Deszcz cz 15

Dla dorosłych z powodu początkowej konwersacji miedzy Diną, a Euri...
— Wiem, co czujesz, ale się mylisz. Tkwisz w stereotypach. Złe jest zmuszanie, namawianie, zwiedzenie, wykorzystanie. Znam moją córkę, ona nie ma w sobie krzty zła.

Byłem bliski zapytać, czy by zezwoliła na to by Chloe mogła ziścić swoje pragnienie, ale nie musiałem pytać, bo wiedziałem, jaka jest odpowiedź. Zapytałem o coś, czego Diana nie mogła wiedzieć.

— Dlaczego Chloe pragnie Aishe?

— Bo ją kocha.

— Dobrze, dlaczego ją kocha w ten sposób, że jest tam pragnienie.

— Pytasz tak, ale masz jeszcze inne pytanie i to od momentu jak się dowiedziałeś, że mnie pocałowała, a właściwie, że się z nią pocałowałam, bo to miało inny przebieg niż w twoim wypadku. Ona cię pocałowała, a ty to zaakceptowałeś, ze mną było inaczej. Chcesz wiedzieć, czy Chloe chciała ze mną tego czego pragnie z tobą. I chcesz wiedzieć, czy ja tego chcę. Obie odpowiedzi są negatywne. Ona pragnie Aishę z miłości, a kocha ja tak, bo to daje jej namiastkę tego czego pragnie od ciebie. Ona cię pragnie od trzech lat, a Aisha ma najwięcej twoich cech pośród osób, które są w jej otoczeniu. Różnica między tobą a mną jest taka, że ja ją kocham i nie pragnę, a ty ją kochasz i pragniesz.

Znowu nie mogłem zaprzeczyć i zapytałem o coś czego nie wiedziałem, a czułem, że Diana to wie.

— Dlaczego ją pragnę?

Odpowietrzała natychmiast jakby to było dla niej oczywiste.

— Jest w niej coś czego nie ma we mnie, a jest to pieczęcią, która zamyka i powoduje twoją miłość do mnie kompletną. Ty tylko dlatego nie chciałeś, bo uważasz, że to niemoralne i złe. Wiedziałeś już wówczas, że ja nigdy bym tego nie potępiła.

— Czułaś?

— Zaraz jak do tego doszło, siedziałam obok w kinie. Moja miłość do ciebie jest kompletna. Jej do ciebie i twoja do niej, potrzebuje tylko jednego, by taka się stała.

— Gdyby tak było...

— Nie porównuj siebie z nikim. To w twoim i jej wypadku nie jest złem, jest dobrocią. Chciałeś wiedzieć, to ci powiedziałam. Ty nie potrzebujesz mojej zgody, potrzebujesz swojej. Pamiętasz jak na początku sądziłeś, że chcesz odejść z tej piekielnej organizacji, bo chcesz to zrobić dla nas? Potem zrozumiałeś, że możesz to zrobić tylko dla siebie, wówczas i dla nas.

I gdybym nie dodał głupoty, jaką powiedziałem, pewnie zakończylibyśmy ten temat.

— Mogłabyś pocałować się z Remim, ja raczej nie?

Jej oczy zmieniły się natychmiast. Zeszła ze mnie i położyła się na plecach. Zrozumiałem, że palnąłem głupstwo i chciałem jak najszybciej z tego wyjść.

— Przepraszam kochanie, palnąłem głupotę, wcale o tym nie myślę.

Coś w tym nie grało. Nie znałem faktycznie całkiem mojej żony. Ponownie wsparła się na łokciu i zobaczyłem w jej oczach niepokój o ile nie strach.

— Wiem, że ma prawie dwanaście lat. Wiem, że jestem jego matką. Nie sądź, że jestem perwersyjna, po tym, co powiem. Gdyby był inny i miał jakiś problem, a to miałoby pomóc, zrobiłabym to. Remi jest inny.

— Co znaczy, inny? — zapytałem zapominając na chwilę o tym o co zapytałem w żartch.

— Ma niespełna dwanaście lat. Na pozór nie można mu nic zarzucić. W domu ani w szkole, ale ja się go czasem, a może cały czas, obawiam.

Poczułem dziwne prądy w ciele.

— Obawiasz się?

— Jest moim synem i kocham go, ale jest w nim coś dziwnego. Przebywam z nim więcej niż ty, on ma w sobie coś złowrogiego, mrocznego...

— Co mówisz — uniosłem nieco głos — to dobry dzieciak!

— Powiedziałam to jako jego matka, która go kocha, zrób z tym co chcesz. Gdyby mój pocałunek miał to zło w nim zniszczyć, robiłabym to codziennie.

