Jak masz na imię, kochanie. Pytam bo nie wiesz. cz 8

Jack przybył dzień wcześniej. A my już byliśmy przygotowani. Zmienił w ostatniej chwili decyzję i zatrzymał się w pięciogwiazdkowym Shangri-la hotel, mieszczącym trochę ponad osimset pokoi. Ulokowany nad rzeką Chao Phraya, był jednym z najlepszych miejsc pobytu w tym mieście rozrywki i egzotycznych masaży.

Zanim omówiliśmy temat rozmowy, musiałem przedyskutować z Ha jak w ogóle się dostaniemy do Jacka. Zamówił całe pietro. Mistrz opowiedział mi w przybliżeniu, jak wówczas sprawy się mają. Na korytarzu będą stali goryle. Okna w jego apartamencie zostaną zasłonięte. Wówczas szansa na to, że ktoś go może trafić z przrciwnej strony rzeki będzie bliska zeru. Ha miał inny plan, ale ostatecznie przystał na mój. Przedstawiłem najbardzij prosty scenariusz jaki można by było sobie wyobrazić. Ha napisał list. W nim poinformował, że chce się spotkać Wallesem na jego piętrze. List zaniosłem do recepcji i poprosiłem, żeby ktoś z obsługi zaniósł go na jego piętro. Ha napisał prawdę. Podaliśmy numer pokoju. Oczywiście musiałem widzieć jak młoda dziewczyna bierze list, kładzie na tackę i niesie na górę. Po odczekaniu trzech minut wyszliśmy z pokoju. Ha otworzył swoim sposobem drzwi po przeciwnej stronie naszych. zanim to zrobił, upewnił się, że pokój jest wolny.  
Kiedy dwóch ochroniarzy pojawiło się przed naszymi drzwiami, Ha otworzył drzwi pokoju, w którym czekaliśmy. Oczywiście, groryle się odwrócili.  
— Bez głupstw. Mamy wymierzone w wasze ciała bardzo nieprzyjemne kulki. Chcemy zobaczyć waszego szefa, a wy nas do niego zaprowdzicie. Oczywiście damy się sprawdzić przed wejściem. Mamy pokojowe zamiary.
Wszystko poszło sprawnie. Przy wejściu na piętro zabrali nam broń. Obchodzili się z nami łagodnie, czego się z resztą spodziewałem. Po kilku minutach weszliśmy do pokoju Jacka.  
— Daliśmy sobie zabrać broń i chcemy ją z powrotem. A teraz chcę z tobą porozmawiać na osobności, Jack.
— Chcę zostać z nimi sam — powiedział Jack.
— Szefie, ten starszy jest wytrenowanym zabójcą, zabije cię gołymi rękami w kilka sekund.
Walles uśmiechnął się i powiedział.
— Mają uczciwe zamiary, zostawcie nas samych.
Czwórka rosłych drabów wymieniła spojrzenia i opuściła pokój.
— Coś do picia? — zapytał Jack.
— Dziękujemy. Nie mamy wiele czasu, a i twój jest cenny. Czy twoja rodzina jest dostatecznie chroniona?  
Walles zmarszczył brwi.
— Tak sądzę.
— Nazywam się Ho, a to mój syn. Dostałem zlecenie zabicia ciebie. Nie mam zamiaru tego uczynić. W zamian proponuję ci ochronę.
— Mam dość ludzi.
— Nie doceniasz przeciwnika. Mówi ci coś nazwisko Alvarez? Jose Alvarez.
— Tak, coś słyszałem.
— Co słyszałeś — pozwoliłem sobie, otworzyć usta.
— To zły człowiek — Jack uśmiechnął się, ale jakoś dziwnie.
— To on zlecił twoją likwidacje. Mój syn twierdzi, że jesteś dobrym człowiekiem.  
— Pomagam biednym, robię pieniądze. Nie wszystkim się to podoba.  
— Nie widzimy powiązania z drugim zleceniem, ale uważaj. Najlepiej jak wrócisz jak najszybciej do miejsca gdzie się czujesz najbardziej bezpieczny. Ty i twoja rodzina.
— Nie boję się. Ludzie giną w wypadkach samochodowych i umierają przedwcześnie na raka. Nie będę zmieniał grafiku.
— Pomagasz sierotom, a sam chcesz osierocić swoją żonę i dzieci — musiałem mu to powiedzieć.
Zobaczyłem karcący wzrok mistrza.
— Synu, nie powinieneś.
— Ktoś musiał mu przemówić do rozsądku.
Widziałem, że Jack to jednak przeżywa, co usłyszał z moich ust.
— Jest aż tak źle?
— Ojcze, czy moge mu powiedzieć?
— To ryzykowne, synu.
— To dobry człowiek, teraz mam pewność.
Walles popatrzył na mnie i na Ha.
— Nie spodziewałem się takich słów od ludzi, którzy zabijaja na zlecenie. A ty chłopcze ila masz lat, zabiłeś już kogoś?
Pominąłem jego pytanie i zapytałem ponownie.
— Musisz pojechać jak najszybciej do miejsca, gdzie będziesz się czuł najlepiej. I zabierzesz tam swoją rodzinę. Zabierzesz tylko starych ochroniarzy, a ja ich sprawdzę. Nie jesteś bezpieczny tak długo jak Alvarez żyje.
— Nie rozumiem czym się naraziłem temu człowiekowi, ale dobrze. Zaufam wam. Mam miejsce w Los Angeles, o którym mało kto wie. Żona i córki są w teraz w Portland, to nie daleko. Mam za godzinę spotkanie z ważną osobą, później mogę wracać. Polecicie ze mną?
— To zbyt ryzykowne. Jeżeli wsród swoich ludzi masz wtykę, Alvarez będzie wiedział.  
— Moi ludzie są lojalni, dobrze ich traktuję i jeszcze lepiej płacę.
— Jeżeli zobaczę ich zdjecia, powiem ci, który nie jest lojalny — odrzekłem.
— Masz jakieś specjalne zdolności, chłopcze? Powiedziałeś, że jestem dobrym człowiekiem. Staram się, ale jak ty to wiesz?
— On nie jest chłopcem, Jack. Gdyby nie on, już byś nie żył.
Walles roześmiał się nerwowo.
— Jesteś aż tak dobry?
Ha spojrzał tylko na Jacka i zatrzymał dłużej wzrok na jego twarzy.
— Daj nam listę swoich ludzi. Czy któregoś zwolniłeś w ostatnich dwóch, trzech tygodniach?
— Tak. Jeden był zbyt brutalny. Mark Orlando.  
Walles otworzyła swój lap. Po chwili postawił go na stole. Facet miał nie więcej niż trzydzieści pięć lat. Brunet, z małą blizną na policzku. Uśmiechnąłem się. Ha dostrzegł zmianę na mojej twarzy.
— Coś kojarzysz, Blask?
— To kierowca tego gościa, który dał nam zlecenie w kawiarni.  
— Och — powiedział tylko Ha.
— Muszę się przygotować do spotkania, potem jestem do dyspozycji. Dam zaraz roskazy swoim ludziom.
— Z kim masz spotkanie? — zapytał Ha.
— Wolałbym nie mówić, to tajemnica. Ten człowiek jest z pewnością czysty.
— Skoro nie chcesz.. — odrzekł Ha — Wracamy do swojego pokoju.
Jack wezwał swojego czlowieka. Do pokoju wszedł szczupły mężczyzna. Typ południowca. Prawdopodobnie hiszpan z mała domieszką południowoamerykańskiej krwi.
— Ramirez, odprowadź panów. Zwróć im broń. Od tej chwili są nietykalni i mają wszelkie uprawnienia.  
— Tak, szefie. Zaraz wydam polecenia. Dzwoniła pani Grace, córka się skaleczyła w kolano.
Twarz Jacka się zmieniła.
— Duże krwawienie?
— Nie, już jest dobrze. Była w szpitalu w Portland i zadbano o nią należycie.  
— Dziękuje ci Ramirez. Możesz odejść.
Kiedy hiszpan wyszedł, Jack spojrzał na Ha.
— Martwie się o moją Sylwię. Nie ma krzepliwości krwi. Każde skaleczenie jest groźne.
— Ile ma lat? — zapytał Ha.
