Deszcz cz 14

— Musisz wyjść?

— Tak. Oddam zdjęcia, a jutro rano odbiorę fałszywe paszporty dla Camilli i Georga. Potem kupią bilety i polecą w nieznane.

— Dasz im pieniądze?

— Tak, cztery miliony. Jak się wszystko dobrze ułoży, spotkamy się. George jest uczciwy, to ja im zaproponowałem.

— Dobrze, to jedź. Jest coś...

— O co chodzi?

— Remi. Stał się dziwny. Zawsze zachowywał się tak zimno, mimo że dawałam mu nawet więcej uczucia niż Chloe, ale ostatnio stał się jak lód.

— Każdy inaczej przeżywa.

Pocałowałem ją delikatnie w usta i wyszedłem.

Dopiero w samochodzie zacząłem uświadamiać sobie, jak byłem głupi. Mogłem zacząć wszytko inaczej po przylocie z Japonii. Poznałem Dianę, powinienem od razu skończyć, a właściwie nie zaczynać. Wówczas jeszcze Hajze wszystkim zarządzał, ale teraz mieliśmy taką sytuację i musiałem znaleźć ku temu rozwiązanie. Najlepsze możliwe i od tego momentu nie powinienem popełniać więcej błędów.

To dziwne, prawie nigdy nie używałem mojego najdroższego samochodu, który kosztował ponad pół miliona dolarów amerykańskich. Jeździł nim George. Ja płaciłem za wszystko. I jeszcze oczywiście płaciłem mu za pracę i to nieźle. Ogólnie lubiłem ładne i dobrej klasy rzeczy, ale naprawdę zależało mi na rodzinie. Jednakże po moich czynach nie można było tego poznać. Kiedy inne dzieci spędzały z rodzicami soboty czy niedziele, ja zawsze robiłem coś innego. Tylko w niedziele i to średnio raz na dwa miesiące, bywałem w domu.

— Dojechałem do Hansa Kleina, pochodził z Izraela, a miał niemieckie nazwisko i imię. Prawdopodobnie miał najlepsze zdolności w mieście, do fałszowania dokumentów. To, że chciałem im załatwić takie dokumenty, nie pozostawiało pytań. Z prawdziwymi można ich będzie namierzyć w kilka dni. Chciałem zapewnić im bezpieczeństwo, a dopiero jak już wyjadą, dokładnie przemyśleć strategię jak uchronić najbezpieczniej własną rodzinę. Cieszyłem się w duchu, że pomogłem Camilli. W końcu ona i mój przyjaciel będą mogli się rozkoszować swoją miłością. O czym nie myślałem w tej, to, że jako moi bliscy w duchu ludzie, będą się o mnie martwić. Ale podświadomie sądziłem, że moje obawy są wyolbrzymione, a cała sprawa wyjaśni się szybko i będę wolny. I nareszcie zostanę dobrym mężem i ojcem.

— Witaj Hans. Mam prośbę. Potrzebuję na jutro rano dokumenty dla dwóch osób. Z wejściem do rządowych danych.

— To będzie kosztować podwójnie.

— Czyli?

— Dziesięć tysięcy.

— Sporo.

— Od osoby?

— Nie da się taniej?

— Dolarów amerykańskich, myślałeś panie Parker, że funtów?

— Tak myślałem.

— Masz pan, panie Parker, zdjęcia?

— Oczywiście.

— To o dziewiątej będą gotowe. Zwykle biorę połowę z góry, ale od takiego klienta jak pan, nie muszę.

— Do jutra.

Teraz miecz, pomyślałem. Kolejny spec od podróbek. Irlandczyk. Miał sklep z używanymi rzeczami. Sprzedawał też broń. Jego hobby to właśnie podróbki starych mieczy. Miał na imię Derek Clayton. Zadzwoniłem, upewniłem się, że jest i dopiero podjechałem do niego.

— Co tam mamy tym razem? Jakiś stary pistolet jak ostatnio?

— Miecz. Zrób co trzeba, by wyglądał identycznie.

Kiedy mu pokazałem katane, aż gwizdnął.

— To ma parę setek lat.

— Istotnie.

— Jeżeli chcesz sprzedać, to moja robota na nic, ale ty nie sprzedajesz...

Popatrzy na mnie.

— Rozumiem. Chcesz mieć podróbkę, żeby inni myśleli, że to oryginał.

— Dokładnie.

— Taki miecz będzie kosztował mniej niż dwieście funtów. Ostrze mam identyczne, muszę przerobić jedynie uchwyt. Zobaczę tylko coś ważnego i mogę brać się do roboty. Kiedy ma być gotowy?

— Jutro po południu.

— Nie ma problemu.

Wszędzie za nim chodziłem, tak na wszelki wypadek. Pobrał próbkę rękojeści.

— To nie oryginalna, ma trochę więcej niż pięćdziesiąt lat.

— Wiem o tym.

— Dwieście funtów, przy odbiorze, tak?

— Muszę trochę poszczerbić swój... Świetna broń — ocenił stary miecz.

— Dobrze, to wszytko.

— Możesz przyjść o czwartej.

— Będę o szóstej.

— Czy wszystko dobrze? Źle wyglądasz...

— Tak, troszkę się źle czuję, ale przejdzie.

Pożegnałem go.

Po pięciu minutach jechałem już w okolicę domku Camilli. Kiedy dojechałem, wziąłem z SUV łopatę i poszedłem do lasu. Ciemniało, więc odczekałem jeszcze parę minut. Kiedy już zapadła ciemność, ruszyłem. Nie używałem latarki, dość dobrze się poruszałem i widziałem w ciemności.

Na szczęście nie dostrzegłem nikogo. Poza mieczem, chciałem zakopać czyste sztabki złota, o łącznej wartości około dwudziestu tysięcy dolarów. Po kwadransie wszystko ukryłem w brezencie, zasypałem i pokryłem liśćmi. Leżały tu od zeszłej jesieni i nikt ich nie zbierał. Większość zgniła, ale nie wszystkie. Mieliśmy koniec października i wkrótce nowe wszystko pokryją, pomyślałem.

Dopiero wówczas poszedłem do domku. Właściwie czy to konieczność, pomyślałem. Wartość posesji nie przekraczała dwustu tysięcy funtów. W czasie ich nieobecności, nikt tu nie będzie mieszkał, bo nie wspomniała ani o sprzedaży lub wynajmie. Camilla miała pozytywne nastawienie do tego miejsca. A ja nie chciałem czekać, aż wrócą. Chciałem usunąć trucizny, nie pomyślałem tylko, że wszystko jest napromieniowane, chociaż bardziej subtelnym promieniowaniem niż radioaktywnym. Powinienem od razu wiedzieć, że kobieta miała bardzo specjalne pole życiowe i nawet taka dawka promieniowania by jej mogła po czasie, zaszkodzić. Miałem w planie przygotować im gniazdko zaraz po ich powrocie, aby mieli gdzie żyć. Dla delikatnej i artystycznej duszy Camilli zamieszkanie w centrum Londynu w kondominium, nie stanowiło najlepszego wyboru. Być może potem sobie kupią coś innego, pomyślałem.

Kiedy tylko wszedłem, odczułem złowrogie promieniowanie. Gdybym nie przyjął dużej dawki, kiedy ją leczyłem, prawdopodobnie te trucizny nie spowodowałyby niczego w moim organizmie. Teraz to działało na zasadzie przeciwnym do homeopatii. Otworzyłem drzwi i wszedłem do piwnicy. Mimo złowrogiego działania substancji, zdołałem ją zlokalizować. Znajdowała się w piecu. I odkryłem dwie. Piec miał sporo lat i jako izolację użyto azbestu. Codzienne podgrzewanie zrobił swoje. Szukałem rtęci i też znalazłem. Stary termometr do mierzenia temperatury wody miał pęknięcie. W takim miejscu, że ciepło pieca częściowo zamieniało ciecz w parę, by potem znowu ją skroplić. To wszystko nie miało sensu. Przez tyle lat rtęć powinna wyparować. Czemu Camilla nie wzięła fachowców? Gdyby termometr całkiem pękł, zorientowałaby się. Małe pęknięcie powodowało, że od wielu lat minimalne opary wchodziły do wód cyklu zamkniętego, które ogrzewała mieszkanie. W końcu zrozumiałem. Zakrawało to na farsę, że przez tyle lat Camilla nic nie odkryła.

Wyszedłem z domku, kompletnie wyczerpany i osłabiony. Pierwsze co musiałem załatwić jutro to wezwać specjalną grupę ludzi by usunęli piec i całkowicie zmienili system nagrzewczy.

Ledwo doszedłem do samochodu. Dojechałem do domu kompletnie wykończony.

Diana na mój widok zrobiła smutną minę.

— Euri, nie powinieneś był tam jechać.

— Może masz rację, ale wiesz, jaki jestem. Już wiem co trzeba usunąć i zmienić. Teraz juz dojdę do siebie...

Chloe przyszła z góry.

— Tatusiu, co ci jest? — wtuliła się we mnie.

— Nic takiego, wszystko będzie dobrze.

Popatrzyła na nas.

— Wyczuwam coś niedobrego, mogę wiedzieć?

Diana popatrzyła na mnie i na nią.

— Ja jej powiem, a ty się połóż.

— Muszę się umyć, zapal mi kadzidełka w sypialni. Te z zielonego pudełku.

Dowlokłem się do kabiny. Mycie sprawiło mi trudność. Kiedy doszedłem do sypialni roznosił się już woń dymu. To oczyszczało nie tylko powietrze, ale głównie wzmacniało czi, czyli energię. Weszła Chloe.

— Nie zapukałaś.

— Wybacz, sądziłam, że jesteś ubrany. Widziałam, że zabrałeś szlafrok z łazienki. Mama mi wszytko powiedziała. Trzeba być dobrej myśli.

— Też tak myślę.

— Mogę cie przytulić, może cię to wzmocnię.

— Dobrze — uśmiechnąłem się.

Poczułem się dobrze, gdy mnie przytuliła.

— Wybacz córeczko, powinienem dawno to zrobić, zanim się urodziłaś.

Po chwili wyszła, a ja się położyłem i zasnąłem od razu jak zabity.

Obudziłem się, a właściwie obudziła mnie żona.

— Jest siódma, jak się czujesz?

— Troszkę lepiej. Powinno być dobrze. Przyjdź do mnie za pół godziny.

Wyszła. Zwlokłem się z łóżka. Zrobiłem poranne czynności i dopiero usiadłem w pozycji do medytacji. Kensi - Omura nauczył nas, mnie i Koi, niezwykle wzmacniającej techniki oddechowej. Wiedziałem, że dopiero po powrocie użyję igieł do akupunktury. Najpierw organizm musiał wyzbyć się wpływu toksyny. Gdybym teraz użył igieł, mógłbym umrzeć. Po dwudziestu minutach czułem się dużo lepiej. Przyszła żona i patrzyła na mnie.

— Będzie dobrze, kochanie.

Tego dnia miałem wiele małych spraw do załatwienia. Skontaktowałem się z Betty i zawiadomiłem ją, że będę później. Zadzwonił Morrison i przekazał, że śledztwo w sprawie podwójnego zabójstwa nadal stoi w miejscu.

Podziękowałem i prosiłem o przesłanie informacji, jeżeli coś się zmieni.

Ten dzień uznałem za dość smutny. Wieczorem odlecieli do Polinezji francuskiej, mój przyjaciel George i jego wybranka, Camilla. Nie miałem z nim długich konwersacji, ale wyjątkowo darzyłem go pewnym uczuciem. Uświadomiłem to sobie w całości, dopiero kiedy samolot wzniósł się w powietrze.

Nadal czułem się nie zupełnie dobrze, ale z drugiej strony cieszyłem się w duchu, że z wybraną Georga, będzie dobrze. Zamówiłem firmę do usunięcia zatrutej instalacji nagrzewającej w domu ślicznej blondynki. Ci sami ludzie mieli założyć wszystko na nowo, za dwa dni planowali zacząć. Zapłaciłem z góry, bo wyglądali na uczciwą firmę.

Wieczorem, kiedy już wszystko załatwiłem, a imitacja miecza spoczęła za szkłem, trafiłem do domu.

— Miałem kilka nietypowych zajęć, ale wszystko załatwiłem pozytywnie — powiedziałem, kiedy usiedliśmy w salonie.

— To tylko pozostało najważniejsze — rzekła Diana.

— Tak. Kiedy dolecę i skończę z nimi spotkanie, dam znać.

— Lecisz dopiero w czwartek?

— Tak. Jutro wraca Hajze. I ostatecznie wyczuję, jakie jest jego nastawienie do mojego odejścia. On jest inny niż ja. Zapytałem go, czy jest ze mną, czy przeciw mnie, a on unikał odpowiedzi. A chciałbym to wiedzieć.

— Gdyby był za tobą, powiedziałby ci. Skoro tego nie zrobił, to jest przeciwny.

— Mam nadzieje, że nie jest przeciwko mnie — odrzekłem lekko zasmucony.

*

Pożegnanie z rodziną nastąpiło wieczorem w środę. Zarówno Diana, jak i Chloe były trochę zmartwione zewnętrznie, a w środku chyba bardziej. U Remiego nie dostrzegłem tych oznak, ale on często ukrywał uczucia. Potem kiedy dzieci już poszły spać, mieliśmy z żoną miłe chwile. Potem leżeliśmy przykryci cienką kołdrą. Ja na plecach, ona wsparta na boku, patrzyła na moją twarz. Gładziła moje włosy. Lubiła to robić, a dla mnie stanowiło to pieszczotę, bardziej duchową niż cielesną.

Uśmiechnęła się.

— Co się stało? — wyczułem bowiem, że jej uśmiech dotyczy całkiem innej sprawy niż mój wyjazd, co oczywiście rozumiałem, ale również nie dotyczył tego, co mieliśmy przed chwilą.

— Ech, nic takiego. Pomyślałam o czymś.

— To powiedz, bo się nie domyślę.

Wturlała się na mnie, wsparła tors na łokciach i popatrzyła mi w oczy.

— Pomyślałam o Chloe.

— W jakim sensie?

— Ze zarówno mnie, jak i ciebie, pocałowała.

Poczułem się dziwnie. Czyżby przypuszczała? Nie czułem się ani winny, ani że zrobiłem coś złego, mimo że powinienem. Minęło już kilka dni od tego wydarzenia, a nie zauważyłem żadnego negatywnego oddźwięku u mojej córki. Wyglądało, że stało się dokładnie to co jej brakowało do spełnienia, chociaż przecież do kulminacji nie doszło. Byłem złym ojcem i w pewnym sensie spotkały mnie tego konsekwencje, bo jakkolwiek nie uważałem, że to, co się stało, za w porządku. Jednak zrobiłem wszystko co mogłem, żeby nie dopuścić do tego, czego Chloe pragnęła. Nie potrafiłem na nią krzyczeć lub uciąć tę sytuację jakąś gwałtowną reakcją.

Ale następne zdanie Diany, nie świadczyło, że cokolwiek podejrzewa.

— Mamy niezwykłą córkę.

— Tak.  

— Czasem myślę, że ona cię pragnie, jak ja.

Powiedziała to lekko, czyżby to nie miało dla niej znaczenia? Nie chciałem zaprzeczać, bo to by było kłamstwo z mojej strony, ponieważ wiedziałem, że to prawda. Miałem niepowtarzalną okazję, by dowiedzieć się, co moja cudowna żona myśli o tym. Miałem pewność, że Chloe jej nic nie powiedział, ponieważ Diana z pewnością by mi o tym dała znać.

— Też to wiem, ale to jest złe.

Popatrzyła na mnie spokojnie.

— Nic co pochodzi z miłości nie jest złe.

— Pragnienie jest żądzą ciała, więc nie pochodzi z miłości.

— Twoje pragnienie mnie, jest żądzą ciała czy pochodzi z miłości?

— Z miłości.

— Skąd wiesz, że jej nie?

— Bo jestem jej ojcem, a ojca nie można pragnąć.

Diana popatrzyła mi głęboko w oczy.

— Czy jestem złą istotą, czy dobrą? — zapytała.

— Jesteś uosobieniem dobra.

— Pragnęłam swojego ojca cztery lata.

— Och! Kiedy my... pierwszy raz, byłaś dziewicą.

— Nie mówię, że do czegoś doszło. Ja chciałam, on nie. Pocałowałam go dwa razy w usta tak jak Chloe ciebie.

— Dlaczego tego chciałaś?

— Był dla mnie uosobieniem dobra, marginesowo uważałam go za ideał mężczyzny.

— To nie powinno się zdarzyć w rodzinie, to niszczy.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2447 słów i 14030 znaków, zaktualizował 1 sie 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto