Deszcz cz 21

Kilka następnych dni minęło zupełnie normalnie. Spędzałem czas z Diana, zawoziłem dzieci do szkoły, odbierałem sam lub z Dianą. Remi odzywał się tyle, co ostatnio.

Ten dzień zaczął się zupełnie normalnie. Odwiozłem dzieci ze szkoły, Diana przygotowywała obiad. Remi okazywał większe zainteresowanie nami, a nawet pomagał w przygotowaniu do obiadu. Mieliśmy rybę, ziemniaki i surówkę, a na deser galaretkę z owocami. Pierwsza poczuła coś Chloe.

— Coś nie za bardzo się czuję — powiedziała.

— Co się stało? — zapytała z troską Diana.

— Trochę mi się kręci w głowie — odpowiedziała.

— Może połóż się i ci przejdzie. Sprawy kobiece? — zapytała ciszej.

— Nie, środek okresu. To coś innego. Pójdę na górę.

Zaraz, kiedy zniknęła w pokoju, Remi zaczął narzekać.

— Coś jest nie tak. Może coś było w jedzeniu?

— Wszystko kupiłam świeże — odpowiedziała Diana.

— Nie mówię, że to twoja wina, kochanie...

To ostatnie co pamiętałem...

Leżałem w salonie na dywanie, obok leżała Diana. Miałem całkowitą świadomość, natomiast nie mogłem ruszyć żadną kończyną. Jedynie w ograniczony sposób zdołałem poruszać gałkami ocznymi. Zobaczyłem nad sobą brzydko uśmiechniętą twarz syna.

— Mówiłem ci, że wszystko ma konsekwencje. Twoje odejście i determinacja pokrzyżowało by moje plany. Na szczęście Hajze nie jest taki głupi jak ty.

Jego słowa raniły jak ostrza. Coś nam dał do jedzenia, to pewne. Skąd miał? Nie miałem najmniejszych wątpliwości, kto mu pomagał. Z wielka trudnością przekręciłem oczami i dostrzegłem, że coś wstrzykuje Dianie. Czyli Hajze miał rację. W Remiego wstąpił demon albo od zawsze w nim siedział. Jednak mimo moich obaw, że chce ją zabić, zobaczyłem, że zona zaczyna się ruszać. Czyli dał jej antydotum?

— Remi coś ty nam zrobił? — zapytała.

Zastanawiałem się co mogę zrobić. Leżałem całkiem sparaliżowany.

— Dałem ci małą odtrutkę, żebyś widziała. Dom zostanie zniszczony, a policja będzie podejrzewać atak terrorystów — Remi oznajmił tę straszna wiadomość z triumfem na twarzy.

— Hajze wszystko przygotował. Zaraz tu będzie i wszystko wam opowie.

W dłoniach Remiego zobaczyłem pistolet. Oczywiście musiał go mieć od mojego brata. Stare przysłowie rzymskie mówi: Obawiaj się przyjaciół, bo z wrogami sam sobie dasz radę. Mój własny syn!

Diana dochodziła do siebie, już miała na tyle siły by usiąść.

— Remi, dlaczego! — wyczułem tragizm i ból.

— Ty byś mi też nie pozwoliła. Zawsze liczył się Euri i Chloe, nigdy ja!

— Co mówisz, kocham cię tak samo, jak ją.

— Kłamiesz! — jego głos ciął jak ostrze miecza.

Wszedł Hajze.

— Witam rodzinkę — powiedział jakby nic się nie działo.

Czyli nie powiedział mi prawdy, on też był tym złym, nie tylko Remi. A może nawet postępował gorzej, ponieważ to on wszystko zorganizował. Ale za sekundę dowiedziałem się prawdy.

— Sądziłeś idioto, że tak po prostu ci dadzą odejść? Tym razem ta dziwka Rodriguez nie chciała się zgodzić. Wykończą ją i wówczas wiesz kto zajmuje jej miejsce? Nie dali mi wyboru. Albo miałem to zrobić, albo zginąć. Wybrałem życie.

Diana wstała i w odruchu ostateczności chciała wyrwać pistolet z rąk małego potwora. Padł strzał. Upadła. Blisko mnie. Widziałem jej oczy jak gasną.

— Kocham cię Euri i jego te...

To wszystko. Koniec. Tak po prostu.

— Coś ty zrobił, Remi! — Hajze podszedł do syna i odebrał mu broń.

— I tak zaraz zginą. Dokładnie za piętnaście minut — mój syn rzucił okiem na stojący zegar.

Hajze spojrzał na mnie.

— Wychowaliście potwora.

Myślałem klarownie, ale nadal nie miałem szans na najmniejszy ruch. Spojrzał na Ramiego.

— Przerosłeś moje oczekiwania, chłopcze.

— To chyba dobrze, stryju.

— Nie, wcale nie dobrze. Skoro zrobiłeś to w wieku lat dwunastu, na co będzie cię stać za trzy lub pięć lat. Może dojdziesz do wniosku, że ja stoję ci na drodze?

— Ależ skąd, Hajze — odrzekł.

— Wiem, Remi. Wiem.

Nawet nie mierzył. Strzelił mu prosto w serce.

— Nigdy nie lubiłem tego małego zasrańca — szepnął.

Odwrócił się jakby nigdy nic, wyszedł. Leżałem sparaliżowany, a obok mnie dwa trupy. Żyłem, ale tylko w nazwie. Odwróciłem oczami. Patrzyłem na wskazówkę gustownego zegara. Co napełniało mnie nadzieją, to fakt, że za chwilę zobaczę i córkę, żonę i syna. O ile trafimy wszyscy do tego samego miejsca. Chloe! Umiera ze strachu i nic nie wie. Być może słyszała strzały. Nie usłyszałem wybuchu. Może go poczułem. Zobaczyłem ciemność.

Odzyskałem przytomność. Gdzie się znajdowałem? Pamiętałem jak przez mgłę jak ktoś mnie ciągnie, wrzuca do bagażnika. Z pewnością tego nie zrobił przyjaciel. Czułem wszystkie kości, z pewnością miałem wiele drobniejszych ran. Żyłem. Tylko po co?

Wyczułem twardy przedmiot. Mój pistolet. Czyli uratował mnie, bym pozostał ze świadomością, że moje dzieci i żona nie żyją. Tylko że to nie był Hajze. Tak, dobrze to przemyślał. Wziąłem pistolet do ręki. Sprawdziłem magazynek. Pełny.

— Zaraz was zobaczę, kochani. Nie wiem, czy ci tak zaraz wybaczę, synu.

Przesunąłem koniec lufy do skroni. Bez emocji nacisnąłem spust. Nic. Nacisnąłem drugi raz. Prawidłowy zgrzyt metalu. Nic. Widocznie wyższa siła nie chciał bym zginął. Odrzuciłem broń na podłogę, ponieważ znajdowałem się w jakimś opuszczonym domu. Usłyszałem strzał. Zastanawiałem się chwilę czy podnieść pistolet i strzelić sobie w łeb po raz trzeci. Nie zrobiłem tego. Postanowiłem zostać żywym trupem. Leżałem na podłodze i moje wszystkie myśli uciekły ode mnie. Nie mogłem wiedzieć ile czasu tak leżałem. Po prostu zasnąłem.

Kiedy otworzyłem oczy już dniało. Wstałem i ruszyłem ku drzwiom. Nie rozpoznałem okolicy, z pewnością mieszkał tu ktoś. Bezdomni, narkomani, upadli alkoholicy. Nie chciałem żyć, a żyłem. Oczywiście dopadły mnie oskarżające myśli. Kara. Za grzechy. Wszystkie grzechy.

Powinienem ruszyć się stąd. Dotrzeć do domu, iść na policję. Tylko czułem, że wówczas zostałbym aresztowany. Mój sprytny braciszek pewnie to wszystko dobrze przemyślał.