Usłyszałem mocne wyznanie.

— Być może powiedział coś, naśladując Hajze...

— Nie za bardzo ufam Hajze. To chwiejny człowiek zrobi wiele dla kariery. Ale nie obawiam się go tak jak naszego syna.

Poczułem gęsią skórkę.

— Boże dlaczego?

— Nie wiem, kochanie. To serce matki mi podszeptuje. Ty może zaniedbałeś, ale zrobiłeś to nieświadomie. Ja nie zawiodłam. Byłam zawsze na miejscu, nigdy nie szczędziłam mu serca. Wychowałam jak najlepiej potrafiłam.

— Czyli w głębi serca masz do mnie żal, że zawiodłem?

Objęła mnie i szepnęła.

— Euri, kochanie. W moim sercu jest do ciebie tylko miłość. Jesteś dobrym człowiekiem. Myślisz, że nie wiem, że byłeś blisko z Chloe? Wiem. Znam ciebie i znam ją. Wszystko, co robimy ma konsekwencje. Ale nie wzruszy to mojej miłości do Ciebie. Powtarzam, jesteś dobrym człowiekiem i od teraz zrobisz wszystko, by to zrozumieć i uwierzyć, że tak jest. Kocham cię i nigdy w ciebie nie zwątpię.

Czułem jak topnieję. Co za cudowna istota leżała obok mnie. O ile wcześniej może tkwiły we mnie szczątkowe wątpliwości co do decyzji odejścia, teraz takowe, zniknęły.

— Zrobię wszystko by naprawić błędy i zaniedbania. Od teraz nic nie pozostanie dla mnie ważniejsze niż wasze szczęście.

— Euri, kochanie. Ja jestem szczęśliwa. Nawet nie wiesz jak. Od pierwszej chwili cię pokocham i nie zwątpiłam w ciebie. Działaj i nie martw się o nic.

Chciałem coś powiedzieć, ale zobaczyłem, że zasnęła. Jak mogła tak szybko? Obserwowałem jej spokojną twarz i słyszałem powolny i głęboki oddech. Patrzyłem na jej śliczną twarz mimo prawie całkowitej ciemności i po chwili odpłynąłem w objęcia snu.

Samolot wystartował planowo z lotniska Heathrow. Zwykle czas samego lotu to sześć i pół godziny, z oczekiwaniem na obu lotniskach daje trochę mniej niż osiem godzin. Wyszedłem po odprawie na lotnisku JF Kennedy dwie godziny później niż wyleciałem. Wynikało to z sześciogodzinnej różnicy czasu między strefami. Podczas powrotu, czas się dodawał. Nie spodziewałem się nikogo na lotnisku, ale zostałem miło zaskoczony. Dostrzegłem Collinsa. Znałem go może trochę lepiej niż Morgana czy Rodrigues.

Larry Collins wiele się nie zmienił od naszego ostatniego spotkania, może doszło kilka zmarszczek i przybyło kilka setek siwych włosów na głowie.

— Jak lot? — podał mi dłoń na przywitanie.

— Dziękuję, dobrze. Miło, że przyjechałeś, po dezertera.

Spojrzał na mnie. Zupełnie naturalnie.

— O tym pogadamy na miejscu. Dzieci zdrowe?

Zaskoczył mnie! Człowiek z zarządu najbardziej niemiłego bussinesu na świece pyta o rodzinę?

— Wszyscy zdrowi. Twoi?

— W najlepszym porządku. Wierz mi, też mam naciski, ale dopiero po emeryturze o tym pomyślimy z pozostałymi z rodziny.

— Sądziłem, że to dożywocie.

Ale oczywiście wyczułem aluzję. Chodziło mu o to, że powinienem wysunąć prośbę, a nie stawiać ich niejako przed faktem dokonanym. Czyżby nie było tak źle?

— Powinno być — wysilił się na uśmiech.  

Doszliśmy do samochodu. Duży czarny SUV, Yukon. Takimi wozami jeździ nawet prezydent. W naszym wypadku jechaliśmy w środku, z przodu i z tyłu asekurowani przez identyczne wozy. Dla pewności nie zawsze ważna osoba jechała w środku. Nie zdarzyło się jeszcze od trzydziestu pięciu lat by dokonano choćby próby zamachu. Gmach zarządu znajdował się na Brooklynie, na ironię budynek Syndykatu X znajdował się dwie ulicy od zarządu tak zwanego Koła kierowniczego Świadków Jehowy. Która organizacja robiła więcej szkody dla świata, co do tego nie miałem pewności.

Dojechaliśmy. W czasie niedługiej jazdy widziałem zmiany w architekturze miasta, które nigdy nie śpi. Rozmawialiśmy o wszystkim, poza tematem dotyczącym celu mojego przyjazdu.

Sala, w której obradowali wyglądała jak każda zwykła. Mieli tu podziemne bunkry, ale wywiad zarządu nie podejrzewał ataku czy żadnego zagrożenia. Na tym niezbyt pięknym świecie, sama góra jakiegokolwiek wielkiego bussinesu zazębiała się z inną górą. Nasz chronili politycy i sądy i wielkie korporacje. Wielu ludzi zastanawia się jak to jest, że handel narkotykami istnieje, prostytucja, czy inne formy nowoczesnego niewolnictwa. A odpowiedź jest niezwykle prosta. Przynosi dochody. Szary obywatel USA jest więcej wart niż podobny człowiek z Lesotho. Jakkolwiek rocznie znika osiemset tysięcy amerykańskich obywateli. Niektóre statystyki przerażają.

Wielka sala, mogąca pomieścić trzy tuziny ludzi wyglądała jak opustoszała. Za wielkim stołem w ciemnym kolorze z wygodnymi fotelami w koło, udekorowana tylko lustrami, siedziała dwójka ludzi. Harry Morgan i Rozalinda Rodriguez.

Usiedliśmy. Na stole stała woda i szklanki. Czyli nie przygotowali dla mnie bankietu, uśmiechnąłem się w duszy.

— Proszę siadać — rzekł Morgan.

— Dziękuję.

Czy Rozalinda rzeczywiście przypominała szpetną kobietę jak określał ja mój brat? Dla mnie nie. Mimo średniego wieku posiadała niezłą figurę. Musiała o siebie dbać. Nieco gorzej przedstawiała się sprawa z jej twarzą. Jeszcze z czasów młodości, gdzie zaczynała w pewnym brazylijskim gangu, odziedziczyła liczne blizny, a co dziwne, nie próbowała ich usunąć poprzez operacje plastyczne. Czy wszystkie pochodziły od ostrzy noży tego nie wiedziałem. Rozcięty policzek, szrama na czole i trzecie znamię musiał pozostawić nóż, który rozciął jej wargę i część brody. Oczy miała brązowe i bystre. Poza tym, jeżeli ktoś zaakceptował blizny, wyglądała przeciętnie. Ani pięknie, ani koszmarnie. Wyczuła, że jej się przyglądam. Kilkakrotnie odwiedziłem Nowy Jork, ale w większości spotykałem Larrego i raz Morgana, nigdy osobiście Rodriguez.

— Nie jestem zbyt piękna, co?

— Gdybyś zrobiła zabiegi, dużo by pomogło. Poza tym jesteś przeciętnej urody, ale widać, że dbasz o ciało.

Zobaczyłem dziwny rodzaj uśmiechu.

— Dziękuję za szczerość, większość o to zapytanych, kłamie w żywe oczy, przekonując mnie, że jestem ładna, a w duszy mają mnie za maszkarę. Jestem zła i czasem okrutna, dla tych, co bardzo tego pragną.

— Nie przyleciałem tu, żeby rozmawiać o twojej urodzie — rzekłem.

Morgan się zmieszał, a Collins zmarszczył brwi. Ale brunetka gładko przeklęła ostrą odpowiedź.

— Istotnie. Ponoć chcesz nas opuścić.

— Tak. Postanowiłem zostawić kierownictwo, bez względu na konsekwencje.

— Czyli nie boisz się śmierci? — zapytała nawet nie zmieniając wyrazu twarzy, czyli z uśmiechem.

— Wojownik nie boi się śmierci.


Jej twarzy pełną blizn, pokrył uśmiech.  

— Jesteś prawdziwym facetem. Szkoda, że masz żonę, nie gustujesz w brzydulach, a ja... wole kobiety.

Znów zobaczyłem nieco skwaszone miny u dwóch mężczyzn.

— Ponoć Larry ma głos decydujący, ale zainteresowani wiedzą, że tak nie jest. Znacie moje stanowisko, chcę wiedzieć co zostało postanowione.

— Przyjmujemy twoją rezygnację. Twój brat się ucieszy, zawsze chciał rządzić sam. Nie będziemy cię niepokoić.

Poczułem ulgę. Czyli jestem wolny i George i Camilla odlecieli na darmo? A Diana i dzieci nie muszą się martwić. W takim razie czemu kazali Hajze obserwować nasz dom?

Musiałem o tym wspomnieć.

— Wizyta Terrego i Simona miała czemuś służyć, prawda?

— Istotnie, chcieliśmy sprawdzić twoją reakcję. Czy twój brat ich kazał zabić? — zapytała wprost.

— Aż takim głupcem nie jest. Dziwne, że nikt nie wie kto to zrobił. A sprawca, o ile był tylko jeden, posiadał zarówno cechy zawodowca jak i z pewnością miał skłonności sadystyczne.

— Tak, odczytaliśmy raport — wtrącił Collins.

— Czyli to wszystko? — zapytałem.

— Tak. Pozostaje cześć łatwiejsza. Chyba nie myślisz, że potraktujemy tak oschle człowieka, który wiele lat nam służył. Proponuję obiad, dobry alkohol i klub do wyboru.

— Pierwsze przyjmuję. Nie jestem typem odwiedzającym miejsca rozrywkowe.

— Dobrze więc. Co powiesz na mały sparing, tez trochę trenuję.

— Nie masz dużych szans, Rodriguez.

— Nie przejdzie ci przez gardło moje imię?

Poczułem się dziwnie. Ta niezwykle ostra kobieta, której większość się obawiała, próbowała mnie kokietować. Chyba wyczuła jednak, że powiedziała coś zbyt osobiście, bo nagle rzekła do pozostałych.

— Co myślicie panowie o mojej propozycji. Ugościmy gościa i jesteśmy wolni.

— Oczywiście.

Uśmiechnęła się.

— Mamy wynajętą restaurację, sprawdzonych ludzi. Żadnych gości. Dobre trio i tancerka. Przyjmiesz?

— Nie odmówię — chyba zacząłem ją lubić.

Być może wszystkie informacje o niej nie do końca pokrywały się z prawdą.

— Zwykle jeździsz Rolls Royce lub SUV Lamborghini, co powiesz na Rolls Royce SUV?

— Mówisz o Cullinan?

— Opancerzonym, z dodatkowymi dwust koniami, czarnym brutalu.

— Czemu nie, chociaż Yukon spełnił wymagania.

— Chcemy zostawić dobre wspomnienia.

— Dziękuję — powiedziałem.

— Panowie — powiedziała do nich — wiem, że uważacie mnie za zimna sukę, ale muszę się ubrać. Będę gotowa z dziesięć minut.

Wstała energicznie i wyszła.

Collins patrzył na mnie i Morgana.

— Cos podobnego! Nie pamiętam, żeby tak się zachowywała do żadnego faceta. To dyke. Sama stwierdziła, widocznie przypadłeś jej do gustu.

— Dziękuję, ale mam zonę.

    Twarz Morgana okrył uśmiech.

— Nie dlatego, że jest brzydka jak noc?

Spojrzałem na niego.

— Dla mnie nie jest. Dokładnie powiedziałem co sądzę o jej urodzie i nie zamierzam mówić czegoś innego za jej plecami.

Widziałem, że odebrał to jako przytyk do siebie i pewnie dlatego skrzywił się tylko.

— Jaka pogoda w Londynie? — zapytał Collins, jakby chciał szybko zakończyć drażliwy temat.

— Jak zawsze. Deszcz, mgła. Kilka dni temu mieliśmy słońce. Na szczęście nie mamy tam ostrych zim jak wy.

— O tak, temperatura potrafi czasem spaść do minus trzydziestu i niżej, a przy tej wilgotności, mrozi tyłek.

Morgan jeszcze przełykał lekką obrazę, ale sam się prosił.

— Chcesz czegoś mocnego, wiemy, że nie pijesz, a jeżeli to naprawdę dobre trunki. Mamy koniak za piętnaście tysięcy, na wielkie okazje.

— Skorzystam — odrzekłem.

Larry podszedł do jednego z luster i przyłożył tam kartę wyglądającą jak karta kredytowa.

W środku znajdował się barek. Wyjął trzy kieliszki i butelkę koniaku. Remy Martini Grand champagne, Czarna perła. Butelka o połowę mniejsza niż zwykle. Te koniaki potrafiły kosztować i kilka razy tyle.

— Nie poczekamy na Rozalindę? — zapytałem.

— Mówiła, że będzie za dziesięć minut, a już minęło piętnaście. Może ty po nią pójdziesz?

— Ja?

— Ty, bo ja chcę dzisiaj stracić życia — uśmiechnął się Collins.

— Żartujesz?

— Daleki jestem od tego. Ty nie znasz tej osoby.

Ostanie słowo zaakcentował w ten sposób, że mogłem się domyślać prawdziwego znaczenia, a prawdopodobnie żadne z podtekstowych znaczeń nie byłoby cenzuralne.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2591 słów i 14979 znaków, zaktualizował 6 sie 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto