w środku, tej Brytyjskiej Kolumbi jest jakieś ładne miejsce z plażami.
—  W sumie są w tym mieście plaże z piaskiem. Są również miejsca z trawą. Ale tak. Tam podobno jest ładnie.
—  I są tłumy — rzuciła siostra Adama.
—  Pewie tak. Ale z pewnościa są miejsca gdzie nie ma tak dużo ludzi.  
—  To zatrzymajmy się tam, zanim pojedziemy do tego wielkiego miasta nad oceanem. Czytałam o tym Denali. To najwyższa góra na świecie.
—  Najwyżaszy jest Ewerest.
—  Tak, chodzi mi o wysokość względną. Same Himalaje to już prawie 5 tysięcy metrów. A Denali stoi na równinie.
—  I pomyśleć, że Alaskę sprzedał car za taką małą cenę. Za 7.2 miliona dolarów co obecnie wynosiłoby tylko około 100 milionów —  powiedział Fryderyk.
     Przez chwilę pomyślałam o czymś i od razu się wystraszyłam. Szczególnie, że Tess spojrzała na mnie. Oczywiście wiedziała. Jak mogłam to pomyśleć! Może dlatego, ze miałam zbliżenie z Adasiem. Wygladało, że sex satysfakcjonował moje zmysy, ale wpływał ujemnie na moją świadomość. A co pomyślałam? O niej i ojcu. Ale w tym innym sensie.  W tym, że go rozumiałam. Postanowiłam uważać, bo wyglądało, że nie jestem takim aniołem jak sądziłam.  

Pojechaliśmy do tego polskiego sklepu o nazwie Krakowia. Była tam trochę dalej niż do galeri, w której byliśmy wczoraj. Napisy po polsku i polskie produkty. Było stoisko z gotową żywnościa. Pierogi, placki ziemniaczane i sałatki. I oczywiście ciasta.  
—  Ja poproszę ruskie i dwa placki ziemniaczane. I sałatkę grecką.  
Tess zamówiła podobnie, a Adaś i ojciec coś z mięsem. Po obiedzie wzieliśmy kawałek sernika, jabłecznik i ptysie. Do tego wszyscy wzięli kawę cappucino, a tylko Tess, sok z czarnej porzeczki.

— Jutro lecimy do Kelowny. Pobędziemy tam dwa lub trzy dni. Zależy od was —  powiedział Fryderyk.
—  Wrócisz do Polski? —  zapytała nagle.
Od razu zrobiło sie poważnie. Czemu to zrobiła?
— Zastanowię się. Wiesz, że mama mnie nie chce.  
—  Wiem, ale byłbyś blisko. Już wiesz, że jest dobrze.
Czułam, że to znaczyło : Nie musisz się bać. Ale ze wzgledu na Adama, tego nie powiedziała.
—  Podejmę decyzję zanim wrócicie.  
Przytuliła się do niego i Adaś również. Chyba każdy o miękim sercu by zmiękł, a Fryderyk z pewnością je miał. W sumie było mi go żal. Zrobił tylko jeden błąd. Ale może tak musiało być? Może inaczej nigdy bym nie poznała tej cudownej osoby, a może i Adama? Tego teraz nie wiedziałam.  

Lot do Kelowny zajął tylko godzinę. Odczułam inny klimat. Wzieliśmy taksówkę. Fryderyk zarezerwował samochód w firmie Avis. Mieliśmy volvo. Z wypożyczalni pojechaliśmy do hotelu o nazwie Manteo resort, ulokowanego przy samej wodzie.
—  Duże to jezioro? —  zaptytała Tess.
—  Ma 120 kilometrów. Jest bardzo głębokie. Podobno ponad 400 metrów. Dowiem się w recepcji o plaże.  
Znowu mieliśmy dwa pokoje, ale w tym momencie siedzieliśmy w jednym. Siedziałam blisko Adama, a on mnie obejmował. Tesa patrzyła przez okno.
—  Patrzcie, latają.
Podeszliśmy do okna.
Motorówki ciągnęły specjalne spadochrony.  
—  Ciekawe czy tym trudno manewrować? —  zapytał Adam.
—  Może się dowiemy.
—  Ja się nie piszę —  powiedział siostra Adasia.
— Boisz się? —  zapytał ją brat.
—  Tak, nie mogę? Chyba mogę mieć jakąś wadę.
Roześmielismy się.
—  Jesteś super, siostra. I taka miła. Żadnych brzydkich słów.  
—  Mogę zawsze zacząć mówić —  spojrzała na niego poważnie.
— Wolę nie. Tata nie wie.
—  Wie, Diana mu mówiła.  
—  Diana? Mama się mówi.
—  Żeby być mamą, trzeba zasłużyć. Nic jej nie zrobiłam. To nie moja wina, że taka jest dla mnie. Matka powinna kochać dziecko. Wtedy jest matką, a nie wówczas tylko gdy kupuje jedzenie i ubranie.  
— Też mi przykro, siostrzyczko. Ty pewnie będziesz dobrą mamą.
— Tego nie wiem. Jestem za młoda by o tym myśleć.  
     Zastanawiałam się czy mówi tak sobie, czy naprawdę jeszcze nie wie. Po ostatniej rozmowie faktycznie zapomniałam, że jest podlotkiem. Szczotka na kiju. Ciekawe dlaczego mi tak powiedziała? Przecież wiedziała, że jest ładna i zgrabna. A może te wcześniejsze teksty były tylko w celu przygotowania szoku? Ale odrzuciłam to. Postanowiłam myśleć, że jest szczera zawsze kiedy cokolwiek mówi. Postanowiłam, że kiedy naprawdę nie będę rozumiała, to zapytam. Nie chciałabym popełnić tego samego błędu co jej ojciec.
Wrócił.
—  Jest taka plażą kilka kilometrów od hotelu. Tu jest też dużo winiarni. Sadów. Ładne miejsce. I niestety też jest dużo pożarów jak w Kaliforni.  
— To możemy tam pojechać, tatusiu?
— Oczywiście. Nikt nie jest głodny?  
— Może zamówimy najpierw pizzę — zaproponował Adam.
— Pizzę? No w sumie młodzi lubią, dobrze. W takim razie muszę znowu iść do recepcji.
    Wyszedł. Zaczeliśmy wyciągać kostiumy, a Adam poszukał swoich spodenek. Mieliśmy też koc. Wrócił ich tata.  
— Jest po drodze pizzernia. Nazywa się Mr Mozzarella. Podobno mają dobrą pizzę. Sami wszystko robią.
— Dobrą? Tata tu wszystko inaczej smakuje. Może tobie to nie przeszkadza, ale my czujemy różnicę — popatrzyła na brata.
— Nie jest tak źle.
Tess zgromiła go zwrokiem.
— Nigdy nie trzymasz mojej strony.
Pociągnęłam ją za rękę.  
— To nie jest wina taty, że jest tu takie jedzenie. Chciał nam zrobić przyjemność. Stara się wybierać najlepsze rzeczy.
— No dobrze. Tata, nie jest ci przykro o to co powiedziałam?
— Nie. Masz prawo powiedzieć.
Ale widziałm, że jednak jest mu przykro. Oczywiście i córka to odczuła. Podeszła do niego i wtuliła się w niego, obejmując mu plecy.  
Za chwilę zamówił. Pół z hawajskiej i pół grackiej bez mięsa. Dużą
Byliśmy gotowi.  
     Pizzeria mieściła się w małym centrum handlowym. Był tam sklep spożywczy, klinika lekarska, restauracja z suhi, oczywiście ta pizzernia i jeszcze kawiarnia. Cała pizzernia wyglądała dobrze i miała nawet swoisty zapach, pieczonego ciasta. W sumie to było zrozumiałe.
Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na plażę. W oddali widać był winiarnie leżącą ponad czereśniowym sadem. Fajnie zrobiono dekorację przy tej winiarni.  Z wielkiej butelki lało się coś, do równie wielkiego kieliszka. Pewnie woda.  