Po tygodniu zostałem pobity w czasie snu. Zabrano mi ubranie, zostawiono brudne i śmierdzące szmaty. Głodowałem. Po jakimś czasie znaleźli mnie dwaj podobni mnie ludzie.

— To chyba ten facet z gazety — jeden pokazał w moim kierunku.

— Pieprzysz, tamten był milionerem.

Miałem się odezwać, ale odczekałem.

— Mówię ci, że to ten. Jak mu tam było. Parker. Całą rodzina zginęła, syn, córka, matka i brat.

— Co nam do tego. To nie on.

Ich słowa postawiły całe moje jestestwo w stan alarmu. Zacząłem szukać wiadomości pośród kawałków gazet rzucanych wiatrem po okolicy. Po kilku godzinach już wiedziałem, może nie wszystko, ale wiele.

Nie tylko mój dom został wysadzony w powietrze, jak twierdzono, wystarczającą ilością Syntexu. Trzy pietra wieżowca, gdzie znajdowało się biuro Eden land corporation, wyleciało w powietrze. Mój brat zginął od kuli. Został zastrzelony po zadaniu mu licznych ran i okaleczeń. Z opisu wyglądało, że zabójca Terrego i Simona, uderzył znowu. Nigdzie nie znalazłem wzmianki o Betty Colman. Poszukiwano Euri Parkera, prawdopodobnego sprawcy. Czyli tak jak sądziłem. Musiałem żyć i cierpieć.

Spałem w norach, opuszczonych barakach. Moimi kumplami były szczury i karaluchy. Jadłem cokolwiek znalazłem. Dziwnym trafem nie napotkałem kontroli policji. Mniej więcej dwa tygodnie po tych wydarzeniach trafiłem informację dotyczącą Nowego Yorku. Znani bussinesmani John Colins i Mark Morgan zostali zabici. Znaleziono ciało kobiety, prawdopodobnie Rozalindy Rodriguez.

Żyłem bez nadziei. Co jakiś czas trafiałem na pojedyncze informacje o tajemniczych zabójstwach i to głównie dotyczących samej góry kryminalnej sielanki. Czasami pojawiały się znane nazwiska polityków czy funkcjonariuszy służb.

Przyszła zima. Deszcze, wilgoć. Nie zależało mi na życiu, jakkolwiek nie mogłem się zabić. Co jakiś czas bito mnie, obradzano z tego, co znalazłem. Nie broniłem się. Niestety nadal żyłem. Nie chorowałem ani z zimna, nie ruszały mnie stare śmierdzące kawałki jedzenia, których pewnie szczur by nie ruszył. Zdumiewające jest siła przetrwania. W moim przypadku żyłem, by dopełniła się kara. Widocznie śmierć miała zakaz by mnie ruszyć. Po mniej więcej trzech latach postanowiłem wykopać złoto i sprzedać miecz. A potem zabić się jak samuraj. Zwykłym najzwyklejszym nożem o wystarczająco długim ostrzu. Śmierć od rozpłatanych bebechów jest bardzo bolesna, dlatego popełniający seppuku przeważnie miał asystenta, by zanim ból pozbawi samobójcę świadomości, tamten odciął mu głowę. Dalej już wiecie. Restauracja, kelnerka, alkohol był przedni...

Ten dzień.

Nigdy się nie zapomina jazdy na rowerze. Podobnie nie można zapomnieć długoletniego treningu drogi miecza, aikido, strzelania i wszystkich innych sztuk nauki zabijania i walki. Jednak brak treningu ma znaczenie. Po jakiś czasie traci się szybkość i dokładność.

Dostrzegłem strach na twarzy Maxa.

— Kto to?

— Ninja.

— Co ty gadasz!

— Najlepiej uciekaj na górę. Wejdźcie pod łóżka, o ile zdołacie. Im chodzi o mnie, a z pewnością o miecz.

