Do zakochania jeden krok.

Patrzę na niego. Chciałam bym mu pomóc, ale widzę że sobie radzi. Ich jest dwóch, a on nie wygląda na takiego co by się bał, chociaż jest sam. Jest późno i ciemno, a ja musiałam wybrać akurat ten skrót. Na początku tylko się sprzeczają, ale już po chwili dochodzi do rękoczynów. Chciałabym ich ominąć szerokim łukiem, ulica jest jednak za wąska na takie manewry. Mój niezawodny instynkt mi podpowiada że nie powinnam się do nich zbliżać. Stoję w cieniu, pada na mnie deszcz, po mału zaczyna robić mi się zimno. Nie mam zamiaru nadkładać drogii się cofać, więc stoję i czekam aż sobie pójdą. Chłopak nieźle sobie radzi, chociaż kolesie są uparci. Słyszę że ktoś biegnie w tą stronę, za moimi plecami. Nie odwracam się jednak, mając nadzieję że ktokolwiek to jest, nie zauważy mnie. Na moje szczęście przebiega, a właściwie przebiegają, bo jest ich dwóch, nie dostrzegając mnie. Ku mojemu rozczarowaniu, pomagają dwum kolegom.Czterech na jednego. Biedny chłopak. Po chwili leży, a oni go kopią. I kopią. I kopią. A on leży. Zwinięty w kłębek. Kiedy kończą jest mi niedobrze i mam ochotę uciekać. Boję się że jeśli się ruszę, zrobią mi to samo. Rozglądają się. Na szczęście nikt mnie nie dostrzega i odchodzą. Czekam jeszcze 5 min, ale że już nic się nie dzieje, postanawiam sprawdzić co z chłopakiem. Rozum każe mi uciekać i zadzwonić z budki na 112, ale tego nie robie. Powoli podchodzę do chłopaka.
-Wszystko w porządku? – sama nie wieżę że wypowiedziałam te debilne słowa. Cud że nie zabija mnie śmiechem. Nie odpowiada. Podchodzę bliżej i słyszę jego urywany oddech. Jego ciało jakoś tak dziwnie podryguje. On chyba płacze.
-Mogę Ci jakoś pomóc? Mam do kogoś zadzwonić? -Pytam tym razem nieco mądrzej.
-Pomóż mi wstać – odpowiada nawet na mnie nie zerknowszy. Pomagam mu się podnieść. Pachnie deszczem, krwią, potem i perfumami. Jest pochylony i ma opuszczoną głowę. -Możesz w ogóle iść?
-Nic mi nie jest. – odpowiada. Kiedy staje w miare stabilnie, odsuwam się trochę, a on podnosi się do pionu. I się przewraca. Odruchowo próbuję go złapać i wywracamy się oboje. Przynajmniej dzięki mnie nie uderzył głową w bruk.
-Co ty kurwa, kamienie jadłeś?! -wykrzykuję zła na niego i samą siebie. Zachciało mi się zgrywać dobrą duszę i mam za swoje. Wpadłam głową w kałużę i cała ociekam błotem. Kolana mnie napierdalają, że o łokciu nie wspomnę. Siadam, bo jest mi teraz już wszystko jedno skoro jestem cała mokra i brudna.
-Tak to my kurwa daleko nie zajdziemy. Teraz to jestem ciekawa jak wyglądasz jak ci coś jest. Wezwać pogotowie?
-Nie, przepraszam. Pomóż mi wstać - dźwigam swoją dupę w górę i znów go podnoszę, ale tym razem nie puszczam
.-Gdzie mieszkasz? Daleko stąd?
-Kawałek.
-Więc pójdziemy po malutku, ale musisz prowadzić. Tego że mi wisisz za ciuchy to chyba nie muszę mówić – łypie na mnie spode łba jak zbity pies (trafne porównanie). Idzie pomału, zgarbiony, trzymając się mnie i swojego brzucha. Prowadzi nas między blokami. Jest ciężki jak cholera, albo jak moja pralka. Tylko on przebiera nogami chociaż, bo pralka podczas przesuwania tak miła nie była. Cieszę się że jest środek nocy, bo wyglądamy jak dwoje pijanych bezdomnych przejechanych przez autobus. Tacy tam uciekinierzy z cmentarza. Czas mi się dłuży. Chłopak co raz bardziej na mnie wisi. Mam drgawki z zimna. Mijamy starszego pana, który kręci głową i wygłasza monolog na temat dzisiejszej zepsutej młodzieży. Nie komentuję tego. Mam wrażenie że wleczemy się już z godzinę. Ładny mi, kurwa "kawałek”! Mokre buty nie mają litości dla stóp i obcierają mnie do krwi. W końcu wchodzimy do jakiejś klatki jakiegoś bloku. Wspinamy się (kurwa!) na czwarte piętro i wchodzimy do ładnego 2-pokojowego mieszkania. Prowadzę tę moją ofiarę przemocy do łazienki i sadzam na kiblu. W świetle wygląda naprawde paskudnie. Twarz ma całą we krwi, sińcach i miejscami spuchniętą. Delikatnie pomagam mu się rozebrać. Aż do bokserek. Widok jest paskudny. Nie żeby facet był brzydki – jest zbyt brudny żeby to ocenić – ale jest cały fioletowy. Z prawą ręką ma coś nie tego, bo nadal ją dziwnie podkurcza. Biorę gąbkę z wanny, zwilżam zimną wodą i delikatnie przemywam mu twarz. Oboje milczymy. Krwawiące miejsca przemywam mu wodą utlenioną – zabawnie się przy tym krzywi – i zalepiam plastrami. Wygląda śmiesznie. Ma złamany nos, ale z tym akurat nic nie umiem zrobić. Pomagam mu wejść do wanny (nadal ma bokserki na sobie, żeby nie było). I opuszczam łazienke zamykając za sobą drzwi. W kuchni robię sobie herbatę. Piję ją powoli, siedząc na podłodze i dalej drżąc sobie z zimna. Czekam aż nieznajomy się umyje, bo muszę zrobić to samo. Cieszę się że niema luster. Wole nie wiedzieć jak wyglądam. Po dwóch herbatach w końcu opuszcza łazienkę. Staje w drzwiach i gapi się na mnie. Podchodzę żeby przejść obok niego. Nie odsuwa się. Łapie mnie za rękę i ogląda mój łokieć. Wyrywam rękę.
-Nic mi nie jest. Potrzebuję się tylko umyć.– przepuszcza mnie bez słowa. Zrzucam z siebie mokre ciuchy i staję w wannie. Ustawiam ciepłą wodę. Kolana i łokieć dopiero teraz zaczynają napierdalać. Zamykam oczy. Stoję tak z 20 minut, rozkoszując się spływającymi strumieniami wody. Kiedy się odwracam zauważam że chłopak stoi w spodenkach, oparty o pralkę, z rozłożonym ręcznikiem w dłoniach i przygląda mi się. Nie wiem jak długo tu stoi. Powinnam się bać, zawstydzić, spanikować lub cokolwiek. Myję się jednak dalej obserwując go kątem oka. Przecież zapomnimy o sobie, gdy tylko opuszczę jego mieszkanie. On nie wie kim ja jestem, ani ja nie wiem kimon. I tak zamierzam to zostawić. A jeśli sprubuje mnie źle dotknąć, pożałuje tego. Wychodzę z wanny na dywanik. Podchodzii owija mnie ręcznikiem patrząc mi w oczy. Pierwsza odwracam wzrok. Rumienię się.
-Usiądź – mówi, więc siadam. Robi mi opatrunki na kolana i łokieć, a stopy smaruje jakimś żelem, i przykleja plastry. I o dziwo obtarcia i odciski przestają piec!Podaje mi swoje bokserki, spodenki i koszulkę. Ubieram wszystko na siebie, a on wrzuca nasze ciuchy do pralki, no może z wyjątkiem moich rajstop – one lądują w koszu. Prowadzi mnie do kuchni gdzie dostaję kapcie i gorącą czekoladę.
-Możesz zostać do rana jeśli chcesz, nie gryzę – mówi.
-To masz po tym wszystkim jeszcze czym gryźć? – udaję zdziwioną. Uśmiecha się. Ale skurwiel ma białe zęby. I o dziwo wszystkie.
-Mam, chcesz się przekonać?
-Wierzę na słowo. Ale jeśli mnie choćby dotkniesz, przerzedzę ci je – odpowiadam nie odrywając wzroku od czekolady, która tak fajnie paruje mi w twarz.
-Gdzież bym śmiał. Jesteś moim bohaterem! – przyglądam się jego twarzy. Jest wyczerpany i ledwo stoi trzymając się szafki. -Ja się prześpie na dywanie, całe łóżko zostawiam do twojej dyspozycji.
-Idź normalnie spać, nie pierdol. Wyglądasz jak by coś zerzarło i wypluło. Ja sobie dam rade. No, już. Nie patrz tak na mnie. Najwyżej cię okradne i ucieknę w siną dal. Nie jestem gwałcicelem. Możesz spać spokojnie. Zresztą nawet gdybym chciała, nie mam odpowiedniego sprzętu, sam widziałeś – znów się do mnie szczerzy, ale posłusznie idzie w strone jednego z pokoi. Drzwi zostawia otwarte. Zanim kończe czekolade, słyszę ciche chrapanie. Kiedy ja ostatnio tak szybko zasnełam? To musiało być dawno temu, bo nie pamiętam. Gdyby mi tak wpierdzielili to pewnie też bym miała takie spanie. Staję w drzwiach i widzę tego idiote śpiącego na podłodze pod kocem. Uparciuch. Przechodzę przez pokój i zaczynam grzebać mu w szafkach, w poszukiwaniu ubrań. Udaje mi się znaleźć czarne dresy bez ściągaczy. Będą kiepsko na mnie wyglądać, ale przynajmniej zakryją moje buty. Znajduję też ciepłą, pomarańczową bluzę z dużym kapturem i czarne skarpetki. Śpiący kolega się ślini, co przy spuchniętej twarzy wygląda dość śmiesznie. Szkoda że nie ma suszarki do włosów. Biorę fanty do łazienki i się przebieram. Z mieszkania wychodzę po cichu. Nadal pada deszcz. Pod blokiem oriętuję się, że nie mam pojęcia gdzie jestem. Sięgam do kieszeni po telefon. Kocham tego co wymyślił GPS. Tu jednak czeka na mnie niespodzianka. Nie znajduję kieszeni, a co dopiero telefonu. Zaczynam z nadzieją przeszukiwać torebkę, ale już do mnie dociera że jest w kieszeni kurtki. Dokładnie tej kurtki, która niedawno wylądowała w pralce. Kurwa, kurwa, kurwa! Nie mam pojęcia, która jest godzina, ale żadne człowieki się tu nie pałętają. Wracam zrezygnowana do mieszkania. Siadam przy stole w kuchni i myśle co mam teraz zrobić. Nawet nie wiem kiedy zasypiam.

______
  
Za ortografie z góry przepraszam :P pisałam to dość dawno temu i nie chce mi się poprawiać aż tylu błędów :) To jest pierwsze z napisanych przeze mnie opowiadań i będę je publikować po kawałku :) Liczę na szczerą krytykę :)

4 214 czyt.
1072689% 9
DziecieChaosu

DziecieChaosu opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 1609 słów i 9187 znaków. ·

Komentarze (6)

 
  • niezniszczalnaja

    niezniszczalnaja 14 maj 2015

    Meeega opowiadanie

  • Daisy11

    ~Daisy11 · ip:83.21.23.* · 3 maj 2015

    Cudowne opowiadanie. Orginalne i pomysłowe. Dodatkowo przez cały czas miałam uśmiech na twrzy

  • Joan

    Joan 27 kwi 2015

    Chciałabym skrytykować! serio, krytyka jest fajna. Tyle, że mi się spodobało i idę czytać następne części fCudnie, że ich aż tyle.

  • Jaga

    ~Jaga · ip:185.26.180.* · 24 kwi 2015

    Tu nie ma czego krytykować, opowiadanie jest fantastyczne, oryginalne i nietuzinkowe, czekam na kolejną część

  • Paulaa

    ~Paulaa · ip:213.158.221.* · 24 kwi 2015

    To jest zarąbiste

  • Madierka

    Madierka 23 kwi 2015

    Fajne, a i postawa dziewczyny jest co najmniej nie przewidywalna Podoba mi się, że nie jest typem grzecznej dziewczynki, ubranej w sukienkę. Wydaje się na osobę z bardziej twardym charakterem od pobitego faceta (no nie wiemy przecież ile on ma lat )