Droga prowadziła przy jeziorze. Po mniej więcej kwadransie dojechaliśmy. Faktycznie nie było dużo ludzi. Pewnie w weekend było bardziej tłoczno. Zanim doszliśmy do samej plaży, szliśmy polem trawy zamieszkałej przez dziesiątki susłów. Plaża była kamienista, a powyżej rosła trawa. Szybko pozbyliśmy się ubrań. Oczywiście Tess pobiegła pierwsza.  
— Zimna.
Wchodziła ostrożnie.  
— Bez sandałów nie wchodźcie, są oślizłe kamienie.
Długo wchodziła zanim całkowicie się zanużyła.
— Fryderyku, naprawdę tu jest tak głęboko? Tess weszła już z sześćdziesiąt metrów, a woda dopiero sięga jej do torsu.
— Tak jest napisane w informatorze. Podobno mieszka tu legendarny smok. Coś jak Nessi.
— E, to pewnie nie prawda.
— Podobno kilka osób widziało. Legenda ma już kilkaset lat. Sami indianie ją podali.
— Wszędzie są jakieś legendy o smokach. W Angli, w Chinachi nawet u nas. Smok wawelski albo Bazyliszek.
— Coś w tym jest — odrzekł ojciec Adama.
— Idziemy, Adasiu?
— Dobra. A ty tata?  
— Posiedzę i popatrzę na was z brzegu.
     Weszliśmy powoli do wody. Adaś trzymał moją dłoń. Wchodziliśmy coraz głębiej. Tess pływała.
— Ładnie tu. Widziałeś, tu musiał być pożar. Pełno nadpalonych konarów.
— Dostrzegłem.  
Woda był zimna. Po przejściu strefy kamieni, musieliśmy przedrzeć się przez pas wodorostów. To nie było przyjemne. W oddali widzieliśmy kilka motorówek. Pomyślalam o głębinie. Poczułam na moment strach. To dziwne? Człowiek może utonąć na dwóch metrach i na dziesięciu kilometrach. A jednak głębina bardziej przerażała. Tak jak wszystko co tajemnicze. W końcu grunt się skończył i zaczliśmy płynąć.  
— Fajna woda, po jakimś czasie nie czuje się zimna — krzyknęła siostra Adama.
     Pływaliśmy około kwadransa. W końcu wyszliśmy na brzeg.  
— Jestem głodna — powiedziała Tess.
    Popatrzyłam na nią. Czasami zapominałam, że jest najbardziej zagatkową osoba jaka udało mi się poznać. Czy ona udawała, żeby inni myśleli iż jest nadal trzynastoletnią dziewczyną? A może to była ona w całości? W końcu miała ciało. Musiała jeść jak wszyscy.
Wytarliśmy się i zaczelimy jeść.  
— Co tam w wielkim świecie, tato?
— Ach, zawsze coś. Wcześniej przez pół wieku zimna wojna. Potem kryzys z Koreą Północną i zawsze i ciągle starcia interesów dwóch mocarstw. Teraz Rosjanie podali, że zakończyli testować bomby, które elminują promieniowanie jądrowe.
— To dobrze, czy źle? — zapytał Adam.
— Nie za bardzo. Poprzednio wojna atomowa oznaczała totalne zniszczenie. Teraz jest jeszcze bardziej niebezpiecznie.  
— Nie za bardzo się interesuję, ale słyszałem, że Rosjanie mają technologię wyłączającą elektonikę. Wówczas nic nie działa. Ani rakieta nie strzeli ani statek nie popłynie.
— Też coś o tym słyszałem. Żyjemy na beczce z prochem.
Siedziałam obok z Tess i sądziłam, że słucha niezbyt dokładnie. Tak pomyślałam.
— Ludzie muszą się obudzić, bo się sami wygubię. Nie ważne jakimi metodami.
Wszyscy spojrzeliśmy na Tess.
— W szkole was tego uczą? — zapytał Fryderyk.
— Nie. Ja wiem.
To znowu była Tess, którą znałam. Mądra, dojrzała i tajemnicza. Ale ponieważ nikt nie kontynuował, zaczeliśmy rozmawiać o okolicy.  
— Jest ładnie. Naprawdę. Ciekawe jak tu z pracą. Wygląda na miasteczko wypoczynkowe.
— Ma najwyższy procent bezrobocia w całej Kanadzie. A z drugiej strony mieszka tu wielu bardzo bogatych ludzi z Alberty. Mówi się, że Alberta utrzymuje Kanadę. Chodzi o ropę. Ale to wszystko polityka.
     Kiedy to usłyszeliśmy, nie chcieliśmy już dłużej słuchać. Kto się interesuje polityką mając osiemnaście lat! A już trzysnastolatkę z pewnościa to nie obchodziło. Fryderyk siedział w finansach, wiec niejako bliźniaczej dziedzinie. W końcu pieniądz rządził tym światem. Więc zrozumiałe, że temat mógł go bardziej interesować niż nas.

Pobyliśmy w tym malowniczym mieście jeszcze dwa dni. I polecieliśmy do Vancouver.
— To duże miasto — zaczął Fryderyk, gdy tylko wyszliśmy z lotniska.
W całej Kanadzie mieszka 35 milionów ludzi na powierzchni około 10 milionów kilometrów kwadratowych. Jednak połowa populacji mieszka tylko w trzech miastach: Montrealu, Vancouver i Toronto. Reszta na pasie około 200 km od granicy ze Stanami. Im dalej na półnoć, tym mniej ludzi. Chodzi o klimat. Północ Kanady do lasy tak gęste, że czasem człowiekowi ciężko przejść. W zimie jest metr śniegu przez więcej niż pół roku. Coś jak północ Rosji.  

Po wyjściu z lotniska znowu wzieliśmy taksówkę i pojechaliśmy do dobrego hotelu. O ile pamiętam mieliśmy odwiedzić Tofino. Poprzedniego dnia patrzyłam na googlach. To nie resort jak plaże we Francji, Włoszech czy Monaco. Poza tym Francja podupadała. Wszystko dzięki złej polityce Wspólnej Europy. Oczywiście to były opinie, o których nie miałam pojęcia.
     Vancouver mi się nie podobało. Oczywiście cieżko mieć zdanie po dwóch dniach. Tłumy, korki uliczne. Brak architektóry. Ogladałam kiedyś fotografie z miast włoskich. Malownicze.  
     Na szczęście pojechaliśmy następnego dnia do tego Tofino. Widziałam, że Frydryk się trochę nudzi. Żeby mu pomóc, spędzałam więcej czasu z Adamem, a on mógł być wówczas dłużej blisko Tess. Wyczułam, że ona zrozumiała moje intencje. Wzieliśmy Lexus 570 LX. Bardzo cichy i wygodny i cholernie drogi. Oczywiscie nie kupiliśmy tylko wypożyczyliśmy. My. Oczywiście zrobił to Fryderyk.  
Nadal rozmawiałam z rodzicami. Było mi tęskno. Naprawdę.
     Tofino zachwyciło mnie ciszą i majestatem oceanu. Las, woda i niebo. Mieliśmy szczęście i dostrzegliśmy wieloryby. W innym miejscu kilka osób pływało na deskach. Serfingowych. Podobno nie można tego miejsca porównywać z Australią, ale zawsze. Nie umiałami na tym pływać i na razie nie ciągnęło mnie , żeby się uczyć. Byłam raczej spokojną dziewczyną. Kochałam Adasia i miałam z nim dobry czas. W tym wszystkim dwa zbliżenia były wisienkami na torcie. Poza tym miałam Tess. A tego już nie umiałam nazwać. O naszym zbliżeniu nawet nie pamiętałam, czyli nie mogłam mieć poczucia winy.                                                                                                Fascynowała mnie ta szczupła osóbka. Oczywiście nie dla jej prześlicznych oczu. Raczej dla tego kim była. Jej dusza i wiedza nieznanego pochodzenia.  

W końcu po trzech dniach ruszyliśmy do naszej ostatniej atrakcji, Denali.
Droga, droga, droga. Dziękowałam w duchu, że Fryderyk wynajął taki wygodny samochód. Adam go zmieniał. Ja próbowałam prowadzić, a nawet i Tess jechała około stu kilometrów. Automatyk prowadzi się niezwykle łatwo. Szczególnie kiedy jest prosta droga, a samóchody z przeciwka mija się co pół godziny.
Jechaliśmy najpierw 97 na północ, potem od Prince George, autostradą nr 16 . Blisko Kitwanga zjechaliśmy na drogę nr 37. Wszędzie lasy, lodowce i rwące potoki. Widzieliśmy po drodze jelenie, łosie, gryzzli i oczywiście mniejsze zwierzątka. Potem skręciliśmy w drogę nr 1, a potem w 2. Dojechaliśmy do Alaski i zatrzymaliśmy się w drugim co do wielkości mieście Alaski, Fairbanks. Po drodze nocowaliśmy w trzech zwykłych hotelach. Poza jedzeniem i spaniem rozmawialismy o tym co widzieliśmy po drodze. Żadnej polityki ani innych poważnych spraw.
Tu w Fairbanks mieliśmy się zatrzymać jedną noc i pojechać zaraz potem do McKinley Park. Mieszkało tu mniej niż 200 osób. Oczywiście nie licząc turystów, tak jak nas, którzy przyjeżdzali i odjeżdżali.  
Nie wiedziałam jeszcze, że to miasteczko zapamiętam i to na całe życie.
Góra wyglądała imponująco. Podobno wcale nie taka łatwa do wspinania. Oczywiście mieliśmy pochodzić po parku. Nikt nie mówił o wchodzeniu na szczyt. Do tego trzeba było być wyczynowym alpinistą. I to dobrej klasy.

172 czyt.
100%11
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użył 2543 słów i 14535 znaków

Komentarze (1)

 
  • AuRoRa

    AuRoRa 7 gru 12:24

    Ciekawe opisy, jakby się tam było. Taka część spokojna i krajoznawcza