— Dwanaście, mam jeszcze drugą córkę, Olivię. Jest dwa lata młodsza od Sylwi. Na szczęście nic jej nie dolega.
Poczułem coś. Wiadomość. Zobaczyłem salę szpitalną, a w niej dziewczynkę podłaczoną do kroplówek. Nie miała włosów, jej brązowe oczy były zapadniete i wyblakłe. Zobaczyłem siebie stojacego obok jej łózka. Nastepny obraz miał dużo lepsze zabarwienie. Siedziałem z nią na ławce w parku. W oddali stała szesnastoletmia Sylwia, Jack i Grace. Już wiedziałem, ale w tej chwili nie mogłem powiedzieć tego Jackowi. Nie mogłem.
Po piętnastu minutach byliśmy w swoim pokoju. Miałem przyklejony uśmiech, który pokrywał smutek. Nie mogłem odwrócić przeznaczenia. Pierwszy raz ciemność odkryła swoją tajemnicę.
Ha patrzył na mnie z pytaniem na twarzy.
— Coś wiesz, synu. Powiesz?
— Tak. Myślę, że już mam powiązania. Za kilka minut Jack ma spotkanie z vice ministrem obrony Tajlandii. Jego firma ma wykonać systemy namierzania dla armi Tajlandczyków. Ki ma w tym udział. Alvarez chciał dostać ten kontrakt. Ma swojego człowieka w Stanach, który robi podobne systemy. Firma Jacka ma lepsze standarty. Zainwestował w elektronikę. Ma japońskie podzespoły. Tamten pracuje na układach z Koreii i Chin. Czy wiesz, ojcze, że tsunami w Fukushimie to nie katastrofa naturalna?
— Co masz na myśli, synu?
— To była kara ze strony bardzo nie miłych grup. Chciano wymusić na Japonni pewne zniżki, ale się nie chcieli zgodzić. Dopiero po katastrofie się poddali.
— Mój mistrz i nauczyciel pochodził z Hokkaido. Mówił mi coś o bombach na Hiroszymę i Nagasaki.
— Tak. To jest ogólnie znane, ale media jak zawsze próbują zatuszować prawdę. Japonia podpisała akt kapitulacji dopiero po zrzuceniu pierwszej bomby. Amerykanie zagrozili zrzucaniem trzech bomb na tydzień na japońskie miasta, jeśli nie podpiszą aktu kapitulacji. Cesarz podpisał, a mimo to zrzucono drugą bombę na Nagasaki. Pierwszy pilot popełnił samobójstwo, drugi twierdził do końca, że wypełniał rozkaz.  
Ha popatrzył na mnie inaczej.
— Blask, dziękuję.
Wiedziałem za co, ale wypadało zapytać.
— Za co, ojcze?
— Miałeś rację co do Jacka, to dobry człowiek.
— Też go tak odebrałeś, ojcze?
— Widziałem jak zareagował na wiadomość o wypadku córki.  
— Tak, też to zauważyłem.
Poczułem coś i musiałem to powiedzieć.
— Mistrzu, dobrze by było gdybyśmy popłynęli statkiem do Stanów. Chciałbym zabrać miecz.
— Tak, Blask. Myślałem o tym. Mam zaufanych ludzi. Dopłyniemy do San Francisco i wejdziemy na ląd bez kontroli. Sam zabiorę moje dwa ulubione pistolety.
Usiadłem na łóżku i patrzyłem na rzekę.  
— Możesz coś dla mnie zrobić, ojcze?
— Co synu?
— Jesteś w tym dobry. Znajdż mi proszę zdjęcie zabitej córki Alvareza.
— Dobrze, ale czemu tego chcesz?
— Tak tylko. Chcę zobaczyć co stracił ten gość, może mu daruję.
Ha uśmiechnął się i rzekł.
— Chyba darowałbyś samemu diabłu, gdybyś miał podstawy.
— To sprawa Boga, nie moja.  
Czułem jak na mnie patrzy.
— Jesteś taki tajemniczy, Blask. Cały czas się zastanawiam czy powinienes robić co ja.
— Przecież teraz robimy co innego. Chronimy. Myślałem, że wiesz. Ale musiałem ci powiedzieć, bo nie wiesz.
— Och, myślałem, że to przejściowe, ale wyglada że będę to robił już do końca życia.
— Musiałem okryć twarz maską obojętności. Bo wiedziałem, że jego słowa są prawdą. Faktycznie nie odczuwałem nic, poza jednym wyjątkiem. A tym wyjątkiem był człowiek, którego kochałem od początku. Mój mistrz i ojciec. Ha Ren Nuh.  
Jego nazwiska nie pasowalo do niego. Ale miał takie. W Tajlandi nie było nazwisk do poczatku dwudziestego wieku. Po dekrecie rządowym z 1913 roku wszedł obowiązek, że każdy obywatel musi mieć nazwisko. Nuh oznacza szczura, a łączy się to z chińskim horoskopem.  
Żeby było jeszcze dziwniej i śmieszniej, nuh to typowa nazwa małej dziewczynki. Nazywanie myszką, małej dziewczynki jest w Tajlandi dość powszechne.
Ha pracował na komputerze a ja nadal obserwowałem rzekę. Widziałem fale, ryby i dno. Przypomniałem sobie strumyk obok naszej chatki w Kanadyjskiej prowincji Alberta.
— Podejdź proszę, znalazłem.
Zdjęcie przedstawiało córkę Alvareza. Manuela Anna-Rosalita Alvarez uwieczniona na zdjęciu w czasie jej czternastych urodzin. W Ameryce południowej dziewczyny dorastają szybko. Czasem dwunastolatki zachodzą w ciążę. Manuela wygladała dorośle. Piękne, brązowe włosy i oczy o kolorze orzecha. Pełne usta w szczęśliwym uśmiechu. Co ja skłoniło, żeby uciekać do Stanów? Po wypadku na granicy Alvarez odnalazł wszystkich mogących mieć coś z tym wspólnego. Zabił swoich ludzi, którzy mieli ją chronić, a pozwolili się oszukać i Manuela zdołała uciec. Zlikwidował czterech policjantów, którzy brali udział w akcji. Niestety, samego zabójcy nie odnalazł. Manuela nie była dziewicą, co podobno sprawiło, że Jose odszedł od zmysłów. Może nie ten fakt wpłynął na to dokładnie, ale ważniejszy. W chwili fatalnego strzału, Manuela Anna-Rosalita miała czternaście lat i trzy miesiące. Wraz z nią zginęło trzy miesięczne dziecko w jej łonie. I ten szczegół, ponoć wpłynął na pogorszenie i tak niezbyt dobrego sposobu bycia Jose. Jakby nie dość tragedii, w dwa tygodnie później żona Jose, Maria popełniła samobójstwo, wieszając się we własnej sypialni.
Rzuciłem okiem na zdjęcie posesji Alvareza.
— Ojcze, dlaczego Jose nie zostanie aresztowany. Skoro my tyle o nim wiemy, władze powinny też wiedzieć?
— Widzisz, Blask jak jest. Czasem polityka i wielkie ryby przestępczego świata siedzą w jednej ławce. Alvarez jest powiązany z rządem Meksyku i Columbi. Narkotyki. Współpracuje z gangsterami z Brazylii. To jego willa, jedna z wielu.
Popatrzyłem na zdjęcie. Dom wyglądał jak forteca. Mimo niesamowitej ochrony, próbowano go dwa razy zabić. Raz został zabity, drugi raz ranny. Oczywiście nie on sam, ale jego sobowtór. Czyli musial w tych dwóch wypadkach mieć informacje, że planowany jest na niego zamach. Praktycznie nie ruszał się z Meksyku, a zabicie go na jego prywatnym terenie graniczyło z cudem.
Ha siedział w fotelu i myślał. Czas nie był naszym sprzymierzeńcem.
— Musze się jeszcze raz skontaktować z Jackiem Wallesem — powiedziałem.
— Dlaczego? — zapytał Ha.
— Poproszę go o pewną przysługę.

161 czyt.
100%1
lila

opublikował opowiadanie , aktualizował 14 paź, 2:31 w kategorii dramat, użył 2180 słów i 13111 znaków. ·

Dodaj komentarz