Usłyszałem charakterystyczny dźwięk lecących gwiazdek szuriken. W ułamku sekundy stałem się znowu wojownikiem. Odczułem również, że okres kary minął, a nadszedł czas zemsty. Nie wiedziałem kto i jak dowiedział się gdzie jestem, ale to pozostawało drugorzędne. Czy nadal śmierć będzie się ode mnie odwracać? Podobno najtrudniejsza sztuka jest przestać się jej obawiać. A ja już przecież umarłem, a w zasadzie nadal nie żyłem. Czy zatem taka osoba może pozbawiać życia? Z pewnością.

Zwykły śmiertelnik by jeszcze nic nie dostrzegł. Ulubiona ich pora na atak, to noc. A najlepiej w czasie deszczu. Bo dźwięk kropel nie zezwala na całkowite używanie słuchu. A noc ogranicza widzenie. Ale nie moje. Mistrz Kensi- Omura nauczył mnie i Koi walki bez używania wzroku. Dlatego urwałem ciemny rękaw koszuli i zawiązałem oczy. Po chwili moja percepcja się zmieniła. Widziałem wewnętrznymi oczami, a deszcz przecież był moim sprzymierzeńcem od urodzenia. Pojawiło się ich trzech. Widziałem ich w wibracjach. Po chwili nie żyli. Mogłem precyzyjnie określić co ostrze starego miecza przecięło. Jednak nie traciłem czasu. Było ich więcej, znacznie więcej. Automatycznie uchylałem ciało by nie zostać trafiony gwiazdką. Mieli nie tylko miecze, ale i zakrzywione sierpy na łańcuchach. Słyszałem ich jęki w deszczu. Jeden rozciął moją skórę na lewym ramieniu. Nigdy bym do tego nie dopuścił, gdybym trenował. Szybkie boczne cięcie i dwie głowy spadły, słyszałem fontanny krwi sikające z ich drgających korpusów. Strzała? Czyli mieli łuki? Przeciąłem trzy w locie. Zanim łucznik zdołał wypuścić następne, już klinga mojego miecza rozcięła jego tors i szyję. Poczułem ich wielu. Zdjąłem błyskawicznie opaskę. Otoczyło mnie siedmiu lub ośmiu. Sądzili, że tak ilość starczy. Nie wiem kto ich trenował, ale nie byli to najlepsi zbóje. Po minucie zabiłem sześciu, a ostatni opuścił ten plan życia, za kilka chwil. Padł strzał. Poczułem bolesna ranę w pobliżu obojczyka.

— Za chwilę zginiesz Euri - san.

Hitaro? To jego głos.

— Zawsze pozostaniesz baka — rzekłem. ( dureń, najcięższe ubliżenie dla Japończyka)

Widziałem, że mierzy powoli. Padł strzał, ale ja jednak nadal żyłem, natomiast Hitaro odchodził. Może widział mnie jeszcze jednym okiem, bo drugiego już nie miał.

Słyszałem walkę. Ktoś mi definitywnie pomagał. Wsłuchałem się. To mogła być tylko jedna istota. Moja Koi. Ale po chwili, w mieszaninie ostatnich jęków zabitych przez nią, usłyszałem idealne cięcie.

— Pozwól mi, Koi. To moja walka.

— Nie, Amo - sam. Jesteś ranny. Nie dasz jej rady.

Czyli nie myliłem się. Po chwili zobaczyłem drobna postać Czarnej śmierci.

— Zabije najpierw ciebie, ty nędzna szmato, a potem twojego kochanka.

Tomine Saro zdjęła maskę. W tym miejscu jakieś odległe latarnie rzucały wystarczającą ilość światła bym mógł ją zobaczyć. Nie maiła chyba pięciu stóp. I ważyła pewnie mniej niż sto funtów. Drobna, ale szybka. Bardzo, bardzo szybka. Czy Koi podoła? Zaczęła się walka. Już po chwili wiedziałem, że Tomine jest szybsza. Rozcięła rękaw czarnego kimona Koi na wysokości ramienia. Na szczęście lewego.

— Zginiesz, szmato — syczała Czarna śmierć.

Koi zmieniła położenie miecza. Dla laika wydawało się, że w tej pozycji nie da się walczyć. Tej trudnej sztuki nauczył nas mistrz Kensi. Widocznie Tomine nie znała tej techniki, bo po dwóch uderzeniach otrzymała cios w policzek.

— Suko, nie jesteś taka zła jak myślałam.  

Tomine Saro w mig pojęła, na czym polega sekret. Gdyby nie zaadoptowała tej techniki, pewnie szybko by zginęła. Koi miała prawdziwe kłopoty. Z pewnością nie dałbym rady Tomine. Nie w tej kondycji. Czy moja Koi podoła?

Podchodziły się do siebie powoli. Każdy ich krok był idealny. Czułem, że zbliża się decydująca chwila. Koi uderzyła idealnie. DrobnaJaponka powinna zginąć, ale świetne cięcie Koi tylko rozcięło jej skórę na torsie. Niestety i Tomine Saro uderzyła doskonale. Ostrze jej miecza przecięło okolice nadgarstka mojej dawnej miłości i jej miecz upadł na ziemie.

— Widzisz, mówiłam ci, że zginiesz.

Koi miała małe szanse. W końcu Kenzi - Omura uczył nas i tego. Tylko że podłoże byłomokre, a Koi ranna.

— Pożegnaj się ze swoim alfonsem, szmato.

Dobrze wychowana to Tomine nie była. Musiałem patrzyć. Trudno. Będę walczył i pewnie przegram. Dobre pozostawało to, że będziemy tak razem. Ja, moja rodzina i Koi, którą nadal kochałem.

Widocznie ktoś chciał inaczej. Czarna śmierć uderzyła doskonale, ale w połowie czasu jej cięcia padł strzał, potem drugi i trzeci. Koi uchyliła się i tylko cześć jej włosów spadła na ziemię zamiast głowy. Dostrzegłem zdziwienie na ślicznej twarzy Japonki.

— To nie w porządku — zdołała wyszeptać.

Tomine upadła nieżywa z otwartymi oczami. Z mroku wyłoniła się postać.

— Zasłużyłam na drugi raz? — zapytała Rozalinda.

— Co tu robisz? — zapytałem zdziwiony.

— Ratuje ci dupsko. I twojej ukochanej, również. Nadal lubię dziewczyny. Jeżeli chcesz Koi, to możesz mi podziękować w naturze.

Podeszła bliżej. Musiała mieć operację plastyczną. Dostrzegła mój wzrok.

— Pobiedziłeś, że jestem nie taka brzydka, to chyba teraz nie powiesz inaczej. Musiałam to zrobić.

— Podobno zginęłaś?

— Jak widzisz, nie. Wszystko ci opowiem. Ale mam coś dla ciebie co powinno poprawić ci humor.

— Co możesz mieć, wiesz, że to, co kochałem, zginęło.

— Chodźcie, zanim policja się zjawi. Muszę was opatrzyć, moje kochane robaczki.

Podszedłem do Koi i wziąłem ją pod rękę.

— Dziękuję, Koi — powiedziałem.

— Nie ma za co. Wszystko ci opowiem.

— Co tak się tak guzdracie. Ruszać tyłki — powiedziała Rozalinda.

Doszliśmy do samochodu. Czarny Jaguar.

— To mój?

— Skąd! Z twoich cacek nic nie zostało. Może stare Lambo się da poskładać, ale wątpię. Kilka setek ton betonu robi swoje — uśmiechnęła się ślicznie.

Usiadłem ciężko na tylnym siedzeniu, a Koi oparła głowę o moje ramie.

— To jakieś dwadzieścia minut drogi. I nie zaśnijcie.

Ruszyła ostro.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2757 słów i 15857 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto