LOL24 > Opowiadania > Przygodowe > Ziemia z popiołów II: Czasy mroku I

Ziemia z popiołów II: Czasy mroku I

AAA

Księga: ~I~ Ziemia z popiołów
Akt: ~II~ Czasy mroku
Rozdział: ~VII~ Siła kobiet
***
&Sorki za przerwę, ale wyjechałem na obóz, i kompa nie miałem :P&

***
To już drugi atak. Zero reakcji organizmu, jedynie mój mózg wydawał się być obecny. Leżałem jak kłoda nie mogąc się ruszyć. Myślałem że mi przejdzie po chwili, tak jak ostatnio, ale myliłem się. W jednej sekundzie idealna cisza zamieniła się w szmer. Następnie w odgłosy pukania, a na koniec w dziwny dźwięk, zupełnie jakbym słyszał wirowanie głośnej pralki. Chciałem złapać się za głowę, ale bezskutecznie. Moje ciało było kompletnie drewniane. Skupiłem się, tak jak ostatnio, na jednym palcu. Chciałem jak najszybciej to zakończyć. Wydawało mi się że się osuwam, że zaraz spadnę. To uczucie, oraz odgłos wirowania, który stawał się coraz głośniejszy, doprowadzały mnie do szału. W końcu się udało. Poruszyłem lekko palcem, tym razem prawej ręki. Ból złapał mnie natychmiast. W niecałą sekundę rozprzestrzenił się od palca do skroni. Osiągnąłem zamierzony efekt - straciłem przytomność.
***
Budynki widoczne w okolicy można było policzyć na palcach jednej ręki. Szliśmy w stronę lasu, o ile można to tak nazwać. Jego brzeg był cały zniszczony. Drzewa stały ogołocone z liści czy igieł, na których miejsce zawitało błoto. Błotnista skorupa pokrywała tu wszystko w polu widzenia. Nie było tu nic co zatrzymałoby falę, więc ta przeszła jak chciała, niszcząc wszystko na co natrafiła. Od kiedy wyszliśmy spoza oficjalnych granic Warszawy widzieliśmy tylko kilkoro ludzi. Bezskutecznie wypatrywałem Wrony, pewnie on i jego drużyna są już daleko stąd. Mam nadzieję że ich dogonimy...
Usiedliśmy po raz pierwszy od rana na odpoczynek. Mogliśmy sobie na to pozwolić, bo byliśmy już wystarczająco daleko od miasta. Co prawda w oddali było jeszcze widać zarysy budynków, ale byliśmy bliżej lasu niż betonowego molocha.
- Szesnasta. -Oznajmiłem patrząc na zegarek.
- Już? Dopiero było południe. -powiedziała dziwnym głosem Anita.
- Czas szybko leci, jak chodzi się z dwudziestoma kilogramami na plecach. - marudził Kowal.
- Cieszcie się że wyszliśmy z miasta, tu nie ma motocyklistów.
- Adam, nie przypominaj o nich kiedy nie trzeba. -powiedziałem, wyciągając butelkę wody. Pociągnąłem długi łyk życiodajnego płynu.
Rozsiedliśmy się na polanie. I to na polanie w naprawdę dobrym stanie. Wszystko na około było rozwalone, ale trawa wyglądała tu na niemal nietkniętą. Anita musiała pomóc Adamowi zdjąć plecak. Nadal nie był do końca sprawny.
Przesiedzieliśmy bezproduktywnie całą godzinę. Nawet dużo nie rozmawialiśmy, po prostu siedzieliśmy. Było przyjemnie ciepło. Niedługo kwiecień, temperatury pójdą do dwudziestu stopni. W takich momentach człowiek zaczyna zauważać plusy nawet globalnego ocieplenia. Dzięki próżności ludzkości mieliśmy zaledwie półtoramiesięczną zimę.
Wtedy mnie olśniło. Tylko dlatego, że ludzkość specjalnie podtrzymywała prądy morskie, niosące ciepłe powietrze nad kontynent. A teraz? Co się stanie, gdy nikt tych prądów nie utrzymuje? Teoria mówiła, że powinno się ochłodzić. I to nieźle ochłodzić.
Spojrzałem na nich. Wszyscy wesoło rozmawiający, jakby dziewięć dni temu nic się nie stało. Poszedłem w ich ślady, i porzuciłem na chwilę obecną złe myśli. Przyjdzie na nie czas. Ostatecznie przesiedzieliśmy tu całą resztę dnia, i postanowiliśmy nocować. Gadaliśmy do naprawdę późna. Pierwsza warta stanęła dopiero chwilę przed północą. Wiedzieliśmy, że tu nam raczej nic nie grozi, ale uznałem, że ostrożność nie zaszkodzi. Przesiedziałem pierwszą trzygodzinną wartę, obudziłem Adama, i położyłem się.
Zasnąłem natychmiast.
***
Obudził mnie przyjemny, zapach kwiatów. Byłem tak zaspany, że przez myśl mi nie przeszło, że w najbliższej okolicy żadne kwiaty nie rosły. Dopiero po jakimś czasie, gdy się przebudziłem spostrzegłem że coś nie pasuje. Perfumy? Spytałem sam siebie. Otworzyłem oczy. W nikłym blasku resztek ogniska zauważyłem czyjąś rękę przed twarzą. Kobiecą rękę. Dopiero po chwili zorientowałem się, że właścicielka znajduje się za mną. Odwróciłem powoli głowę. Przebudziłem się natychmiast.
Tuż za mną leżała Marta. Pogrążona we śnie, położyła swą rękę na moim ramieniu. Czułem jej perfumy, jej oddech poruszał moimi włosami. Poczułem pot na twarzy.
- Zrobiła to specjalnie, czy przez sen?
Powoli, ostrożnie, zdjąłem jej rękę ze swojego ramienia, i usiadłem po turecku. Nawet nie drgnęła. Leżała, pogrążona w sennych fantazjach. Czy mogła śnić o mnie?
Z rozmyślań wyrwało mnie jakieś chrapnięcie. Spojrzałem w kierunku dźwięku. To Adam. Zegarek pokazywał szóstą trzydzieści, kolej Kowala. Poszukałem go wzrokiem, ale nie mogłem znaleźć. Wstałem. Nadal go nie widziałem.
- Gdzie on jest? -spytałem się w myślach.
W najbliższej okolicy był tylko drewniany domek. Pewnie wlazł tam. Ale dlaczego? Powinien stać na warcie, a nie biegać po okolicy. Poszedłem w stronę domku. Z każdym krokiem byłem coraz bardziej przekonany, że pali się tam jakieś źródło światła. Tak. Stojąc pięć metrów od wejścia widziałem na sto procent. Musiała tam stać świeczka. Ale dlaczego Kowal tam poszedł? Nawet nie zauważyłem, że cała broń została przy plecakach. Wszedłem powoli do środka. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Panowała tu grobowa cisza.
Przerwał ją jeden dźwięk - uderzenie metalu w moją, i tak ranną, głowę.
***
Gdy się obudziłem bolał mnie łeb. Usłyszałem jakieś krzyki. Otworzyłem oczy, i zauważyłem, że jestem w drewnianej chacie, razem z całą resztą. Wszyscy mieliśmy związane z tyłu ręce. Nie widziałem tylko Hyugi'ego.
- Kamil się obudził! -usłyszałem.
- Co się stało? -spytałem. Kręciło mi się w głowie.
- Nie wiem, ktoś nas ogłuszył i tu zaciągną! -krzyknął ktoś. Nie potrafiłem zidentyfikować głosu.
Odczekałem parę minut słuchając jak wszyscy krzyczą. Przestało mi się kręcić w głowie. Rozejrzałem się po pomieszczeniu w którym byliśmy. Mały pokoik, pośrodku stał stół z zapaloną na nim świeczką. Przed nami było jedyne okno w całym pokoju. My siedzieliśmy na podłodze, dopiero teraz zauważyłem że nogi też mamy związane.
- Adam? -spytałem ignorując resztę.
- Nie wiem, mnie też złapali jak spałem.
- Szlag.
Spojrzałem w kierunku drzwi. Były uchylone. Słyszałem dobiegające stamtąd głosy. Co najmniej dwie osoby. Po chwili doszedł jeszcze jeden głos. Czyli trzy.
Rozejrzałem się po podłodze. Leżały jakieś papiery, ołówek, resztki jakiegoś ciasta. I kawałek szkła. Moja szansa.
- Adam. -szepnąłem i pokazałem mu ruchem głowy kawałek szkła.
Natychmiast wyciągnął nogę, i kopnął szkło w moim kierunku. Gdy wziąłem je jakimś cudem do ręki zauważyłem że wszyscy ucichli.
- Rozmawiajcie! Nie mogą się dowiedzieć że coś robimy, jesteście za cicho! -powiedział Adam, jakby czytając w moich myślach.
Wszyscy natychmiast się go posłuchali, i zaczęli rozmawiać spanikowanym głosem. ”Kim oni są?”, ”Widziałem jednego, miał w ręku nóż!”, ”Co oni chcą?”.
Zacząłem przecinać linkę oplatającą moje ręce. Szło powoli, ale nikt nie wchodził do nas, chyba mieliśmy czas. Zanim skończyłem pociąłem sobie nadgarstki. Krew lała się z rozciętych żył, jak woda z fontanny. Gdy skończyłem, rozciąłem jeszcze linki Kowala i Adama, po czym oddałem im szkło.
- Idę zobaczyć czy stoją na korytarzu. -powiedziałem szeptem i ruszyłem w stronę drzwi.
Powoli ostrożnie, krok za krokiem. Jedyny odgłos jaki wydawałem podczas tej trzymetrowej wędrówki, to dźwięk krwi padającej z dłoni na podłogę. Ostrożnie zajrzałem przez uchylone drzwi. Nikogo już nie było. Uchyliłem drzwi bardziej, i wystawiłem głowę. Cały korytarz był pusty. Machnąłem do reszty ręką, sygnalizując że droga wolna. Usłyszałem ich kroki. Są za głośno. Słyszałem nawet bicie ich serc.
Powiedziałem żeby poczekali aż wrócę, i ruszyłem korytarzem w stronę kolejnego pokoju, z którego widziałem poświatę. Spojrzałem przez dziurkę od klucza. Widziałem dwie niewyraźne postacie chodzące po pokoju, rozmawiające o czymś. Wydawało mi się, że mają na sobie czarne ubrania. Zawróciłem powoli, i poszedłem w drugą stronę. Dobrze, że podłoga nie skrzypiała. Korytarz prowadził już tylko do jednego pomieszczenia. Otworzyłem ostrożnie ostatnie drzwi. W środku było ciemno, chyba nikogo nie było.
A jednak ktoś był. Usłyszałem szczeknięcie, i Hyugi skoczył na mnie, powalając mnie swoim cielskiem.
- Co za idiota! -pomyślałem.
Zdjąłem go z siebie gwałtownym ruchem, wręcz zrzuciłem. Nim zdążyłem się odwrócić usłyszałem krzyk, odgłos zatrzaskiwanych drzwi, i zauważyłem ciemność. Przez chwilę byłem oszołomiony, machałem rękoma i nogami. Po chwili uświadomiłem sobie, że mam worek na głowie, i ktoś mnie niesie. Musiały to być dwie osoby, jedna trzymała mnie za ręce, druga za nogi. Po chwili poczułem jak mnie puszczają, i ból przeszedł przez moje ciało. Musiałem upaść na coś bokiem. Chciałem wstać, ale ktoś trzymał mnie za ramie. Po chwili zdjęli mi worek z głowy.
Byłem w małym pomieszczeniu. Jedynym źródłem światła była mała świeczka na jedynym krześle w pokoju. Zauważyłem przed sobą jakąś twarz. Myślałem że zaraz złapie mnie apopleksja.
- Ty... ! -Nie wiedziałem co powiedzieć. Byłem wkurzony.
- Beznadziejnie wam poszło. Moglibyśmy was zabić, i nawet byście o tym nie wiedzieli. A w ogóle mieliście być tu kilka dni temu, wiesz ile musieliśmy na was czekać? -na twarzy Wrony malował się uśmiech.
***
Słońce wstało jakieś pół godziny temu. Wszyscy siedzieliśmy w miejscu gdzie przed dwiema godzinami spaliśmy. Przy Wronie siedziało czworo ludzi. Cała piątka ubrana na czarno.
Kazik. Wysoki, niemal dwumetrowy facet, z włosami ściętymi "na zapałkę" i kilkudniowym zarostem. Miał około dwudziestu pięciu lat. Niósł największy plecak z nich wszystkich, na oko ważył ze 60 kilogramów. Ale nie dziwię się, że mógł to nieść przez cały dzień. Mięśnie miał tak wielkie, że niemal rozrywały jego czarną koszulkę.
Bubu. Gruby, niski, z okularami na nosie. Nie mogłem określić jego wieku, choć na pewno był młody. Przy jego plecaku były doczepione patelnie, stąd się domyśliłem, że jest ich kucharzem. Fałdy tłuszczu podskakiwały za każdym razem kiedy się ruszał. Jako jedyny z całej tej paczki był łysy. Zresztą w ogóle chyba nie miał żadnego zarostu, nie licząc brwi i rzęs.
Rodri. Ciemnoskóry, niski, umięśniony, z kucykiem do ramion. Często się uśmiechał, przez co było widać brak jego dwóch zębów. Bez przerwy było czuć od niego alkohol, i zawsze miał przy sobie paczkę papierosów, choć nigdy nie widziałem żeby palił. Mówił z chyba Iberyjskim akcentem. No i imię Rodriguez - mówiło samo za siebie, że może stamtąd pochodzić. Karnacja uniemożliwiła mi rozpoznanie wieku, ale więcej niż dwadzieścia lat nie miał.
Agata. Jedyna kobieta w zespole Wrony. Miała na sobie kilkanaście kilo ubrań, co stanowiło chyba jedną czwartą jej całkowitej wagi. Drobna, niska, piegowata. Długie, proste, czarne włosy opadały do kolan. Na pewno około siedemnastu lat. Zdziwił mnie jej widok, gdy przypomniałem sobie o tym co mówił Wrona na patelni. Słabe ogniwo.
- Przyszedłeś żeby pokazać nam że jesteś lepszy? -spytałem, gdy się rozeszli.
Wszyscy się czymś zajęli. Anita i Bubu robili śniadanie, i przy okazji się kłócili. Rodri, Kazik i Kowal gadali o czymś, a w tym czasie Kowal chwalił się narzędziami jakie udało mu się znaleźć. Agata, Marta i Ewelina siedziały na trawie, i rozmawiały na jakiś temat. Tylko Adam siedział sam, i obserwował wszystko z oddali. Hyugi'ego gdzieś wywiało.
Wrona zaśmiał się cicho.
- Nie. Czekaliśmy na was, bo tak powiedziałem. Ty rządzisz w swojej bandzie, a ja w swojej.
- A skąd wiedziałeś że nie jesteśmy przed wami?
- Bo szliśmy jednym tempem. Moim. Nie było szans, żebyście byli przed nami.
Zamyśliłem się na chwilę. Nie wytrzymałem, i powiedziałem mu o naszej potyczce z motocyklistami. Nie wyglądał na jakoś specjalnie zaskoczonego.
- Więc... -zaczął powoli - Motocykliści są niebezpieczni. Dobrze, że to potwierdziłeś.
- Jak to potwierdziłem? -spytałem zaskoczony.
Wrona przeciągną się leniwie.
- Zanim wyszliśmy z Warszawy musieliśmy zabić dwóch z nich. Znaczy nie musieliśmy, ale tak wyszło... Gadali coś o tym, że napadli na jakiś obóz, mieli mnóstwo jedzenia, i trzymali Agatę. Pewnie wzięli ją jako... Niewolnice. Byli agresywni, to się nimi zajęliśmy.
A więc to dlatego ma w swoim zespole dziewczynę, i to w dodatku takiej postury.
Ta historia brzmiała niczym replika tego jak znalazłem Ewelinę. Dwóch złych, i ona. Spojrzałem w jej kierunku. Śmiała się razem z Martą i Agatą.
Po chwili odwzajemniła spojrzenie.
***
Zjedliśmy śniadanie całą paczką. Wrona powiedział, że najpóźniej jutro rano muszą wyruszyć. Nie miał zamiaru do nas dołączyć, jak to ujął ”miał własną ścieżkę”.
Siedzieliśmy, zapominając o wszystkim. Przez chwilę nawet ja zapomniałem o tym co się stało, zaledwie dziesięć dni temu. Panowała naprawdę przyjemna atmosfera. Wątpię, żeby ktokolwiek z nas chciał ją przerywać. Jedynym niemiłym zajęciem dzisiaj była zmiana opatrunków na moich nadgarstkach. Na szczęście Ewelina miała w tym wprawę, nawet nie poczułem jak stary bandaż odrywa strupy. Poza tym cały dzień minął nam przyjemnie na rozmowach, oraz...
- Założę się że ostatnim razem kąpaliście się dziesięć dni temu? -zagadał Wrona.
- Co do mnie, to masz stu procentową pewność. -odpowiedziałem niepewnie. Gdy zwrócił na to uwagę, poczułem lekki dyskomfort.
Uśmiechnął się krzywo. Wskazał w kierunku małych pagórków, i powiedział:
- Za tymi górkami jest małe jeziorko, a w tym lasie... -teraz wskazał na las -... niecały kilometr stąd płynie mała rzeczka. Co o tym sądzisz?
Nie trzeba było nas na to długo namawiać. Dziewczyny poszły do jeziorka między pagórkami, a my poszliśmy do rzeczki, niecały kilometr od miejsca, gdzie się rozbiliśmy. Przy okazji znalazłem Hyugi'ego. Biegał w tę, i we wte po lesie. Gdy nas zobaczył natychmiast dołączył do wyprawy.
Nawet nie wiem, po jakim czasie doszliśmy, przegadaliśmy całą drogę. Za to gdy już staliśmy na brzegu rzeczki, nie minęło nawet kilka sekund, a już wylądowaliśmy w wodzie. Fajne uczucie, wylądować po raz pierwszy, od dziesięciu dni, w wodzie. Zdziwiło mnie, że woda jest tu taka czysta, nie to co w Wiśle, naszym narodowym ścieku.
- Uwaga! -wydarł się Bubu, po czym wskoczył, niczym King Kong, do rzeki. Jego fałdy tłuszczu w połączeniu z rozlewającą się przed nim wodą sprawiły, że wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Nawet Adam zaczął się śmiać.
Wygłupialiśmy się przez większą część dnia. Niczym małe dzieci. Pod koniec jeszcze wyciągnąłem maszynki do golenia, i piankę. Wszyscy, poza Bubu skorzystali. Kazik chciał nawet zapłacić mi za maszynkę, ale okazało się, że nie ma niczego co by mnie zainteresowało. Skończyliśmy dopiero, gdy zgłodnieliśmy. Wyszliśmy bosko odświeżeni. Po raz pierwszy od uderzenia przebraliśmy się. Ja założyłem drugie jeansy, białą koszulkę, i zarzuciłem na to lekką, ciemną bluzę. Kowal założył szary dres, w którym wyglądał dziwnie, natomiast Adam zarzucił jeansy, i kolorową koszulkę.
Mieliśmy jeszcze przeprać ubrania, ale doszliśmy do wniosku, że dziewczyny zrobią to lepiej niż my.
***
- Ta pogłoska, że dziewczyny są lepiej zorganizowane od facetów to jednak prawda. -pomyślałem, gdy wróciliśmy.
Obiad (zupa ze słoików) był już gotowy. Też się przebrały, ale one, w przeciwieństwie do nas, uprały swoje poprzednie ubrania. Co dziwne, gdy poprosiliśmy je, żeby uprały też nasze, nie sprzeciwiały się. Nawet zawartość naszych plecaków była ładnie posegregowana.
- Nie ma za co. Sami byście w życiu nie posprzątali w plecakach. -komentowały, gdy naprawdę nie wiedzieliśmy co powiedzieć.
Mimo że jedliśmy tę zupę już od dwóch dni, to teraz smakowała jakoś inaczej. Była po prostu smaczniejsza. Ostatni raz jadłem tak smaczny posiłek podczas ostatniej kolacji z rodzicami. Swoją drogą ciekawe gdzie teraz są. Natychmiast wyrwałem się z tych rozmyślań. Dlaczego o nich myślę? Oleli mnie kompletnie w dniu uderzenia, więc dlaczego nadal o nich myślę? Powinienem o nich jak najszybciej zapomnieć. Na szczęście pomógł mi w tym Wrona.
- Gdzie teraz idziecie? -spytał, grzebiąc wykałaczką między zębami.
Właśnie... Gdzie teraz idziemy? Czy mam jakiś plan? Jakikolwiek?
- Właściwie nie wiem. Dalej na północ, aż znajdziemy jakieś miejsce gdzie moglibyśmy bezpiecznie się rozbić. Chociaż nie wiem, czy nawet się zatrzymamy gdzieś na dłużej, jest nas tylko szóstka, za mało żeby założyć jakikolwiek obóz. -mój głos był niepewny. W sumie to, co zrobimy jutro też było niepewne.
- No niestety, my z wami nie idziemy. No i was do siebie też nie weźmiemy, i tak wystarczy nam Agata, do opóźniania marszu. Swoją drogą rozmawiałem z nią, czy nie chciałaby iść z wami, ale powiedziała, że, zacytuje 'nie, idę z wami, to wy mnie wyciągnęliście z łap tamtych pedofilów'.
- Może to i lepiej. -odpowiedziałem bez namysłu. - I tak mamy problem, jest nas trzech, musimy chronić trzy dziewczyny, czasem jest ciężko. Tak jak wtedy z motocyklistami... Wiem, że nie powinienem tak mówić, ale tylko wtedy przeszkadzały. Tylko wtedy...
Nie zaskoczyły go moje słowa. Zaśmiał się tylko cicho.
- No oczywiście, że przeszkadzały. Jak myślisz, dlaczego nie chciałem cię wziąć, gdy dowiedziałem się, że znalazłeś Martę? Bo byś jej nie zostawił, przeszkadzałaby tylko. I nic poza tym. Dziewczyny przydają się, tak jak dzisiaj, do gotowania i prania, ale do niczego poza tym. Może kiedyś, przed uderzeniem, ale na pewno nie teraz. Ten świat jest dla nich zbyt brutalny.
Słuchałem go patrząc, jak dziewczyny sprzątają po obiedzie. Rozmawiały, i śmiały się wesoło. Musiałem skomentować jego słowa.
- Nie zgodzę się z tobą. Nie mogę się zgodzić po tym, co widziałem. Anita opiekowała się Adamem po potyczce z motocyklistami. Bez jej pomocy nie wyszedłby z tego. Marta nie poddaje się mimo wszystko. Szukała mnie. Nie wiedziała, czy przeżyłem, nie ma już domu, rodziny, ale nie załamała się, walczyła o to, żeby mnie znaleźć. Ewelinę zgwałciło dwóch dresów, jeden z nich był jej bratem. Ale nadal walczy. Nie podaje się, próbuje pokazać że jest potrzebna, robi wszystko co tylko może. Jest naszą pielęgniarką, bez niej nie bylibyśmy w tak dobrym stanie w jakim jesteśmy dzisiaj. Bez ich siły, nie tyle fizycznej, co psychicznej, nie dalibyśmy rady. Mów co chcesz, ale musisz potwierdzić, że są dla nas niezbędne.
W odpowiedzi uśmiechną się tylko.
***
Nie wiem, czy przekonały mnie te słowa, choć wiedziałem, że nie zastanawiałem się nad tą wypowiedzią. Mówiłem to prosto z serca, nie umysłu.
Tak. Bez ich siły, wsparcia, inteligencji, organizacji, po prostu bez nich, nie dalibyśmy rady.

615 czyt.
100% 46

Opowiadanie dodane przez Kuri, do kategorii przygodowe

Komentarze (1)

Jeszcze 500 znaków
assblackeyebleecooldevileekexclaimlol2wootsmilesadrolleyesmadquestionredfacekissjupisleepfajacrazyrotflpaluchemsex2dancingciuchcmoczekdanss
Morosov

Morosov -

Hura! Kuri rls!

Polub nas