Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Krew. cz. 8

Przecież niczego nie nadużywamy, tato – odezwał się Brian. – Pan Nicholas jest bardzo miły, co nie jest typowe dla bogaczy.
Znasz innych, że tak mówisz, pomyślał Alex.
– Myślę, że możemy dojechać do oceanu, to tylko pięć kilometrów – wtrąciła się Emile.
– W porządku. Proponuję pojechać pod molo, tam, gdzie jest karuzela. Dobre miejsce na zdjęcie do albumu, a potem wracamy.
– Tak, to rozumiem. – rzekł syn.
Bulwar Beverly Hills jest faktycznie częścią autostrady numer dwa, a tuż przy wodzie przechodzi w autostradę numer jeden. Na samej ulicy, chyba jednej z najbardziej znanej w całym mieście aniołów, bo tak tłumaczy się nazwę Los Angeles, było mnóstwo kawiarni, restauracji I innych atrakcji. Alex wybrał oświetlone przez latarnie miejsce. Zatrzymał luksusowego SUV.
– Poproszę jednego z ochroniarzy, żeby nam zrobił zdjęcia. Może staniemy razem obok samochodu i tak będziemy mieli pamiątkę.
– Zgoda. – rzekł Brian.
Chłopak robił teraz wrażenie innego niż zwykle. Prawdopodobnie to, że jedzie wozem za pół miliona, to sprawiło. Sam Alex bardziej zwracał uwagę, by sprawić radość rodzinie i sama jazda tym samochodem, nie miała dla niego wielkiego znaczenia. Wyłączył silnik i otworzył drzwi. BMW jadące za nimi również się zatrzymało. Podszedł do czarnego samochodu. Kierowca otworzył okno.
– Czy coś się stało, panie Forest?
Mężczyzna miał około czterdziestu lat. Trudno było ocenić jakiego koloru miał włosy, ponieważ jego czaszka została ogolona na dokładnie na łyso. Miał brązowe oczy i nie miał wyglądu zabijaki, jednak bystre spojrzenie wskazywało, że jest jak najbardziej właściwą osobą do tej pracy.
– Nic się nie stało. Pan Higgins jest miły, ale nie chcemy jeździć zbyt długo jego autem. Pragniemy uwiecznić ten miły gest z jego strony rodzinnym zdjęciem. Mógłby pan zrobić nam zdjęcie z przodu wozu?
Mężczyzna spojrzał na kompana.
– To potrwa chwilę, Jean. Jest bezpiecznie, ale miej oczy otwarte.
– Jasne Stan, chociaż wiesz, że szef przesadza z tą ostrożnością.
– Daruj sobie te uwagi. – skarcił kolegę, Stanley.
Kierowca wyszedł z wozu, rozejrzał się w koło i spojrzał na Alexa.
– Chce pan zrobić zdjęcie na tle karuzeli?
– Dokładnie. Nie wiem, czy będzie widoczna. My i samochód jest najważniejsze. Wie pan, dzieciaki. Głównie syn jest zafascynowany. Wcześniej pewnie oglądał takie wozy tylko na zdjęciach w telefonie. Wybiorę miejsce.
Alex podał ochroniarzowi swojego Samsunga.
– Nie byłem przygotowany na taką ewentualność i nie wziąłem aparatu. – rzekł przepraszająco.
– Obecne komórki mają doskonałe kamery. – Stanley nawet się uśmiechnął.
Tu chyba będzie dobrze. – Alex zatrzymał się około pięciu metrów od błękitnego Cullinana.
Obaj mężczyźni dostrzegli, że córka Foresta, która siedziała obok ojca, na przedzie, otwiera drzwi. Alex zrobił krok w kierunku wozu. Stanley zaczął powoli kierować komórkę w kierunku swojej twarzy. Brunet zrobił kolejny krok, a drzwi pasażera utworzyły się szerzej. Ochroniarz pracował w zawodzie już kilka lat, miał praktykę z Iraku i Syrii. Dostrzegł czerwony błysk pod wozem, jakże znajomy widok z pół walki. Światełko mrugnęło prawdopodobnie z podwozia, spod siedzenia kierowcy.
– Padnij! – zanim skończył zdanie, jego reakcja wyprzedziła wykrzyknięte słowa.
Prawą ręką przygwoździł jak imadłem ciało mężczyzny, powalił go na asfalt parkingu, na któym zatrzymali wóz, a sam upadł na niego. Po mniej niż ułamku sekundy błysk, huk i fala uderzeniowa złączyła się w jedno. Tył zbrojonego luksusowego wozu, dosłowne został rozerwany przez eksplozję. Bomba musiała być mocna, bo, mimo że obaj leżeli na ziemi, ich ciała zostały odrzucone około półtora metra do przodu. Czarne BMW X-7 stojące tuż za Cullinanem, ucierpiało również. Ponieważ Cynthia chciała wysiąść i już częściowo otworzyła wyjście, jej ciało zostało wyrzucone razem z drzwiami na prawie pięć metrów. Wszystkie szyby w SUV– ie wyleciały, roztrzaskując się w powietrzu, na drobne kawałeczki. 
Alex leżał oszołomiony wybuchem. Czuł ból w całym ciele, ale nie słyszał wiele. Nie miał pojęcia, jak długo leżał. Kilka sekund, dwie minuty? Wrak Rollse Royce palił się i dymił. Alex wstał i skoczył w kierunku leżącego ciała córki, nie zwracając uwagi na ból. Jej sukienka była porwana, a na jej twarzy, nogach i ramionach widniały liczne skaleczenia. Stanley też się podniósł. Ponieważ częściowo osłonił Alexa, ułamek chwili przed wybuchem, dlatego ucierpiał nieco więcej. Czuł szum w głowie, ale ocenił rzeczowo sytuację. Alex znalazł się przy córce.
– Kochanie!
– Tatusiu, boli. – szepnęła.
– Wszystko będzie dobrze, skarbie. – głos miał zmieniony, słaby i zachrypnięty.
Miał twarz bardzo blisko jej buzi.
– Spotkamy się... kocham cię... -- szepnęła.
Jej oczy zgasły, a na twarzy pozostał grymas bólu zmieszany z odczuciem błogości i spełnienia.  
– Nieee! – z jego gardła wydarł się krzyk rozpaczy.
Zaczęły docierać do niego inne odczucia. Jego zmysły ponownie działały. Czuł zapach pieczonego mięsa, ale również fetor. Nie skojarzył, dlaczego to czuje. Nigdy nie był na froncie walki. Stanley pamiętał ten zapach. Nic tak nie śmierdzi jak rozerwane ciało. Alex trzymał martwe, prawie nienaruszone ciało swojej córki. Poza wyraźnie złamaną lewą nogą w okolicy kolana, jej korpus wyglądał normalnie. Miała uszkodzone witalne organy i wewnętrzny krwotok, czego ojciec oczywiście nie wiedział. Umarłaby z wielu powodów, ale pierwszym i wystarczającym było rozerwane serce. Gładził jej czarne, teraz poplamione krwią włosy.  
– Kochanie, moje kochanie. – szeptał tylko jak mantrę, te krótkie słowa..
W koło znaleźli się ludzie. Musiało minąć kilka minut, bo do uszu Alexa dotarł dźwięk policyjnych syren. Stanley sprawdził stan rannego kolegi. Jean miał złamane obie nogi i pewnie doznał innych obrażeń, ale prawdopodobnie jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Sprwny ochroniarz wyciągnął nieprzytomnego kolegę na bezpieczną odległość, od tlącego się czarnego wozu i ułożył ciało kompana na trawniku. Wiedział, że córka Foresta umarła. Nie zbliżał się do wraku Rolls Royce, bo miał świadomość, że nie znajdzie tam ciał żony i syna w jednym kawałku. Wyciągnął komórkę i zadzwonił do swojego pracodawcy.
– Co się stało, Stanley? Wracacie? – zapytał spokojnie Nick.
– Była bomba. Wszyscy zginęli, Jean ma połamane nogi, ale będzie żył.
– Co mówisz! Jaka bomba!?
Mark, Beatrice i Nadia patrzyli na niego z trwogą.  
– Żyją? – zapytała cicho brunetka.
Pokręcił przecząco głową, że nie.
– Wszyscy zginęli? Samochód był zbrojony. – widać Beatrice umiała zachować zdrowy rozsądek, nawet w takiej chwili.
Pan Forest żyje. – sprostował Stanley. – Zatrzymaliśmy się blisko mola, tam, gdzie jest park i karuzela. Chcieli zrobić sobie zdjęcie. Co za tragedia. Policja już w drodze, a właściwie dojeżdżają. Proszę siedzieć w środku. Dzwonię po wsparcie.
– To zbyteczne, Stanley. Sam zawiadomię, kogo trzeba. 
Nadia i Beatrice płakały, Mark miał bardzo smutną minę.
– To skurwiel, zabije go. – szepnął Nick.
Wystukał numer.
– Co tam Nick. – odezwał się pułkownik Philip Oldrey.
– Ktoś podłożył bombę do mojego Rolls Royce. Przyślij tu kogoś!
– Co? Co ty mówisz! Jak to odkryłeś?
– Zginęli ludzie, moi przyjaciele. Przestań głupio pytać, Philip.
– Dobra, uspokój się. Gdzie jesteś. Twoja rodzina jest bezpieczna?
– Jestem w Avrze, na Beverly Hills. Tak, są ze mną.
– Co robimy szefie. – zapytał Franco Russo, kiedy tylko Nicholas położył komórkę na białym obrusie.  
Frank był jednym z dwójki ochroniarzy, którzy zostali w środku restauracji.
– Powiedz, komu trzeba, by nikt nie wychodził, aż do przyjazdu policji.
Franko szepnął coś do stojącego obok kolegi i udała się w kierunku baru. Powiedział coś do barmana, a potem poszedł do drzwi wejściowych i stanął w wejściu.
– W okolicy doszło do zamachu. Prosimy zachować spokój. Zaraz będzie tu policja.
                                                                                                               
                                                                        *
Alex siedział nadal na ziemi, a głowa jego martwej córki spoczywała na jego udach.  
Myśli zniknęły. Nie widział nic poza twarzą swojego dziecka. Nie słyszał nic i nawet przestał czuć mieszaninę niemiłych zapachów. Po minucie na miejscu zdarzenia zaczęli pojawiać się kolejni policjanci. Całe miejsce tonęło w mieszaninie migających czerwienią i błękitem, światłach. Stanley rozmawiał z dwoma mundurowymi, inny funkcjonariusz już dzwonił do swojej dyspozytorni. Po kilku minutach pojawiła się jednostka SWAP.  
                                                                        *
Nicholas nie odzywał się ani do żony, ani do dzieci. Płonął gniewem w środku i z trudnością hamował reakcje na twarzy. Zobaczył numer Jonathana Kimbleya na swojej komórce.
– Dzwonił Philip...
– Ty skurwysynu. Zabiję cię!
Tym razem zapłakane Beatrice i Nadia spojrzały na niego.
– Opanuj się. Sądzisz, że to ja zrobiłem? Masz mnie za kompletnego idiotę? Uratowałem ci dupę, a tak mi się odwdzięczasz? – usłyszał opanowany głos Jonathana.
– Zginęli ludzie!
– Przecież nie wiedziałem, że jest tam bomba! Zaraz tam będę. – przerwał połączenie.
Naukowiec zaczął myśleć bardziej racjonalnie. Faktycznie, byłoby to czystym kretynizmem ze strony Kimbleya gdyby miał coś z tym wspólnego, tylko jak zatem wiedział, że wóz jest w niebezpieczeństwie?
                                                                         *
Pogotowie zabrało rannego ochroniarza, a sanitariusze opatrzyli draśnięcia na ciele Stanleya i Alexa. Mężczyzna był kompletnie załamany. W ciągu sekund stracił wszystko, co kochał, cały sens swojego życia zniknął w ułamku jednej chwili.  
Pół godziny po przyjeździe brygady antyterrorystycznej szef policji w tym mieście, Charles Beck, musiał dzwonić do kilku osób i do niego również dzwoniono. Po telefonie od mera miasta stanął przed trudną decyzją wyboru inspektora, który będzie musiał zająć się tą sprawą. Zajęty bardziej papierkowymi sprawami niż technicznym rozwiązywaniem problemów kryminalnych w tym mieście, zadzwonił to kogoś, kto mógłby pomóc w tej decyzji.
– Słuchaj Michael, wiesz, co się stało, prawda?
– Tak, Charles. Samochód tego naukowca, którego chroni marynarka wojenna, został rozwalony bombą.
– Chodzi mi o coś innego. Kogo proponujesz, by się tym zajął?
– Mam kilka nazwisk. Czemu nie damy szansy temu geniuszowi?
– Mówisz o tym żółtodziobie?
– Wszyscy tak mówią o nim, do czasu aż się z nim nie zetkną. To naprawdę geniusz. Chłopak ma szósty, a może siódmy zmysł. Niestety obawiam się, że federalni go zastąpią.
– Wiem. CIA, FBI, lub armia. Jednak do tego czasu, niech działa.
– Ma nietypowe metody. Używa najnowocześniejszej techniki i przeczucia. Dwadzieścia sześć lat i wszystkie sprawy wygrane.
– Dobra, tak zrobię. Tego mi jeszcze brakowało po ośmiu latach służby. – westchnął Charles.
                                                                   *   
Scott Calm siedział przy stole i patrzył na szachownicę. Rozgrywał dawno skończony w 1992 roku, pojedynek między dwoma ikonami szachów,  Robertem Fisherem, a Borysem Spasski, kiedy jego komórka zaczęła dawać znaki życia.
– O tej porze? – szepnął do siebie.
Dostrzegł Lunę, jak na niego patrzy. Przygarnął, jak się potem okazało, jednoroczną kotkę, z miejsca zbrodni. Zabito jej właścicieli i jak odczuł, jedynych przyjaciół.  
– Calm, słucham.
– Tu Beck. Pomijamy drogę służbową. Jedziesz do restauracji Avra. Najpierw pod molo na Beverly Hills. Sprawa jest twoja.
Młody mężczyzna znalazł się po dziesięciu sekundach przy policyjnym komputerze, który pozostawał do tej pory w stanie uśpienia. Odczytał informację.
– Oczywiście, panie komendancie.
Pogładził czarną kotkę i dał jej jedzenie z puszki.
– Nie wiem kiedy wrócę. Bądź grzeczna i pilnuj domu.
Luna mruknęła przyjaźnie i obtarła się o jego łydkę, co z pewnością miało znaczyć, że rozumie.
Scott miał jedną słabość. Lubił szybkie samochody. Planował kupić Lamborghini. Nie zarabiał tyle, co szef LAPD, który mógłby dokonać takiego zakupu za roczną pensję, ale poza pracą w policji obstawiał pieniądze na giełdzie i szło mu tam całkiem nieźle. To pewnie dzięki wrodzonemu wyczuciu. No cóż, każdy rodzi się z jakimś darem. Problem jest w tym, czy go zdoła odkryć. Jak na razie jeździł BMW M240i. Ten trzylitrowy silnik z turbo sprężarkami osiągał setkę w trochę więcej niż cztery sekundy. Scott wybrał metaliczny błękit lakieru na zewnątrz, z czarnym wykończeniem w środku. Wszedł do garażu. Otworzył drzwi i wyjechał. Po kilku sekundach niebieska lampa zaczęła migać, informując innych użytkowników drogi, że policjant na służbie bardzo się spieszy. 
Dotarł na miejsce po dwudziestu minutach. Pokazał oznakę i dostał się poza ogrodzoną żółtą taśmą do miejsce przestępstwa. Technicy już zbierali odpadki i wszystko, co uznali za istotne. Zwłoki, albo lepiej to, co pozostało po Emile Forest i Brianie Forest umieszczono w czarnych workach. Mężczyzna w wieku koło pięćdziesiątki nie pozwolił dotknąć ciała córki, której głowa nadal spoczywała na jego kolanach. Scott podszedł najpierw do niego.
– Bardzo mi przykro, panie Forest. Jestem porucznik Scott Calm i ja tu dowodzę.
Alex rzucił spojrzenie w jego kierunku.
– Znajdź tych, którzy są za to odpowiedzialni.
– To moja praca, proszę pana. Wiem, że z pewnością nic gorszego w życiu pana nie spotkało, ale musimy zabrać ciało córki. Była piękną dziewczyną. – rzucił spojrzenie na zwłoki nastolatki.
– Miała dopiero osiemnaście lat. Dlaczego to ja nie zginąłem zamiast niej? Nie mam już, po co żyć. Żona, syn i córka. Dlaczego?
– Będę musiał pana zabrać na posterunek. To nie był pański samochód, prawda?
– Pewnie to jego chcieli zabić, tylko nie wiem dlaczego. Nazywa się Nicholas Higgins. Pewnie wówczas zginęłaby cała jego rodzina. Dopiero co się poznaliśmy.
– To wszystko ustalimy. Rozumiem pana ból. Chce pan pojechać ze mną?
– Czy to konieczne? Nic nie wiem, a moje zeznania nie przywrócą im życia.
– Musimy przestrzegać przepisów, przykro mi.
Alex delikatnie zdjął głowę Cynthii ze swoich kolan. Scott skinął na czekających policjantów. Po chwili ciało brunetki zniknęło w czarnym worku, położono je na specjalne nosze i zaniesiono do wozu. Alex wstał powoli z trawy. Na jego obliczu widać było ślady łez, a cała twarz i reszta ubrania, była ubrudzona czarnym i szarym kurzem.  

Jonathan Kimbley dojechał do Avry po czterdziestu minutach. Od chwili powiadomienia o wypadku dowództwo marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych przekierowało swoje radary na to miejsce, a na dachach pobliskich budynków pojawili się dobrze zamaskowani snajperzy z brygady antyterrorystycznej. Podejrzewano, że ten, kto chciał zabić Nicholasa Higginsa, może będzie chciał ponownie naprawić swój błąd. Pod osłoną innej grupy SWAT– u cała rodzina została przetransportowana nie do posterunku policji, a  w bardziej ich zdaniem bezpieczne miejsce, na terenie armii Stanów Zjednoczonych. Jonathan jechał innym wozem. Nick zażądał, by jechali razem z całą rodziną jednym pojazdem.
– Tato nie powinieneś porozmawiać z panem Alexem? Zabito mu wszystkich. – zapytała Beatrice.
– Oczywiście, że będę chciał, ale jak widzisz, na razie nie mogę. Tak mi przykro. To mieliśmy być my.
– Co zrobiłeś, że chciano cię zabić? – kontynuowała.
– Nic nie zrobiłem. Wiecie, że pracuje dla wojska.
– To nie miało nic wspólnego z ostatnim wynalazkiem?
– Nie sądzę. Przecież nikt poza wami o tym nie wiedział.
– Dlaczego tak powiedziałeś do tego kogoś? – jej oczy próbowały go niejako prześwietlić.
Nick był błyskotliwy i wiedział również, że Beatrice głupia nie jest.
– Miał nas bronić, to była jego praca. Nawalił.
– Jak się nazywa ten człowiek, z którym rozmawiałeś przez telefon i który przyjechał do restauracji?
– Czemu chcesz to wiedzieć? On pracuje w służbach.
– Powiesz mi, albo i tak się dowiem. Sądzisz, że nie zdołam?
– Córeczko. – głos Nadii świadczył, że próbuje nie dopuścić do kłótni, która jeszcze nie miała miejsca w ich rodzinie.
– Jestem niejako odpowiedzialna za ich śmierć. Nie zwróciłaś uwagi na wszystkie wypowiedziane słowa. Cynthia jako jedyna nie chciała jechać, a to ja ją namówiłam.
– Kochanie... – Nadia szukała słów.
Brunetka nie spuszczała wzroku z twarzy ojca. Nicholas myślał jak szybki komputer. Tak, miała rację. Była bardzo młoda, ale nie zdarzyło się jeszcze, by nie osiągnęła tego, czego chciała.  
– Jonathan Kimbley. Zadowolona?
– Zadowolona? Co ma to znaczyć, ojcze? Trzy osoby zginęły. Nie spotkałam jeszcze kogoś tak mi bliskiego, jak Cynthia.
– Przepraszam. Sądzisz, że jest mi lekko? Jak ta bomba się tam znalazła, tego nie rozumiem.
– Może się wyjaśni, tatusiu. – jej głos wskazywał, że już się nieco uspokoiła.
Przynajmniej w tym, bo ból w jej sercu trwał nadal. Niezmienny, silny. Znała tę dziewczynę niespełna kilkanaście minut, a czuła jakby straciła siostrę, z którą spędziła całe swoje krótkie życie.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użył 2927 słów i 17643 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • dreamer1897

    Z początku myślałem, że wyjdzie fajna pamiątka po zaznaniu luksusu a tu taki zwrot akcji. Wybuch bomby i zginęła cała rodzina Alexa. Napisane tak realnie,  że przeszły mnie ciarki, kiedy życie córki zgasło. Teraz będzie pewnie odwet i Alex połączy siły z Nickiem w poszukiwaniu sprawiedliwości, tak mi podpowiada wyobraźnia.

  • AlexAthame

    @dreamer1897 Było mi przykro, że zginęli. Prawda jest taka, że w tym miejscu w zasadzie opowiadanko się dopiero zaczyna. Nie będzie tak jak myślisz, ale rozumiem, czemu tak odebrałeś. Mogę tylko zdradzić, że negatywnym bohaterem jest pewna wielka organizacja, ale jak zawsze nawet tam znajdą się dobrzy ludzie.W naszej ocenie, dobrzy.

  • dreamer1897

    @AlexAthame Zaczyna od śmierci prawie całej rodziny, która uczuciowo i życiowo wychodziła na prostą? Teraz mnie zaskoczyłeś, że nie będzie zemsty. W takim razie czekam na kolejne części, bo musi być jeszcze lepsza intryga skoro nie będzie odwetu ;)